Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Wacław Oszajca SJ

Rekolekcje,  rygor-lekcje, show

Jeszcze nie tak dawno rekolekcje prowadziły do jednego celu: do spowiedzi i komunii.
Dzisiaj ich celem jest zharmonizowanie moich przekonań, decyzji, wyborów i postanowień z zamiarami Boga względem mnie i względem ludzi, pośród i dla których żyję.

Ogłoszenia parafialne: „W przyszłą niedzielę rozpoczynamy w naszej parafii rekolekcje wielkopostne...”. „O Boże! Znowu? Znowu przyjedzie jakiś kapucyn albo inny jezuita i będzie, jak zwykle od lat, smęcił o tym samym: aborcja, antykoncepcja, in vitro, eutanazja, naród, ojczyzna, liberalizm, jednym słowem — źle było, źle jest, a będzie jeszcze gorzej. Amen!”. Drugi zestaw, równie często — zwłaszcza na tak zwanych mszach młodzieżowych lub dla dzieci — spotykany: „Bóg cię kocha! Jezu, z Tobą idę na całość! Jezus przez krzyż zbawił cię od grzechu, dał ci łaskę życia Bożego, przystąp do spowiedzi, do sakramentu pojednania, oczyść się z win, wyznaj: Jezus Chrystus jest moim Panem!”. I tak dalej.

Konia z rzędem temu, kto się w tym żargonie kościelnej staromowy i nowomowy połapie i domyśli, jaki to związek zachodzi między śmiercią Jezusa na krzyżu a moim dzisiejszym zmaganiem się z życiem? Jakiż to związek magiczny zachodzi między wypowiedzeniem jakiejś słownej formułki a przemianą mojej mentalności w sposób nieomal mechaniczny? Czy też, ujmując rzecz od pozytywnej strony, z moimi wysiłkami, by stawać się świętym, czyli upodabniać się w myśleniu i działaniu nawet nie do najświętszego ze świętych, ale do samego Boga.

Jeszcze inni rekolekcjoniści będą nas zachęcać, byśmy na czas rekolekcji oderwali się od codziennych, powszednich spraw, wyciszyli się, skupili i w ten sposób przygotowali na przyjęcie słowa Bożego i sakramentów. Sprawy codzienne, zwłaszcza te związane z pracą, z pieniędzmi, powinny, muszą ustąpić miejsca sprawom ważniejszym, Bożym, bo przecież od nich zależy nasze wieczne szczęście lub nieszczęście.

Bywa też jeszcze inaczej. Rekolekcje stają się istnym show. Czy chcesz doświadczyć Bożej miłości w swoim życiu? Jezus najlepszym lekarzem! Odpocznij w Duchu Świętym! Gitara, projektor, film i ani chwili milczenia, ciszy. Stosując te metody elokwentny kaznodzieja, nieźle znający oratorskie sztuczki, potrafi zgromadzić tłumy. Wzruszać do łez albo przyprawiać o zimne dreszcze, w zależności od tego, czy bliżej mu do huraoptymizmu, czy też do ponurego czarnowidztwa.

Na wprawianiu jednych słuchaczy w płyciutkie samozadowolenie, jak i na wpędzaniu drugich w płyciutkie samoudręczenie, można nieźle zarobić (swoiste rygor-lekcje). Honorarium otrzymuje się w żywej gotówce lub satysfakcji psychicznej. Miło jest być wziętym kaznodzieją, podobnie jak aktorem, politykiem, nie mówiąc już o celebrytach.

Zostaw lekcjonarz w spokoju

Pamiętając o tego typu pokusach, czy też jakoś ledwie wyczuwając ich istnienie, ratujemy się, jak potrafimy. Niektórzy prezbiterzy, a za nimi diakoni, po przeczytaniu Ewangelii podnoszą lekcjonarz, ukazują zebranym i oświadczają: „Oto słowo Boże!”. Tym gestem chcą podkreślić wagę Biblii, czytań mszalnych. Niestety, tym samym gestem zawężają, czy raczej redukują to słowo do tego, co już Bóg powiedział i zrobił, by następnie w kazaniu samemu o tym opowiadać własnymi słowami, a więc streszczać. A przecież Bóg nie przestał ani mówić, ani działać. Po to ma Kościół, żeby przez tych, którzy zaufali Jego Synowi, nadal być obecnym i działać w każdym czasie i miejscu. Dzięki temu można nawet zaryzykować twierdzenie, że dzieje Kościoła, czy Kościołów, to po Starym i Nowym Testamencie, Najnowszy Testament, trzeci tom, czy trzecia część Biblii. Takie podejście do Bożej działalności najwyraźniej uwidacznia się w konstrukcji homilii czy kazania.

Z grubsza rzecz biorąc, można powiedzieć, że homilię buduje się na wzór sylogizmu. Pierwszą przesłanką jest oczywiście Biblia i Tradycja, choć pewnie należałoby te dwa źródła raczej łączyć niż dzielić. Sama, zwłaszcza literalna znajomość Biblii nie wystarcza, przeciwnie, taka jej deifikacja uniemożliwia odczytanie jej przesłania. Biblia, jak każdy inny tekst, wymaga interpretacji. Druga przesłanka, dla części kaznodziejów już mniej oczywista, to współczesność. W naszych czasach tworzymy sobie obraz rzeczywistości najczęściej za pośrednictwem mediów — prasa, radio, telewizja, internet. W mniejszym stopniu korzystamy z osiągnięć naukowych i artystycznych. Nie mając jednak bezpośredniego wglądu w dziejące się wydarzenia, choćby ze względu na odległość, jesteśmy siłą rzeczy skazani na pośredników. To dzięki dziennikarzom dociera do nas obraz współczesnych hiobów, współczesnych nędzarzy w znaczeniu materialnym i duchowym. Dlatego kaznodziei i katechecie dobra znajomość tych dwu źródeł, Biblii i związanej z nią Tradycji oraz doświadczenia życiowego, jest na równi konieczna, jeśli nie chce popaść w mdły religijny sentymentalizm i bezduszne moralizatorstwo.

Budowanie homilii polega więc na zestawieniu tych dwu przesłanek i wyprowadzeniu z nich wniosku, o którym dopiero można powiedzieć, że jest żywym, wypowiedzianym po raz pierwszy i dla nas, bywa, że tylko dla nas, słowem Boga. Dlatego Kościół, chcąc się zabezpieczyć przed radosną twórczością przepowiadających, tak ułożył czytania mszalne, tak skomponował lekcjonarz mszalny, że każda niedziela, uroczystość, święto, wspomnienie i dzień powszedni mają swoją myśl przewodnią, temat, z którym kaznodzieja i katecheta musi się liczyć.

Może nie od rzeczy będzie przypomnieć, na czym polega różnica między homilią a kazaniem. Te dwie formy przepowiadania różnią się podejściem do tematu. Homilia ma temat narzucony przez czytania mszalne. A zatem, jeśli mamy ewangelię mówiącą na przykład o władaniu mieczem i chcemy w świetle tej ewangelii przypatrzeć się temu światu, w którym jest nam dana łaska życia, trzeba temu światu postawić parę pytań. Co dzisiaj jest tym mieczem, przy pomocy którego, niczym Piotr Apostoł, chcemy bronić Chrystusa? Kto ten miecz trzyma i nim operuje? Moi przeciwnicy, wrogowie, czy może to ja, a nie oni, właśnie przerobiłem różaniec czy krzyż na ów miecz i wymachuję nim na oślep?

Natomiast temat kazania wybiera sam kaznodzieja. Stąd homilię mamy w każdą niedzielę, ale gdy na przykład proboszcz zostanie zaproszony do pobłogosławienia nowiutkiej sikawki strażackiej, wtedy sam musi poszukać tematu. To znaczy zastanowić się na przykład, co wspólnego ma Pan Bóg z pracą tych dzielnych ludzi, przecież parafian. Nie zawsze jednak na postawione pytania znajdziemy odpowiedź w Biblii czy w dziełach Ojców Kościoła i nic w tym dziwnego. Nasz Bóg jest zarówno Bogiem przeszłości, jak i teraźniejszości, no i oczywiście przyszłości. Mówił w dawnych czasach przez ludzi, a nawet przez oślicę, gdyż w pewnych okolicznościach okazała się bardziej pojętna i pobożna od proroka; mówi również dzisiaj, ale z tego nie wynika, że to już wszystko, co Bóg miał do powiedzenia i zrobienia. Stąd dzisiejsi teologowie, uczeni w Piśmie i Prawie, kapłani i arcykapłani również powinni być prorokami. Czyli tymi, którzy umieją dostrzec w tym naszym tu i teraz obecnego i działającego od dawien dawna Boga.

Dla tych, co blisko i co daleko

Homilia z natury rzeczy jest częścią mszy, a więc jest przeznaczona dla tych, którzy już zaufali Jezusowi i usiłują być Jego ciałem, krwią i słowem. Dlatego homilia ma za zadanie podtrzymywać na duchu, umacniać, pocieszać. Inny zaś charakter mają homilie i kazania głoszone tym, którzy jeszcze o Chrystusie nie słyszeli lub znają Go tylko jakby ze słyszenia czy widzenia, ale jeszcze Mu nie zaufali.

Tego typu słuchaczy wcale nie trzeba szukać gdzieś daleko w tak zwanych krajach misyjnych. Wystarczy kościelny ślub, pogrzeb, pierwsza komunia czy nawet chrzest. Aż żal, że właśnie wtedy, tam, gdzie ci ludzie sami się gromadzą, wysyłamy prezbiterów starych, schorowanych, słabych nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Na dodatek, ci umęczeni prezbiterzy muszą obsługiwać pędzącą w zawrotnym tempie obrzędową taśmę: pogrzeb co dwadzieścia minut, ślub co pół godziny.

Mamy więc już w Polsce może nie kraj, ale miejsca, gdzie Kościół ma obowiązek być misyjnym, czyli takim językiem mówić o Bogu, żeby obojętni na wiarę i niewierzący mogli się z Bogiem zapoznać i Go polubić. Nie wystarczy w kółko powtarzać, że Bóg jest i nas kocha, trzeba unaocznić, jak się to kochanie dzieje, w czym się przejawia. Bóg cię kocha, słyszy stojący pod chórem i myśli sobie: „Może tak, może nie? Niewiele dobrego z tej miłości mam, skoro wczoraj zbankrutowała moja firma, żonę odwiozłem do szpitala, syna pobili na dyskotece, że o zapłaceniu za protezę zębową nie wspomnę. Więc jak to jest z tą Bożą miłością, proszę przewielebnego kaznodziei?”.

Bóg w zasięgu ręki

Podobnie jak do homilii, podchodzimy do rekolekcji i choć mają one różne kształty, to mają ten sam cel — usłyszenie, co dzisiaj Bóg mówi do swojego Kościoła. Więcej, chodzi nie tylko o usłyszenie, ale o zobaczenie Boga w tym, co się dzisiaj i tutaj dzieje. Nasz Bóg bowiem nie każe na siebie czekać, gdyż nie mieszka gdzieś tam, ale z nami. Na skierowane do Niego pytanie: „Gdzie mieszkasz?”, nasz Bóg odpowiada: „Chodźcie, zobaczcie” (por. J 1, 39).

Co do różnych form przeprowadzania rekolekcji, to mamy tego całe mnóstwo. Tradycyjne rekolekcje wielkanocne i adwentowe. Tak zwane rekolekcje zamknięte w domach rekolekcyjnych, trwające od kilku dni aż do miesiąca. Nieraz w całkowitym milczeniu. Rekolekcje pielgrzymkowe, czyli w drodze, jak też na rozpoczęcie roku szkolnego, dla lekarzy, adwokatów, księży, kleryków, zakonnic, biskupów, dla narzeczonych, maturzystów, chorych, w podeszłym wieku.

Dający rekolekcje, prowadzący czy asystujący różnie je organizują. Można jednak te różnice sprowadzić do dwu sposobów. W jednym główną rolę odgrywa prowadzący. On głosi nauki, uczestnicy słuchają. Drugi sposób daje większe szanse uczestnikom. To rekolektant odprawia rekolekcje, a duchowny mu towarzyszy. Stoi obok niego i daje z siebie tyle, ile trzeba. Zawsze jednak musi uważać, by rekolektanta w niczym nie wyręczać, gdyż to on, odprawiający rekolekcje, ma się porozglądać po swojej przeszłości, ma się przypatrzeć dniowi dzisiejszemu i odnaleźć, a następnie oddzielić to, co od Boga, od tego, co nie od Boga pochodzi. Na tym jednak nie koniec.

