Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

ZAKONNICY PRZEŁOMU WIEKÓW - ANKIETA "TP"

Co to znaczy być zakonnikiem dzisiaj? Z okazji przypadającego 2 lutego Dnia Życia Konsekrowanego postanowiliśmy zapytać przedstawicieli różnych zgromadzeń, jak przeżywają swoje powołanie w czasach, gdy noszenie habitu - o zamknięciu za klauzurą nie wspominając - staje się dla wielu czymś być może niezrozumiałym? Dlaczego zdecydowali się właśnie na wstąpienie do klarysek, jezuitów, dominikanów...? Jakie elementy tradycji ich wspólnoty zachowały aktualność, a jakie straciły na znaczeniu? O wypowiedzi poprosiliśmy przede wszystkim przedstawicieli młodszego pokolenia "zakonników przełomu wieków".

 

Grzesznicy, towarzysze Chrystusa

O. Dariusz Kowalczyk, jezuita

Jeden z moich współbraci miał swoistą teorię na temat znaczenia życia zakonnego w Kościele. Otóż - jego zdaniem - po 313 roku, kiedy to podpisano tzw. Edykt Mediolański, do Kościoła wchodzili masowo ludzie, których motywacje do przyjęcia chrztu były co najmniej niejasne. Kościół stawał się coraz bardziej powszechny w sensie liczby członków, ale z drugiej strony, narastało niebezpieczeństwo zagubienia istoty ewangelicznego przesłania. Dlatego też Duch Święty wzbudzał na przestrzeni wieków liczne charyzmaty zakonne, aby poprzez nie zachować dla przyszłych pokoleń pełnię Dobrej Nowiny. Towarzyszyło temu utrwalanie się podziału na tych, którzy idą ku zbawieniu drogą 10 przykazań, oraz tych bardziej doskonałych, podążających ku Bogu wąską ścieżką rad ewangelicznych. Podział ten niewiele ma oczywiście wspólnego z faktem, że Jezus głosił Kazanie na Górze nie do gromady zakonnic i zakonników, ale do wszystkich, którzy Go słuchali. Koncepcja dwóch różnych sposobów odpowiedzi na Ewangelię była prawdopodobnie potrzebna na tamtym etapie historii zbawienia, dziś jednak odkrywamy, że do życia radami ewangelicznymi powołany jest każdy chrześcijan, a nie tylko ci, którzy złożyli śluby zakonne. Co więcej, w niektórych sytuacjach okazuje się, że ewangelicznego radykalizmu wymaga bardziej życie w rodzinie niż w zakonie. Warto też zwrócić uwagę na to, że jakby skończył się czas powstawania nowych zgromadzeń zakonnych, a w zamian mamy do czynienia z rozkwitem ruchów i stowarzyszeń świeckich.

Jak na tym tle przedstawia się moje bycie w zakonie jezuitów? Wstąpiłem do Towarzystwa w czasie dla Polski szczególnie trudnym: był rok 1983. Wielu ludzi starało się wyjechać za granicę, by tam normalnie ułożyć sobie życie. Kościół jawił się wówczas jako jedyne miejsce, gdzie można było mówić prawdę. Pielgrzymki Jana Pawła II rozpalały serca. Moje powołanie nie było jednak powołaniem "wałęsowym" czy "papieskim". Jako student I roku biologii na Uniwersytecie Warszawskim zacząłem po prostu zdawać sobie sprawę z tego, że Bóg czegoś ode mnie chce. Natłok myśli, pogmatwane uczucia, a w tym wszystkim doświadczenie spokoju, gdy mierzyłem się z myślą o tzw. wstąpieniu. Myślałem o seminarium diecezjalnym, o dominikanach... Co do jezuitów, to moja edukacja skończyła się na szkole średniej, w której mi powiedziano, że ten przewrotny zakon został skasowany w XVIII wieku. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy "przypadkowo" trafiłem do jezuickiego kościoła na Rakowieckiej w Warszawie... Wiszący w kościelnej kruchcie zwyczajny plakat powołaniowy zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kilka dni potem natrafiłem, również "przypadkowo", na artykuł o Teilhardzie de Chardin, francuskim jezuicie. Te intelektualno-duchowe przeżycia okazały się niewystarczające, by sensownie odpowiedzieć na proste, zadane mi przez "prawdziwego" jezuitę, pytanie: "Dlaczego właśnie do jezuitów?" Pomimo to zostałem przyjęty do nowicjatu. Na widok grubych murów placówki jezuitów w Kaliszu chciałem uciekać. Pomyślałem sobie jednak, że na kilka dni można przecież zostać...

