Misje za progiem?

Polska potrzebuje nowej ewangelizacji. Kiedyś doświadczenie postchrześcijańskiej zachodniej Europy wydawało nam się odległe - dziś nasze społeczeństwo pod wieloma względami upodobniło się do zachodnioeuropejskich

Refleksja na temat nowej ewangelizacji wybrzmiała po raz pierwszy z ust św. Jana Pawła II 9 czerwca 1979 r., przed klasztorem w Krakowie-Mogile, nieopodal Nowej Huty, zaplanowanej przez komunistów jako pierwsze w Polsce miasto bez świątyń. Sercem miasta był kombinat hutniczo-metalurgiczny im. Włodzimierza I. Lenina. Do Nowej Huty ściągali ludzie z całej Polski, ponieważ tam była praca i mieszkania. Z tych ludzi chciano ulepić nowe ateistyczne społeczeństwo.

Ale stało się inaczej. Jak wspominał św. Jan Paweł II, mieszkańcy Nowej Huty w 1960 r. starli się z milicją w obronie krzyża ustawionego w miejscu, gdzie chcieli zbudować kościół. Później w upał, deszcz i mróz gromadzili się przy krzyżu na Mszach. Wojtyła, jako metropolita krakowski, przewodniczył tam pasterkom pod gołym niebem. Tak było aż do wybudowania świątyni, znanej jako Arka Pana. Ale nie działo się to bez powodu. Był to owoc żywej wiary, którą wielu mieszkańców Nowej Huty wyniosło z domów rodzinnych, oraz heroicznej pracy duszpasterskiej ks. Stanisława Kościelnego i innych księży.

Do tego zaangażowania kapłanów i świeckich nawiązywał Jan Paweł II. Mówił, że niedaleko miejsca, gdzie zaczęła się ewangelizacja tych ziem, o czym świadczy krzyż w Mogile, zaczęła się również nowa ewangelizacja, której znakiem był krzyż w Nowej Hucie. Dzięki tej nowej ewangelizacji, która w różnych miejscach przybierała rozmaite formy, Polacy nie ulegli ateizacji. Na kanwie tego doświadczenia oraz orzeczeń Soboru Watykańskiego II dojrzewała koncepcja nowej ewangelizacji, adresowanej do całego świata. Aż wreszcie w encyklice „Redemptoris missio” Jan Paweł II stwierdził wyraźnie, że oprócz krajów misyjnych istnieją i takie sytuacje, w których całe kraje lub grupy ludzi ochrzczonych utraciły wiarę. Zjawisko to dawało się odczuć zwłaszcza w Europie Zachodniej. Do historii przeszło pytanie św. Jana Pawła II z 1980 r.: „Francjo, najstarsza córko Kościoła, która byłaś nauczycielką narodów, co zrobiłaś ze swoim chrztem?”.

Kościołowi w Polsce doświadczenia te wydawały się bardzo odległe. Mieliśmy pełne seminaria, artyści korzystali w Kościele z przestrzeni wolności, salki katechetyczne pękały w szwach, był głód nowych świątyń, przed konfesjonałami ustawiały się kolejki. Po 1989 r. wydawało się, że może być już tylko lepiej. Presja Zachodu okazała się jednak groźniejsza dla wiary, moralności i tożsamości Polaków niż moskiewski zamordyzm. Przemiany społeczno-ekonomiczne, panerotyzm i zaprogramowany relatywizm odmieniły świat wartości wielu świeckich i duchownych. Kościół nie wykorzystał szansy, którą był powrót religii do szkół, nie powołał do istnienia silnych mediów, choć były takie możliwości, nie potrafił inspirować do wpisywania Ewangelii w kulturę. Zaczęła szwankować współpraca duchowieństwa i świeckich, którzy nie potrzebowali już kościelnego „paternalizmu”. Zamiast tego powstało hasło „Księża na Księżyc”.

Była to część zaplanowanego oraz sowicie finansowanego procesu niszczenia Kościoła, ale my też nie jesteśmy w tym bez winy. Nie potrafiliśmy jak w pierwszych wiekach przejść od epoki męczenników do epoki świętych wyznawców. Popadliśmy w bierność, poprzestając na administrowaniu sakramentami i dobrami kościelnymi. Przespaliśmy ćwierć wieku, uspokajając się, że wciąż mamy do czynienia z wierzącym narodem. Nie chcieliśmy wiedzieć, że wielu Polaków już nie wierzy w Chrystusa i w Jego Ewangelię. Dlaczego więc mieliby przyjmować głoszone przez nas normy moralne, często nie poparte świadectwem życia? Badania pokazują, że polska młodzież jest najszybciej laicyzującą się na świecie. Widać to nie tylko na ulicach, ale nawet wśród kandydatów do kapłaństwa! Wychowawcy prowadzący kursy propedeutyczne w seminariach duchownych alarmują, że wielu kandydatom brakuje podstawowej formacji w wierze.

Przynajmniej do niektórych z nas zaczyna wreszcie docierać, że także Polska staje się terenem reewangelizacji. Nie chodzi o pozorowane działania, żeby — jak to nieraz bywało — wszystkie grupy parafialne nazwać teraz zespołami nowej ewangelizacji. Trzeba raczej wykorzystywać każdą okazję i godziwą metodę do świadczenia o Jezusie Chrystusie w sposób czytelny dla współczesnego człowieka. Nie mamy czasu do stracenia. Początkiem niech będzie to, co papież Franciszek nazwał „misyjnym nawróceniem”. Przestrzeń misyjna zaczyna się bowiem nie tylko tuż za progiem naszych świątyń. Coraz częściej jest ona także w naszych świątyniach. A może jeszcze bliżej?

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama