Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Ks. Alfons Józef Skowronek

Wolność, Boża biosfera

Konieczność poszukiwania nowych metod ewangelizowania, trapiąca biskupów zgromadzonych w Rzymie na Synodzie, przynaglana jest sytuacją kryzysową. Ale na kryzys w Kościele od zawsze jest jedna recepta: Ewangelia.

Nieprawdopodobne lub wręcz prostackie — tak można nazwać twierdzenie, iż za wstrząsy wewnątrz dzisiejszego Kościoła odpowiada Sobór Watykański II. Rozwijając ów zarzut należałoby — z ironią — dopowiedzieć, że cała wina obciąża jedną tylko postać: papieża Jana XXIII. Do dzisiaj przypomina się, jak — gdy w kręgu najbliższych sobie osób poinformował o zamiarze zwołania Soboru — podszedł do okna, szeroko je otworzył i oświadczył: Kościół potrzebuje świeżego powietrza, musi otworzyć się na świat.

Za dzisiejszy kryzys Kościoła niektórzy winy dopatrują się w okoliczności, że Vaticanum II nader szybko pospieszyło się z reformami. Inni są jednak zdania, że reformy te nie sięgały zbyt głęboko i nie są w stanie dotrzymać kroku czasom, w których żyjemy. Tu i tam podnoszą się wołania o III Sobór Watykański.

Mówi się, że kryzys Kościoła jest kryzysem wiary i jej przepowiadania. Czy nie jest jednak i tak, że mamy dziś do czynienia z kryzysem naszego się ze sobą wzajemnego obchodzenia? O pierwszych chrześcijanach mówiono: „patrzcie, jak oni się miłują!”. Dziś słychać raczej wypowiadane z przekąsem słowa: „patrzcie, jak oni ze sobą się użerają!”. Kościół, który żyje w niezgodzie, nie jest atrakcyjny. Co więcej, jest też niewiarygodny: księża wygłaszają swoje kazania, lecz owoców tych kazań nie widać. Odnosi się to zarówno do dialogu ekumenicznego, jak i do braku jedności w samym Kościele katolickim.

Kościół
mężczyzn i kobiet

Od zarania swego istnienia Kościół zawsze był zdany na nieustające reformy — przede wszystkim na własnym podwórku. Czy dzisiejszy kryzys nie sprowadza się do tego, że Kościół Jezusa Chrystusa oddalił się od Jego modelu, ilekroć Jego uczniowie dystansowali się od ideałów Mistrza we wzajemnym obchodzeniu się ze sobą? Jezus nie ustalił zasad ich wzajemnych relacji. Swoim słowem i swym przykładem wskazał na niektóre punkty ciężkości — i właśnie one powinny stanowić dla nas miarę oceny.

Jezus przestrzegał przed sprawowaniem władzy w Jego Kościele: „Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was” (Mt 20, 25n). „Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie”. Co niebiański Jezus myśli sobie o ziemskich papieżach, którzy nie stronią od zwracania się do nich per „Ojciec Święty”? „Nie chciejcie też, aby nazywano was mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus...” (Mt 23, 8-10).

Wybierając swoich uczniów, Jezus nie dbał o to, czy są żonaci lub nie. Przeciwnie: Piotr — opoka, na której budował Kościół — był, jak wiadomo, żonaty, miał bowiem teściową (Mt 8, 14). Romantycznemu wyobrażeniu, że uczniowie natychmiast opuścili dla Niego swoje rodziny, należy przeciwstawić fakt, że po zmartwychwstaniu Jezusa „powrócili znów do siebie” (J 20, 10). Apostoł Paweł pisze: „Czyż nie wolno nam brać z sobą niewiasty-siostry, podobnie jak to czynią pozostali apostołowie oraz bracia Pańscy i Kefas?” (1 Kor 9, 5). Wspomina też o biskupie, który ma być „dobrze rządzący własnym domem. Trzymający dzieci w uległości, z całą godnością. Jeśli ktoś bowiem nie umie stanąć na czele własnego domu, jakżeż będzie się troszczył o Kościół Boży?” (1 Tm 3, 4-5; podobnie: Tt 1, 6). Tych, którzy zabraniają małżeństwa, określa jako ludzi, którzy „skłaniając się ku naukom demonów... zabraniają wchodzić w związki małżeńskie” (Tt 4, 1-3). Słowo, że będą nieżonaci dla królestwa niebieskiego (Mt 19, 12), nie jest skierowane w szczególny sposób do podmiotów urzędu.