Czas mijał, a mnie w zakonie było coraz bardziej swojsko. Nie czułem się powołanym do nadzwyczajnej doskonałości wybrańcem. Nie miałem świadomości, że oto wstąpiłem na - niedostępną dla zwykłych śmiertelników - drogę rad ewangelicznych. Umacniało się jednak we mnie wewnętrzne przekonanie, że Bóg chce mnie tu i teraz. Cóż mogłem na to poradzić!?

Na pytanie: Dlaczego wybrałem życie w Towarzystwie Jezusowym? - odpowiedziałbym, że to Bóg zaproponował mi ten sposób życia i przekonał, że warto odpowiedzieć pozytywnie na Jego propozycję. To jest fundament mojego rozumienia życia zakonnego w ogóle i siebie samego jako jezuity. Zmienia się - i tak być powinno - rozumienie znaczenia ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, a także znaczenia święceń kapłańskich, ale bez przekonania - ujawniającego się przede wszystkim na modlitwie - że Bóg chce mnie jezuitą, byłoby tylko kwestią czasu i odwagi zawieszenie zakonnej sukni na kołku. W perspektywie rozważań, od których rozpocząłem tę wypowiedź, wydaje mi się, że jakiekolwiek mówienie o roli życia zakonnego w Kościele trąci ideologią, jeśli nie zasadza się na wierze, że to Bóg chce takiego rodzaju życia. Bez tej wiary celibat nie tylko nie ułatwia zaangażowania w głoszenie Ewangelii, ale może stać się pretekstem do wygodnego ułożenia sobie życia.

Powyższa odpowiedź byłaby niepełna bez wskazania na aspekt eklezjalno-wspólnotowy powołania zakonnego. Mojemu stawaniu się zakonnikiem towarzyszą modlitwy i konkretna pomoc, w tym finansowa, wielu ludzi. Coraz wyraźniej dostrzegam, że to dzięki modlitwie bliskich i dalekich członków Kościoła jestem jezuitą. Z drugiej strony, Bóg wielokrotnie potwierdzał, że chce mnie w Towarzystwie Jezusowym, właśnie poprzez osoby, które stawiał na mojej drodze. Ze zdumieniem doświadczałem, że nie brak ludzi, którzy na mnie liczą. Nie chodzi tu tylko o to, że czułem się po ludzku potrzebny, ale przede wszystkim o przeżycie dawania czegoś, co nie jest moje. Kiedy ktoś okazywał mi wdzięczność za posługę, a czasem po prostu za obecność, to nie miałem wątpliwości, że zakonne kapłaństwo jest czymś, co zupełnie mnie przerasta, ale co nie mogłoby w pewnej mierze ujawnić się, gdyby nie moja odpowiedź na Boże powołanie. Bycie jezuitą jest zatem dla mnie w coraz większym stopniu kwestią odpowiedzialności przed konkretnymi ludźmi i przed wspólnotą Kościoła. To poczucie odpowiedzialności i - dodałbym - solidarności odnosi się również do moich współbraci zakonnych. Bycie w zakonie to przecież bycie z konkretnymi ludźmi, którzy ci zaufali, zarówno przyjmując cię w swoje szeregi, jak i dołączając do ciebie.

Kiedy wstępowałem do Towarzystwa, nie wiedziałem, jaka jest różnica pomiędzy jezuitą, a np. dominikaninem czy księdzem diecezjalnym. Lata pokazują jednak, że nie mogłem wybrać lepiej. Zakon jezuitów, ze swoją przeszłością i teraźniejszością, jest miejscem, w którym mogę się rozwijać i wzrastać jako człowiek i chrześcijanin. I to jest trzeci, po teocentrycznym i eklezjalnym, aspekt mojego bycia jezuitą. Nie znałem duchowości ignacjańskiej, a okazało się, że to poprzez nią Bóg pozwala mi zrozumieć siebie. Nie w długich modlitwach chórowych, nie w "demokratycznych" strukturach dominikanów, nie we franciszkańskim umiłowaniu przyrody, nie - wreszcie - w budowaniu rodziny, ale w bardzo zróżnicowanej, żeby nie powiedzieć pluralistycznej, a jednocześnie zespolonej posłuszeństwem międzynarodowej wspólnocie jezuitów odnajduję siebie przed Bogiem i przed ludźmi.

Chciałbym, aby Towarzystwo - jak i inne zakony - kontynuowało swoją służbę ludziom w Kościele, modlę się o nowe powołania, ale nie lękam się tego, co niektórzy nazywają kryzysem życia zakonnego. To Kościół Chrystusowy ma trwać aż do skończenia świata, zakony zaś są czymś, co Duch Święty wzbudza i utrzymuje, o ile jest to potrzebne Kościołowi. Wierzę jednak, że Bóg wciąż chce Towarzystwa Jezusowego w Kościele, a mnie w nim. Chce jezuitów, pomimo naszych słabości i niewierności. To przekonanie jezuici tak oto wyrazili w jednym ze swoich dokumentów: "Co oznacza być jezuitą dzisiaj? Być jezuitą to wiedzieć, że wprawdzie jest się grzesznikiem, ale powołanym przez Boga, podobnie jak niegdyś Ignacy [założyciel zakonu], by być towarzyszem Jezusa Chrystusa".

O. Dariusz Kowalczyk SJ, ur. 1963, w 1998 r. obronił na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie doktorat z teologii dogmatycznej. Wykłada na Papieskim Wydziale Teologicznym Bobolanum w Warszawie. Publikuje m.in. w "Przeglądzie Powszechnym" i "Niedzieli".

 

Słowo, które nie wraca bezowocne...

O. Wojciech Jędrzejewski, dominikanin

Święty Dominik był bratem kaznodzieją. Wierzył, że "głupstwo głoszenia Słowa" może dokonywać cudów. Rozumiał, że słowo jest drogą, na której można spotkać się z ludzką wolnością. Pod warunkiem, że słowo kaznodziei mieści w sobie dwie miłości: tę, będącą Objawieniem Boga oraz miłość ludzką, braterską.

Dominik nie mówił kazań w potocznym rozumieniu, nie wypowiadał "kwestii". Był bratem kaznodzieją: to, co mówił, stanowiło zaproszenie do rozmowy, spotkania, wspólnego poszukiwania Boga. Sam będąc "w drodze" za Jezusem - Objawioną Prawdą - zapraszał jako kaznodzieja do wędrówki.

Życie charyzmatem świętego Dominika to najpierw - zanim "wyjdzie się na ambonę" - wewnętrzny dialog w samym głosicielu. W Słowie Boga usiłuje on odnaleźć sens dla samego siebie, "światło na mojej ścieżce" (Ps. 119). Często nie wywołuje ono żadnego echa: głucho brzmi znajomymi frazami i nie tyle budzi skojarzenia z "mieczem obosiecznym", co raczej z plastikowym nożem do cięcia papieru. Wtedy jest parę możliwych wyjść: stare, już niegdyś sformułowane myśli "odgrzać" na nowo, pomimo że słuchacze są całkowicie inni i zupełnie odmienny kontekst. Innym wyjściem - pokusą - jest prześlizgnięcie się po tekście, aby pod pianą słów ukryć niezrozumienie i niemożność powiedzenia czegokolwiek prawdziwego.

Jak rodzi się słowo, mające swój ciężar? Takie, które warto wypuścić w świat bez poczucia, że spełnia się jedynie niedzielny obowiązek wygłoszenia kazania?

Bóg nie artykułuje odwiecznych prawd w tym celu, aby zostały przyswojone jak matematyczna wiedza. To, co ma do powiedzenia, opowiada "zaczepiając" nas na powikłanych ścieżkach naszego życia. Nie wchodzi w dialog z samą intelektualną ciekawością czy też z niezdrową nadzieją na magiczne niespodzianki. Chcąc nawiązać z nami rozmowę, sprowadza nas w konkret życia, które zasymilowało i oswoiło szereg niewierności i grzechów. "Wmasowane" w tkankę życia przez samousprawiedliwienie, bez hałasu sączą śmierć. Niemożliwe jest spotkanie w prawdzie, przekazanie przez Pana obietnic człowiekowi, który nie zgodzi się jak Samarytanka na odsłonięcie przed Nim ran swojego grzechu (J 4, 15-19).

To, co w posłudze kaznodziei najbardziej wymagające, tkwi w dopuszczeniu słuchanego Słowa w przestrzeń własnego zagubienia, zdrady, przygasającej nadziei i duchowej letniości. Dopiero świadom własnej duchowej biedy może bez zarozumiałości wybrać się w krainę zagubienia i ułomności swoich braci, którym ma głosić słowo. Jeśli nie ma mówić "sobie a muzom", musi wiedzieć, co ludzi boli: nie dla wykorzystania tej wiedzy przeciwko nim, ale dla przetarcia szlaków Dobrej Nowinie.

*

Jeden z dominikanów został kiedyś zagadnięty przy okazji proszonego obiadu u znaczącej kościelnej osobistości: "Ojciec rzadko u nas bywa". - "Tak - odpowiedział - ponieważ ja jestem, a nie bywam".

Zanim jeszcze pierwsi bracia uznali w św. Dominiku swojego mistrza, w 1214 r. zamieszkał on Fanjeaux. Objąwszy parafię w mieście, które niemal w całości ogarnięte było przez herezję katarów, ponad rok pełnił tam posługę słowa. Wrzucony we wrogi sobie świat (w tym samym czasie miała miejsce wyprawa krzyżowa przeciw heretykom) Dominik w samotności modlił się, odbywał dysputy, rozmawiał i przekonywał. "Rozbił tam swój namiot". Nie bywał wśród katarów z doskoku, lecz zamieszkał wśród nich. Różnica jest taka jak między sceptycyzmem: "A nuż coś da się zrobić", a pełną determinacji nadzieją: "Nie wolno się wycofać".

Życie charyzmatem świętego Dominika, życie konsekracją w zakonie, który założył, staram się przeżywać jako powołanie do własnej przygody ze słowem Boga: słowem zapraszającym i osądzającym z bezlitosną miłością. Słowem, które daje się ująć w ludzkie słowa - wychodzące, bez cofania się, na spotkanie człowieka.

O. Wojciech Jędrzejewski OP, ur. 1968, katecheta i duszpasterz młodzieży, współtwórca Chrześcijańskiego Serwisu Internetowego "Mateusz". Kieruje pracami warszawskiego Ośrodka Informacji o Sektach. Publikuje m.in. w "Znaku" i "Więzi".

 

Zapatrzenie serca

S. Jadwiga, klaryska

Powołanie - słowo, które najczęściej utożsamiam z pełną oddania służbą człowiekowi. Całkowite zaangażowanie, ofiarność i świadomość celu charakteryzuje czyny ludzi powołanych. Śmiało możemy powiedzieć, że ilu jest ludzi, tyle powołań. Każde ma w sobie coś z tajemnicy. Miłość, która jest ich źródłem, to wciąż na nowo odczytywana tajemnica, która zachwyca, uwodzi i ogarnia człowieka. Powołania zakonne to nieustanne przypominanie tej tajemnicy, wskazywanie na pierwszą przyczynę każdego powołania. Formy życia konsekrowanego były, są i będą zróżnicowane, niezmienna jednak pozostaje ich istota: całkowite i radosne oddanie się Bogu poprzez upodobnienie się do Chrystusa.

Miłowanie Bożego piękna, objawione w Chrystusie, kontemplowanie go, aż do całkowitego zapomnienia o sobie; zapatrzenie nie tylko oczu, lecz i serca, to życie świętej Klary. Swoje powołanie odczytała dzięki św. Franciszkowi. Pociągnięta jego przykładem służyła Bogu w sposób jakże różny od tego, które prowadził jej ojciec duchowy. Duchowość św. Klary można określić w czterech aspektach: adoracja Jezusa w tajemnicy Jego Narodzenia, ukrytego w Najświętszym Sakramencie i ukrzyżowanego; ubóstwo; życie we wspólnocie i klauzura.

Przez ponad siedem wieków duchowość klariańską odczytywały coraz to nowe pokolenia klarysek. Każde z nich, żyjąc w określonym czasie, w swoisty dla siebie tylko sposób, pogłębiało charyzmat zakonu. W różnych wiekach zwracano uwagę na inny aspekt, przez niego patrząc na pozostałe. Przesuwał się też akcent wyrażania duchowości klariańskiej. Dawniej zwracano uwagę na jej zewnętrzne formy, stąd liczne nabożeństwa, bogate zwyczaje zakonne. To, co zewnętrzne, nie zawsze jednak świadczy o rzeczywistości głębi. Dziś podkreśla się sferę duchową.

Być klaryską dzisiaj, to znaczy adorować Jezusa, wpatrywać się w Niego, poznawać Go, kochać i wielbić. Pomocą jest ubóstwo, nie tylko materialne ograniczenie potrzeb, lecz przede wszystkim ubóstwo duchowe, rozumiane jako wyzbycie się pożądania i przywiązania do rzeczy i osób. By, będąc pustym, dać się wypełnić Bogiem. Sprawdzianem naszej miłości do Boga jest życie wspólne. W jakim stopniu pozwoliłyśmy się przemienić Bożej miłości, na ile rozwinęłyśmy Jego dary, to wszystko ofiarujemy wspólnocie, ubogacając się wzajemnie, służąc sobie i Kościołowi, którego cząstką jesteśmy. Klauzura jest środkiem i pomocą w pełnym oddaniu się Bogu, bo ograniczenie kontaktu ze światem pozwala nam w cichym słuchaniu Słowa Bożego dążyć do doskonałej z Nim jedności. Patrzymy na świat w Bogu, a nie na Boga poprzez świat. Odrywamy się od tego, co przemija, by zjednoczyć się z Tym, który Jest. Nie gonimy za ostatnimi słowami uczonych, gdyż rozważamy Słowo, zawsze to samo i zawsze nowe.

Fizyczne zamknięcie daje nam pełną wolność, radość i szczęście, jakiego trudno w świecie szukać. Wzorem św. Klary życie w Duchu Św., modlitwy i pobożność przynoszą pokój serca, który nie usypia, lecz wyzwala się twórczo przez dobro. Powołanie zakonne, jakim nas Bóg obdarzył, choć trudne i w świecie nie rozumiane, bo wskazuje na rzeczywistość niedostępną dla oczu, wymaga wiary przyjętej całym sercem. Daje radość, która jest siłą, gotową wszystko przyjąć i na wszystko odpowiedzieć.

Być klaryską to dać przemienić się w miłość. Owocem tej przemiany jest pokój i dobro, które radośnie dzieli się z innymi.

S. Jadwiga, ur. 1969, studiuje w Radomskim Instytucie Teologicznym. Klaryską jest od czterech lat. Obecnie przebywa w utworzonym ponad rok temu klasztorze w Skaryszewie.

 

Wewnętrzna pewność

o. Konrad Małys, benedyktyn

Każdy ma indywidualną drogę powołania. Na dwa lata przedwstąpieniem do benedyktynów odwiedziłem w Tyńcu kolegę z parafii, który tutaj odbywał nowicjat. Jeszcze wtedy nie przypuszczałem, że będę tynieckim benedyktynem. To, że odnalazłem swoje miejsce w kościele, zawdzięczam wielu ludziom. Ze szczególną wdzięcznością wspominam księdza opiekującego się duszpastersko grupą, do której należałem. Nie należał on do duszpasterzy organizujących spektakularne przedsięwzięcia. Owoce jego pracy były z pozoru niewidoczne. Co roku organizował rekolekcje, czasem indywidualnie rozmawiał. Ale o taką rozmowę nie było łatwo. Jeśli miała przynieść jakąś pomoc, trzeba było nad sobą popracować. Stawiał wymagania, ale tak, że w głębi serca pragnęło się im sprostać. Korzystając z jego umiejętnego kierownictwa duchowego, wielu młodych ludzi odnajdywało swoją drogę do seminariów i zgromadzeń zakonnych, między innymi i ja. Podczas jednej z takich ważnych rozmów zwrócił mi uwagę na benedyktynów i polecił zastanowić się nad tą formą życia. Pamiętam, że poczułem wtedy wewnętrzną pewność - zrozumiałem, że o taką decyzję chodzi. Ta pewność nie zrodziła się ze szczegółowego rozważenia, czym jest powołanie benedyktyna, i czym ono różni się np. od powołania jezuity czy dominikanina. Była raczej głosem Chrystusa, który przemawia prosto do serca. Inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć. To jest dar łaski. Od tego momentu nigdy nie miałem wątpliwości, że wybrałem właściwą drogę. Wiara przynosi jakieś zrozumienie rzeczywistości. Pewność tego zrozumienia polega na świadomości obdarowania, a nie na przekonaniu, że się samemu do czegoś doszło.

Właściwy wybór potwierdzają konkretne owoce. Najpierw w samym człowieku. Jeśli człowiek odżywa, nabiera nowej energii, doświadcza wewnętrznego pokoju, radości, rozwoju życia modlitewnego, harmonijnego rozwoju całej osoby, a także akceptuje trudności, jakie napotyka i wzrasta w nim dyspozycja do ofiary - są to znaki, że wybrał słusznie.

Zdarzają się osoby, które przed ślubami wieczystymi rezygnują z życia zakonnego i mają do tego prawo. Kiedy zaczynam doświadczać w zakonie co najmniej tak silnego niepokoju, jak przed postanowieniem wstąpienia, jest to prawdopodobnie sygnał, że trzeba szukać dalej. Zakon może być przecież jedynie etapem życiowej drogi. Co jest dla mnie najbardziej cenne w życiu według charyzmatu św. Benedykta? Harmonia między modlitwą i pracą, życie wspólne i odkrywanie Chrystusa w liturgii. Poprzez liturgię eucharystyczną i liturgię godzin uczestniczymy w życiu samego Boga. Liturgia pozwala nam doświadczać tego, czego doświadczali Apostołowie: życia z Jezusem, bycia przez Niego formowanym, uczestniczenia w misterium Jego śmierci i zmartwychwstania.

