reklama

Za gwiazdą

Czym była gwiazda, która prowadziła Mędrców do Betlejem? Po prostu gwiazdą? Kometą? Innym zjawiskiem astronomicznym?

Od zawsze ludzi frapowała gwiazda, która przyprowadziła mędrców do Betlejem. Czym było owo niezwykłe zjawisko? Koniunkcją planet? Kometą? A może innym szczególnym wyrazem działania Boga?

Tego nie wiemy, pozostają domysły, choć współczesne badania coraz jednoznaczniej wskazują na koniunkcję Jowisza i Saturna, która wtedy miała miejsce. Dla nas ważniejszy jest inny wymiar wydarzenia. W teologii podkreśla się jego głęboką symbolikę: gwiazda to Kościół! W jego łonie przychodzi na świat Boży Syn. Kościół zaś prowadzi do Chrystusa, wskazuje kierunek, pomaga interpretować świat, czytać znaki czasu. Nie „konkuruje” z nauką, ale pokazuje głębszy sens rzeczywistości przez nią badanej. „Mamy prawo powiedzieć, że [mędrcy] reprezentują drogę religii ku Chrystusowi, jak również drogę nauki, która z myślą o Nim przekracza samą siebie” - napisał papież Benedykt XVI. „Są oni w pewnym sensie naśladowcami Abrahama, który na wezwanie Boże rusza w drogę. Na inny sposób są naśladowcami Sokratesa i jego pytania o większą prawdę od tej głoszonej przez oficjalną religię. W tym sensie postacie te są poprzednikami, pionierami, poszukiwaczami prawdy, którzy mają znaczenie dla wszystkich czasów”.

Niebezpieczny Jezus?

Symptomatycznym jawi się fakt, że kiedy pochylamy się nad historią Jezusa z Nazaretu, co rusz pojawiają się wzmianki o lęku, jaki budził. Działo się to nie tylko wówczas, gdy nauczał, ukazywał swoją Boską moc, ale również wtedy, gdy - po ludzku rzec ujmując - był całkowicie bezradny: najpierw jako nowonarodzone Dziecko, o które pytali Mędrcy ze Wschodu (Łk 22,14), budząc panikę na dworze żydowskiego satrapy („Skoro usłyszał to król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima”), potem, już po ukrzyżowaniu i złożeniu do grobu („Oni [żołnierze rzymscy na prośbę arcykapłanów i faryzeuszy] poszli i zabezpieczyli grób, opieczętowując kamień i stawiając straż” - Mt 27,66). Jezus, a wraz z Nim Kościół, którego jest Głową, również dziś budzi lęk w świecie. W wielu miejscach przyjmuje on coraz ostrzejsze formy, zamieniając się w chrystofobię. Paradoksalnie najniebezpieczniejszy jest wtedy, gdy unieruchomiono Go na krzyżu, „cichy i pokorny sercem” - podobnie jak największe przerażenie budzi Kościół rozmodlony, autoryzujący swoją prawdziwość czystą, autentyczną miłością do Boga i ludzi, gotowy na męczeństwo, odporny na wszelkiego rodzaju toksyczne kompromisy.

Ów kontekst sprawia, że wybijająca się dziś na pierwszy plan sielankowość pokłonu Trzech Króli - jak też, w szerszym kontekście, cały Cud Betlejemski - jest pozorna. Ewangeliczna scena komunikuje nam, że przyznanie się do Chrystusa, publiczne wyznanie wiary w Niego zawsze będzie budzić sprzeciw. I że będzie wymagać odwagi, by stawić czoło tym, dla których Jezus stanowi śmiertelne zagrożenie, obnażając fałszywe intencje i krzyżując plany budowania świata bez Boga.

Wielość gwiazd, mnogość dróg

Dziś na cywilizacyjnym firmamencie pojawiło się wiele „gwiazd” wiodących do różnych „bogów”. Wielu z nas im ulega. Efekt? Coraz więcej osób budzi się nagle na rozległym pustkowiu własnego losu, z fiolkami antydepresantów w dłoni. Dlatego uroczystość Trzech Króli to dzień głęboko eklezjalny, ukazujący piękno wspólnoty wierzących. Kościół to ratunek dla człowieka. To pewny drogowskaz, może współcześnie już jedyny, jaki pozostał.