Dziś kobiety nie mogą sprawować w Kościele urzędów, zaś żonaci mężczyźni mogą obejmować tylko niższe urzędy. Ale w porównaniu ze społecznością swego czasu Jezus silnie dowartościował kobiety. Uczniowie „dziwili się, że rozmawiał z kobietą” (J 4, 27), także z kobietą cudzołożną (J 8) i jawnogrzesznicą (Łk 7, 36-50). To przez kobietę kananejską (względnie syrofenicką) Pan pozwolił się „nawrócić” w odniesieniu do swego zamiaru troszczenia się wyłącznie o dzieci Izraela: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!” (Mt 15, 21-28; Mk 7, 24-30). We wczesnym Kościele kobiety były równouprawnione: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 28). Dzisiaj natomiast Kościół raczej dewaluuje kobiety — czyniąc to wbrew nastawieniu społeczeństw i wynajdując za swym stanowiskiem wciąż nowe racje.

Obraz rozdarcia

Jezus, nie stawiając żadnych warunków wstępnych, troszczył się o ludzi z marginesu i życiowych rozbitków: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, który się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9, 12; podobnie Mk 2, 17). U świętego Jana znajdujemy relację o tym, jak długo rozmawiał przy studni Jakubowej z kobietą, która bynajmniej nie była wzorem cnoty; u świętego Łukasza — jak usprawiedliwiał swą wspólnotę stołu z grzesznikami; wreszcie u świętego Mateusza — jak zasiadał do stołu z celnikami i gawiedzią pospolitych grzeszników z bocznej ulicy.

Przy tym wszystkim Jezus modlił się o jedność Kościoła: „Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” (J 17, 11). A Paweł częstokroć poprzysięga jedność: „...abyście byli jednego ducha i jednej myśli... Czyż Chrystus jest podzielony?” (por. 1 Kor 1, 10-17) oraz: „Jedno jest Ciało i jeden Duch, bo też zostaliście wezwani do jednej nadziei, jaką daje wasze powołanie. Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich” (Ef 4, 4-6), albo: „Dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego, a niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa ani dla próżnej chwały” (Flp 2, 2-3).

Przypominając sobie te fragmenty, trudno powstrzymać się przed refleksją, jakiż smutny obraz rozdarcia, wbrew zabiegom ruchu ekumenicznego, oferuje dziś chrześcijaństwo. Dla wielu Tron Piotrowy jest wciąż przeszkodą w dążeniu do jedności. Nie pomogą tu żadne deklaracje, jak soborowy dekret o ekumenizmie, jeżeli w praktyce będą trwały postawy przeciwne. Nie pomoże zewnętrzna kosmetyka. Musimy się nawrócić. Ale nie — jak wyobrażają to sobie niektórzy — poprzez powrót do nieodległej przeszłości.

Ktoś powiedział niedawno: „Ducha dzisiejszych czasów Kościół próbuje zwalczać wczorajszym tegoż czasu duchem”. Słyszymy wciąż, że Kościół nie może się dać zwieść, lecz musi wiernie wypełniać swoją misję. Zapytajmy więc: jaką misję? Tę zleconą przez Jezusa? Czy może stania na straży Tradycji ostatnich dwustu lat? Nie wolno nam wracać do XIX wieku; musimy natomiast powrócić do Ewangelii. Dotyczy to także kwestii struktur naszego Kościoła.

Namiestnictwo,
a nie śmierć Boga

Stare obrazy Boga utraciły swą siłę wyrazu i powszechnie wiążącą moc. Ks. Tomáš Halík, który m.in. zajmuje się kwestią nieobecności Boga w naszym życiu, tłumaczy, iż lukę tę pojmować można jako „śmierć” albo „milczenie Boga”. Śmierć Boga ogłosił Fryderyk Nietzsche, ustawiając się samemu w roli obserwatora nowej rzeczywistości. Poddał on analizie współczesne sobie czasy, przede wszystkim zmurszałą, jego zdaniem, cywilizację chrześcijańską. Halík przypomina natomiast o Dorothee Sölle, ewangeliczce, która pisała o „namiestnictwie” (Stellvertretung) nieobecnego Boga, rezygnując z przestarzałego Jego obrazu. Zaznacza przy tym, że śmierć Boga rozumieć można na dwa sposoby. Jego nieobecność traktować można jako śmierć i wtedy szukać można sobie namiastki, albo też nieobecność tę przyjmuje się jako możliwość Jego istnienia-dla-nas.