Czy w życiu zakonnym jest coś, co się zdezaktualizowało, a co trwa jeszcze siłą inercji? W rozwoju Kościoła widać pewne etapy. Jedna epoka przemija, przygotowując grunt dla następnej. Kiedy spojrzymy na historię benedyktynów, zauważymy, że zawsze obowiązywała ta sama Reguła, lecz jej interpretacje w poszczególnych epokach różniły się. Inaczej interpretowano Regułę w starożytności, inaczej we wczesnym średniowieczu, jeszcze inaczej w późnym i po soborze trydenckim. Za każdym razem chodziło o wierność, nie o obniżanie wymagań czy jakieś subiektywne interpretacje. Zadaniem wspólnoty jest uchwycić harmonię między duchem a literą, harmonię, która pozwala słyszeć głos Chrystusa i otwierać się na to, co w danym momencie w Kościele jest aktualne. Tak było w czasach św. Benedykta z Aniany, który we wczesnym średniowieczu nadał monastycyzmowi benedyktyńskiemu styl nazwany później kluniackim, tak było po reformie cysterskiej itd. Podobne zmiany można obserwować i współcześnie. Na długo przed aticanum secundum w klasztorach benedyktyńskich zrodziła się nowa świadomość liturgiczna i eklezjalna. Powstał ruch odnowy biblijno-liturgicznej, który w znacznym stopniu oddziałał na sobór. Na zasadniczej drodze współczesnego Kościoła mamy dobrych mistrzów i nie jest prawdą, że nie wiadomo, jak nią iść. Ale jest jeszcze wiele do zrobienia. Patrząc jednak na dar swego powołania, wartość ludzi, których spotykam i wspólną Eucharystię, powtarzam sobie - nie szukaj, czego nie posiadasz, dorośnij do tego, coś otrzymał.

Co w życiu zakonnym najbardziej mi doskwiera? Niestety mój własny aktywizm. Trudno mi uwierzyć, że idąc wolniej można iść skuteczniej i właśnie wtedy znaleźć czas na wszystko.

Autor ur. w 1962, ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, w Tyńcu jest od 10 lat, pełni funkcję klasztornego bibliotekarza.

 

Zakaz narzekania

Ks. Andrzej Godyń, salezjanin

Kiedy zdecydowałem, że chcę iść za księdzem Bosko, o salezjanach wiedziałem bardzo mało. Zafascynowała mnie wtedy sama postać księdza, który nie waha się narazić na śmieszność, byle tylko zbliżyć się do młodych ludzi, aby przywrócić ich Bogu.

Dzisiaj być salezjaninem, to ciągłe wyzwanie o powrót do charyzmatu św. Jana Bosko. Kiedy po wojnie zabrano nam prawie wszystkie szkoły i ośrodki młodzieżowe, musieliśmy przestawić się na życie parafialne, życie, które swym stylem niewiele różniło się od pracy księży diecezjalnych. Nasz charyzmat młodzieżowy i wspólnotowy bardzo na tym ucierpiał.

Po upadku komunizmu nasze parafie obserwują te same zjawiska, co pozostałe: młodzież powoli, acz nieuchronnie oddala się od Kościoła, maleje liczba powołań, religia w szkole często staje się jednym stresem. W niektórych salezjanach (i podziały koniecznie biegną tu według kategorii wiekowych) narasta frustracja: pracowaliśmy zawsze w takim sam sposób, było dobrze, a jest coraz gorzej: dlaczego?

Nasza reguła zakonna posiada jeden bardzo ciekawy zapis. Mówi mianowicie, że salezjanin "wystrzega się narzekania na swoje czasy: zachowuje wszystko, co dobre, zwłaszcza to, co drogie dla młodzieży". Może największym grzechem dla salezjanina jest narzekanie na współczesną młodzież. Jest to nie tylko przyznanie się do winy, kogoś w szczególny sposób współodpowiedzialnego, ale też niewiara, że charyzmat księdza Bosko pozostaje aktualny. Dla mnie być salezjaninem, to podjąć wyzwanie dzisiejszych czasów. To odkrywać i wydobywać na światło dzienne ten ogromny potencjał dobra, który Duch Święty kształtuje w sercach młodych ludzi również i dzisiaj.

Autor, ur. w 1968 r. we Wrocławiu, ukończył studia teologiczne w Messynie oraz wydział nauk o środkach społecznego przekazu na Salezjańskim Uniwersytecie Papieskim w Rzymie. Aktualnie pracuje w salezjańskim Inspektorialnym Centrum Animacji Duszpasterstwa Młodzieżowego we Wrocławiu oraz jest duszpasterzem akademickim duszpasterstwa "Most".