Najtrudniejsze dopiero przed nami. Wybierać pomiędzy dobrem a złem to zajęcie względnie proste, pod warunkiem, że się nie dzieli włosa na czworo. O wiele trudniej dokonać rozeznania i wyboru pomiędzy dobrem większym a mniejszym. To znaczy pomiędzy tym, co mi przychodzi łatwiej, a tym, co nastręcza więcej trudności, ale zarazem daje możliwość pełniejszej współpracy z Bogiem. Robić doktorat, bo ma się ku temu talent, czy może dać sobie spokój, bo gdzie indziej niż na uniwersytecie zarobię więcej? Albo: małżeństwo czy celibat? I wcale nie chodzi o to, że aż tak trudno zrezygnować z małżeństwa, bywa, że równie trudno zrezygnować z celibatu dla małżeństwa, gdy celibat jest koniecznym warunkiem dla zostania prezbiterem.

Rekolekcje zatem to czas, kiedy chrześcijanin boryka się ze sobą samym, ze swoim rozumem, sumieniem, ze swoimi emocjami. Chodzi przecież o to, by człowiek, jak mówi Ignacy z Loyoli, uzyskał „świętą obojętność” wobec siebie, innych ludzi, wobec wartości materialnych i duchowych. Mówiąc dzisiejszym językiem, chodzi o to, by chrześcijanin był człowiekiem wolnym, który z własnej woli trzyma się Boga i z Nim współdziała. Mało tego, gdy zajdzie taka potrzeba, a czasami konieczność, gotów jest iść wszędzie tam, gdzie go Bóg, przecież Ojciec, pośle, a gdzie można stracić nie tylko pieniądze i zdrowie, ale i życie.

Dobra kuchnia i ciepły piec

Czasami uważa się, że wielki post, a co za tym idzie i rekolekcje wielkopostne, to jeden ciąg umartwień, odizolowywania się od tak zwanego świata i jego przyziemnych spraw, wyjście ze sfery profanum, czyli taki swoisty urlop od normalnego życia i zanurzenie się w czystym, bo duchowym sacrum. Tymczasem Ignacy radzi coś wprost przeciwnego. Przełożonemu domu, w którym odbywają się rekolekcje, nakazuje, by dla rekolektantów przygotował pokoje najbardziej nasłonecznione, ciepłe, wygodne. Należy też rekolektantów żywić tak, jak się karmi chorych, a więc możliwie najlepiej. Cel tych śmiałych rad jest taki, by odprawiający rekolekcje nie tylko nie ponieśli uszczerbku na zdrowiu, ale by spokojnie mogli zająć się sprawami bardziej istotnymi, bo decydującymi o duszy człowieka, czyli o jego nastawieniu do rzeczywistości, w której żyje. A zatem czy rekolekcje się udadzą, czy też nie, zależy nie tylko od rekolekcjonisty, ale i od rekolektantów, jak też kucharzących i sprzątających.

Dlatego rekolekcje to nie tylko nauki, konferencje, kazania, homilie. Jeszcze nie tak dawno rekolekcje prowadziły do jednego celu, do spowiedzi i komunii. Dzisiaj ich celem jest zharmonizowanie moich przekonań, decyzji, wyborów i postanowień z zamiarami Boga względem mnie, względem ludzi pośród i dla których Bóg i ja żyjemy, i względem tego skrawka przestrzeni, jaki zajmuję, a nawet dalej, bo wiadomo przecież, że również od leciutkiego trzepotu motylich skrzydeł zależy los lodowców. Stąd chrześcijańska asceza nie może być rozumiana jako uwolnienie się od „marności światowych” i ucieczka do krainy czystego ducha. Jednako ważne dla chrześcijanina jest ołtarz i łóżko, bo i kapłaństwo, i małżeństwo jest sakramentem, a więc znakiem upewniającym człowieka, że ze strony Jezusa Chrystusa nic się od tych dwu tysięcy lat nie zmieniło. Wciąż żyje On na tej Ziemi.    

opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: młodzież homilia kazanie Wielki Post rekolekcje rekolekcje wielkopostne żargon rekolekcjoniści rekolekcje stanowe
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W