Według Halíka w czasach, kiedy Jego nieobecność daje się człowiekowi szczególnie we znaki, człowiek sam może reprezentować Boga w świecie — co oczywiście nie oznacza przyzwolenia na odgrywanie Jego roli i podszywanie się pod Boży autorytet. Ks. Halík przypomina o wezwaniu Benedykta XVI, aby ci, którzy nie są zdolni do przyjęcia Boga, spróbowali żyć tak, „jak gdyby Bóg istniał”. Dla czeskiego filozofa religii oznacza to życie w nieskrępowanej wolności, a przy tym wystrzeganie się zakucia w nowe kajdany. W takiej strategii kryją się trzy postawy: bycie niezależnym (zrzucenie z siebie wszelkiej formy poddaństwa), niehołdowanie samowoli oraz wyrobienie w sobie poczucia odpowiedzialności.

Takie życie „implikuje Boga”. Wybierając powyższą strategię człowiek zgadza się, że w jego życiu Bóg zamieszkuje przez cały czas. Wolność jest swego rodzaju Bożą biosferą, Jego życiową przestrzenią. Najważniejsze orędzie Biblii można sprowadzić do jednej prawdy: Bóg pragnął mieć człowieka wolnego, mimo że wiedział o skali ryzyka związanej z tym darem i o nadużyciach, jakie stworzy takie „wyniesienie” człowieka.

Bóg niepojęty

Refleksje Halíka o „namiestnictwie” Boga ukrytego i nieznanego, pozornie nieobecnego wśród „liberalnie” żyjących ludzi, można uzupełnić uwagą, że Bóg jest wszędzie tam, gdzie jest miłość. Wśród chrześcijańskiej młodzieży nie milknie przecież kanon „Ubi caritas et amor, ibi Deus est” (Gdzie dobroć i miłość, tam Bóg). Pierwotne gminy chrześcijańskie uchodziły za „wspólnotę miłości” (por. Dz 4, 32). Konflikty, które wtedy również istniały, rozwiązywano na drodze rokowań i jednomyślnych uchwał. Stosunki z władzą regulowano, pamiętając o napomnieniu Jezusa: „jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście” (Mt 23, 8).

W opowiadaniu „Gdzie jest miłość wzajemna, tam jest też Bóg” Lwa Tołstoja szewcowi Awdejiczowi Jezus obwieszcza we śnie, aby nazajutrz wyjrzał na ulicę, albowiem chciałby się tam z nim spotkać. Żaden Chrystus jednak nie przychodzi, szewc dostrzega tylko starego żołnierza, który odgarnia śnieg i marznie. Zaprasza go więc na gorącą herbatę. Następnie zauważa kobietę z dzieckiem, które krzyczy z zimna. I tych dwoje wprowadza do ciepłej izby, a potem kobiecie daje jeszcze na drogę kurtkę. Wreszcie, kiedy zauważa, iż pod jego oknem targowa handlarka bije chłopaka, wypada na zewnątrz i łagodzi kłótnię. Późnym wieczorem ponownie ukazuje mu się Chrystus i pyta go: „Czy rozpoznałeś mnie?”. Stary szewc wykonuje znak krzyża, otwiera Ewangelię i czyta: „Co uczyniliście jednemu z moich najmniejszych braci, Mnieście uczynili”.

Kryzys Boga może być szansą na odnowienie wiary w Boga i sposobu mówienia o Nim. Wielu ludzi uwalnia się od wyuczonych religijnych konwencji i rozstaje się z tymi obrazami Boga, które już więcej nie wytrzymują pod naporem myślenia i praktyki dnia powszedniego. Chodzi tu o krytykę Boga ze względu na Boga prawdziwego. Bóg jest nieobecny wszędzie tam, gdzie ludzie uważają, iż znają Go nazbyt dobrze, i sądzą, że mogą Nim dysponować. Wszak już Wielki Doktor Kościoła św. Augustyn pisał: „Kiedy Go pojąłeś, wtedy nie mógł to być Bóg”.       

Ks. ALFONS J. SKOWRONEK (ur. 1928) jest profesorem teologii, wieloletnim kierownikiem Katedry Teologii Ekumenicznej ATK (obecnie UKSW), autorem ponad 20 książek oraz ponad 500 artykułów w periodykach krajowych i zagranicznych. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.


opr. ab/ab


Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: ewangelizacja kryzys wiary kryzys Kościoła Synod 2012 kryzys przepowiadania Tomas Halik