 

Miejsce we wspólnocie

S. Danuta Kozieł, nazaretanka

Być nazaretanką dzisiaj... Na jednej z Kapituł Generalnych poruszono ten problem. Z pewnością trzeba czerpać z charyzmatu pozostawionego przez Założycielkę, bł. Franciszkę Siedliską (Matkę Marię od Pana Jezusa Dobrego Pasterza). Muszę więc często pytać: co dla niej znaczyło być nazaretanką? Staję wobec Najświętszej Rodziny, Trzech Osób zjednoczonych z Bogiem i z sobą nawzajem, dostrzegając Ich posłuszeństwo woli Ojca. Trzeba, bym dostrzegła, że Jezus, Maryja i św. Józef ukazują głęboką rzeczywistość: Bóg, który stał się człowiekiem, zechciał wejść w najprostsze, zwyczajne doświadczenie ludzkiego życia. Zatem jako nazaretanka mam przeżywać swoje powołanie w dwuwymiarowości: ku Bogu i zjednoczeniu z nim i ku człowiekowi, ku najprostszym, zwyczajnym doświadczeniom ludzkiego życia.

W kaplicy mojego domu zakonnego widnieje napis "Z Nazaretu wyszła Miłość, wyszło Słowo Wcielone na cały świat". Słowa te pochodzą z ostatniej konferencji, jaką Założycielka miała dla sióstr. Są wezwaniem do apostolstwa rodzinności. Bł. Franciszka Siedliska zapisała w konstytucjach zakonnych, że każda nazaretanka jest powołana, by szerzyć Królestwo Bożej Miłości we własnej wspólnocie i wśród ludzi, do których została posłana. Stąd rodzi się podstawowe znaczenie wspólnoty zakonnej dla specyfiki powołania nazaretańskiego. We wspólnocie domowej moich sióstr tkwi źródło wszelkiego apostolstwa, wszelkiej posługi Kościołowi. Szczególna rola przypada tam siostrom starszym i chorym, a także troszczącym się o codzienne potrzeby domu. Są ważnym ogniwem w realizowaniu powołania przez całą wspólnotę. Ich ofiara i modlitwa wyprosiła u Boga niejedną łaskę dla ludzi spotykanych przez siostry w szkołach, na katechezie, w szpitalach.

Zatem być nazaretanką dzisiaj to, tak samo jak przed stu laty, być siostrą, dostrzegać różne doświadczenia człowieka. U progu Trzeciego Millenium powołanie moje jako osoby konsekrowanej, nazaretanki, to także żarliwa modlitwa i solidarność z bliźnimi, zwłaszcza z najbardziej potrzebującymi, byśmy wszyscy twórczo zatęsknili za świętością.

Autorka (ur. 1958) jest zakonnicą Zgromadzenia Najświętszej Rodziny z Nazaretu od 1981 roku. Przebywa w Krakowie, gdzie pracuje jako archiwistka zgromadzenia.

 

Wejść w prąd rzeki

S. Agnieszka, dominikanka

Próbowałam opowiedzieć coś o odkrywaniu swojego powołania. Jak to wyglądało i jak wygląda na przestrzeni dwunastu lat, od kiedy jestem w klasztorze. No i nic mi z tego nie wyszło. Próbowałam wyszukać jakieś obrazy dla lepszego przekazu, co "To" jest. Był więc i "lejek", i "rzeka" - no i wszystko się... rozpłynęło.

No bo jak to COŚ wyrazić?

To jest coś, co w pewnym momencie - nie wiadomo dokładnie kiedy - przejmuje inicjatywę i prowadzi dalej samo. Ale nie czyni człowieka śniętą rybą bezwładnie unoszącą się na powierzchni rzeki. To jest raczej swoisty wysiłek, by starać się odszukać główny prąd rzeki, wejść weń i pozwolić ponieść się dalej.

To "pozwolić" jest chyba najtrudniejsze.

Ale ta zgoda z czasem okazuje się prawdziwie wyzwalająca. Zgoda, która staje się zawierzeniem, zaufaniem Panu Bogu. Takie przedziwne spotkanie Bożego daru i ludzkiej wolności, które ma moc nas prowadzić, przemieniać i czynić obecnością samego Boga.

I to się dzieje w czasie.

Czasami rzeka może wylać, a wtedy trudno szybko odnaleźć nurt. Ale przecież jest źródło i jest Cel. No i jest Duch Święty, który strzeże naszej drogi powrotu do Ojca.

Autorka (ur. 1967) przebywa w zakonie od dwunastu lat. Od ponad roku zajmuje się formacją młodszych sióstr jako mistrzyni nowicjatu w klasztorze Święta Anna, niedaleko Częstochowy.