Objawienie Pańskie od początku było przeżywane jako jedno z najważniejszych wydarzeń zbawczych. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa przygotowywano się do niego bardzo skrupulatnie przez post, który zaczynał się już 11 listopada, we wspomnienie św. Marcina, i trwał, z przerwami na dni wolne od ascezy, tj. soboty i niedziele, 40 dni. Z czasem, po „wybiciu” się w liturgii na pierwszy plan Bożego Narodzenia, owo oczekiwanie przekształciło się w Adwent.

W Mędrcach przybywających z darami do nowonarodzonego Jezusa Kościół od początku widział siebie jako rodzinę ludzką, której przedstawiciele przychodzą z różnych krańców świata, aby oddać pokłon Dziecięciu. W ten sposób publicznie zostało potwierdzone Jego bóstwo, zaś złożone dary: mirra, kadzidło i złoto określiły istotę Jego posłannictwa. Uroczystość w pełny sposób odsłania prawdę o Jezusie, Synu Boga, Odkupicielu człowieka, który został posłany do wszystkich ludzi. Jest to zatem dzień, w którym zostaje wyakcentowany uniwersalizm Wcielenia, osiągający swoje apogeum w dziele Odkupienia, Misterium Krzyża i w Zmartwychwstaniu. Mamy do niego dostęp przez łaskę. Co ważne jednak: warunkiem owych „otwartych drzwi” jest wiara. „Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. [...] Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” - pisze św. Jan w Prologu swojej Ewangelii. Nie jest tak, że tzw. chrześcijaństwo kulturowe, z którym dziś mamy coraz częściej do czynienia, załatwia wszystko.

Swojskie imiona

Tradycja nakazuje nam 6 stycznia znaczyć drzwi literami C+M+B+2021 (Christus mansionem benedicat - Niech Chrystus błogosławi temu domowi). Znaku nie można traktować w kategoriach magicznych. Jest wyznaniem wiary mieszkańców sygnowanego mieszkania, wyraża ich wolę opowiedzenia się za Jezusem Chrystusem i stanowi odwołanie do Jego zbawczej mocy.

Ciekawe, że Ewangelia nie podaje liczby mędrców czy też - jak często alternatywnie ich nazywamy - królów, magów, którzy przybyli, by złożyć hołd Dziecięciu. Ponieważ w biblijnym epizodzie jest mnóstwo niewiadomych, przez wieki chrześcijańska pobożność i wyobraźnia „uzupełniły” go o najdziwniejsze fakty i interpretacje. Snuto przypuszczenia, że mogło ich być 12, a nawet 72, a zatem do Judei przybył prawdziwy orszak! Orygenesowi przypisuje się autorstwo „wersji” - najbardziej dziś rozpowszechnionej - opowieści o trzech niezwykłych gościach. Tyle właśnie postaci możemy zobaczyć np. na słynnej mozaice pochodzącej z VI w. w bazylice św. Apolinarego w Rawennie.

Przez długie lata w tradycji ludowej litery, którymi znaczono drzwi domów, interpretowano jako początek swojsko brzmiących imion: Kacpra, Melchiora i Baltazara. Okazuje się, na co zwraca uwagę Grzegorz Górny („Tajemnica trzech mędrców”, „Sieci” 51-52/2020), że ich rodowód jest dużo starszy, bowiem „każde z nich oznaczało króla. Imię Kacper pochodziło od łacińskiego «Caesar» i miało ten sam źródłosłów, co niemiecki wyraz «Kaiser». Melchior wywodzi się od hebrajskiego słowa «melech», zaś Baltazar od greckiego «basileus». Nadanie owych imion wiązało się z faktem, że w VI w. - w chrześcijańskiej praktyce pobożnościowej - magowie przekształcili się w królów - pisze dalej Górny. Najprawdopodobniej zadecydowała o tym interpretacja Psalmu 72, w którym znajduje się mesjańskie proroctwo: «Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie»”. Warto dodać, że powyższe lokalizacje określają cały ówczesny świat. Tarszisz leżało w Hiszpanii, Szeba zaś to dawna nazwa Abisynii, czyli dzisiejszej Etiopii (w polskiej tradycji jasełkowej zazwyczaj jeden z królów jest czarnoskóry).

Echo Katolickie 53/2020

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Tu możesz nas wesprzeć

Darowizna

Materiały z serwisu opoka.org.pl wprost na Twoją skrzynkę e-mail

Zamów

reklama