 

Kochaj aż do bólu

S. Józefa, urszulanka szara

Bycie szarą urszulanką jest dla mnie przede wszystkim darem, którego wielkość oceniam tym więcej, im dłużej żyję, i za który Panu Bogu nieustannie dziękuję w przekonaniu, że cały pochodzi od Boga i Jego zamysłu miłości, szczególnego wobec każdego człowieka.

Jest darem świadomego i wolnego (nikt mi nie pomagał, raczej wszyscy odradzali) wyboru Chrystusa, radykalnego związania z Nim całego mego życia, szczególnej przyjaźni z Chrystusem i włączenia się w dzieło zbawiania świata poprzez miłość niepodzielną.

Jako wielki dar przeżywam także i to, że moje "pójście za Chrystusem ubogim, dziewiczym i posłusznym" mogę przeżywać we wspólnocie Urszulanek Serca Jezusa Konającego, które wybrałam urzeczona postacią bł. Urszuli Ledóchowskiej. Jej charyzmat łączy w sobie miłość do Chrystusa kochającego nas do końca, do konania i śmierci "dla nas i dla naszego zbawienia" z serdeczną miłością do każdego człowieka i pragnieniem, by mu pomóc uświadomić tę miłość, jaką obdarza go Bóg. Łączy głęboką modlitwę, kontemplację Serca Konającego z żarem apostolskim, jak to wyraźnie widać w życiu bł. Urszuli. Z kontemplacji tej urszulanka szara czerpie inspirację i moc, by kochać Boga i ludzi miłością wielkoduszną, ofiarną, nie cofającą się przed trudem i cierpieniem, a przy tym miłością radosną. Miłość Boga i bezinteresowna, dająca bez liczenia miłość ludzi, jest źródłem bogactwa i szczęścia, stąd optymizm, radość, pogoda ducha powinny cechować szarą urszulankę.

Szare urszulanki proponują życie pełne prostoty, czego symbolem jest szary, prosty habit. Miłość Chrystusa, Jego dary są tak wielkim bogactwem, że nie trzeba dodatków zewnętrznych, by dodawać sobie powagi czy znaczenia. Droga świętości, realizowana i proponowana przez bł. Urszulę, jest prosta: wierz, kochaj, kochaj aż do bólu (do konania), pracuj gorliwie w przekonaniu, że "świętość to spełnienie najzwyczajniejszych obowiązków z miłością nadzwyczajną, gorącością nadprzyrodzoną".

Urszulanki Serca Jezusa Konającego, jako zgromadzenie apostolskie, kierują swoją troskę przede wszystkim na dzieci i młodzież, czasem by zastąpić rodziców (domy dziecka), czasem by pomóc rodzicom (przedszkola, świetlice, szkoły). Jesteśmy po to, by pomóc w prawdziwie ludzkim rozwoju, do którego potrzebna jest świadomość bycia kochanym przez Boga, który jest Miłością.

We wspólnocie urszulańskiej wykonywałam różne prace, choć większość mego życia zakonnego przeżywam w "posłudze myślenia" wśród młodzieży akademickiej. Jestem jednak głęboko przekonana, że to, co istotne dla życia zakonnego - świętość - nie zależy od wykonywanej pracy. W XX wieku stanęły na ołtarzu wykształcona i pracująca twórczo Edyta Stein i posiadająca kilkuklasową edukację, wykonująca proste prace fizyczne s. Faustyna Kowalska.

Nieraz spotykam się z pytaniem, czy dotychczasowa forma życia zakonnego ma przyszłość wobec nowej sytuacji kulturowej, wobec nowych ruchów religijnych w Kościele oraz możliwości zaangażowania się w ewangelizację ludzi świeckich bez zobowiązań wynikających ze ślubów i życia wspólnotowego? Osobiście nie mam wątpliwości. Na szczęście wypowiedział się na ten temat Kościół i na Soborze Watykańskim II, i choćby w najnowszej adhortacji "Vita consecrata", według której autentyczne życie zakonne nie tylko nie przestało być aktualne, lecz spełnia obecnie szczególnie ważną rolę. W kulturze zapominającej o Bogu lub spychającej Boga na margines życia - osoby konsekrowane są osobowym znakiem prymatu Boga. W kulturze nie ceniącej czystości, nastawionej na rzeczy materialne, przesiąkniętej konsumpcjonizmem, źle rozumianą wolnością - świadczą swym życiem o "Ewangelii błogosławieństw".

S. Jadwiga jest urszulanką od pięćdziesięciu lat. Pracuje naukowo.



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: modlitwa powołanie kontemplacja jezuita zakonnica klauzura służba życie konsekrowane zakonnik dominikanin klaryska benedyktyn salezjanin nazaretanka urszulanka