Singlu, kim jesteś? [GN]

Kilkanaście lat temu mówiliśmy "stara panna", "stary kawaler" - dziś są to "single". Co się zmieniło?

Singlu, kim jesteś? [GN]

Powołanie to dużo więcej niż nieumiejętność znalezienia męża lub żony — mówi Katarzyna Jarosz. Autor zdjęcia: Jakub Szymczuk

Sąsiadka z osiedla, kolega zza biurka, starszy brat. Jeszcze kilkanaście lat temu „stare panny” i „starzy kawalerowie”. Teraz awansowali na „singla”.

Awans to rzeczywisty, jak można sądzić, czytając o realizujących się, samozadowolonych, bezżennych 30-latkach? Czy może — jak twierdzą inni — zawsze dramat, skrywany pod przykrywką hedonizmu, braku zobowiązań i wakacji na Majorce? A może ani jedno, ani drugie? Może zwiększająca się liczba osób żyjących samodzielnie to znak czasu, sposób na życie ani dużo lepszy, ani gorszy od małżeństwa? Jaka jest prawda o tzw. singlach? Ich życie to wybór, konieczność, radość czy ból?

Nowa nazwa — stare zjawisko?

— Single jako zjawisko nie są kulturową nowością — twierdzi, pytany o genezę „singielstwa”, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego dr Tomasz Ochinowski. — W prawie każdym szlacheckim dworku były tzw. rezydentki, czasem rezydenci. Duża część żołnierzy zawodowych nie była żonata, zawsze też byli nauczyciele i działacze religijni. Ale wtedy mieli na siebie pomysł: chociażby przez pomoc innym.

Dzisiaj nowością jest skala zjawiska. Wszystkich osób będących poza małżeństwem (socjolodzy wliczają w grupę singli również rozwodników i osoby owdowiałe) jest w Polsce ok. 5 mln. Szacuje się, że ta liczba jeszcze się zwiększy.

— Nowością jest też ich „brak przydziału”: część singli błąka się, nie ma pomysłu na życie. A społeczeństwo nie ma pomysłu na zagospodarowanie ich wielkiego potencjału — uważa Ochinowski.

Dlaczego sami?

Wśród osób samotnych są i samotni z wyboru. Jednak — co wynika chociażby z analizy wpisów internetowych — wielu jest również samotnych z konieczności. I nigdy nie uda się podać proporcji — których jest więcej. Danuta Prokulska--Balcerzak, psycholog i terapeuta, od kilku lat prowadzi warsztaty dla kobiet „Kiedy samotność boli”. — Na warsztaty przyjeżdżają kobiety, które pomimo podejmowanego wysiłku nie mogą wejść w relację, przekształcić ją w więź, a potem — co bywa trudniejsze — więź utrzymać. Rozmawiamy wtedy o przyczynach tkwiących w nich samych: w różnych emocjach, ich przekonaniach i wyobrażeniach na temat związków i bliskości — opowiada.

Na psychoterapię trafiają natomiast osoby w różnym wieku, dla których bycie singlem to problem.

— Kiedy zaczynamy analizować ich życie, okazuje się, że przyczyny niemożności wejścia w bliską relację leżą w ich relacji z rodzicami. W początkach naszego życia uczymy się (lub nie) zaufania, bliskości i zależności. Jeśli w rodzinie nie rozwinęliśmy tych podstawowych umiejętności, to „bronimy się” przed ludźmi, izolując się, unikając bliskości i zależności. Podświadomie wydaje się nam, że tym sposobem unikniemy różnych przykrych uczuć związanych z odrzuceniem — uważa terapeutka.

Inne przyczyny „singielstwa”? Jeszcze trzy dekady temu młodzi pobierali się w wieku 20—24 lat i nikogo to nie dziwiło. Dziś wiek zawarcia małżeństwa przesunął się o 5—6 lat i truizmem jest przypominanie, że jeśli myśli się poważnie o rodzinie, należy zdobyć dobre wykształcenie, pracę, mieszkanie. W efekcie, gdy 22-latka (nie w ciąży!) wychodzi za mąż — wprawia w osłupienie rówieśników. A samotna 30-latka przestała dziwić. Jednak ta 30-latka, jeśli nawet bardzo chce założyć szczęśliwą rodzinę, ma na to mniejsze szanse niż jej młodsza koleżanka. I nie tylko dlatego, że wszyscy potencjalni kandydaci „są już zajęci”...

— Wiek do 22—23 lat to wiek idealizmu. Potem myślimy bardziej realistycznie, twardo, nie wierzymy już tak w ideały, w drugiego człowieka — mówi psycholog Urszula Domańska. — Z wiekiem zmniejsza się gotowość całkowitego zaufania drugiej osobie. Im dalej od wieku „idealizacji”, tym większe przyzwyczajenia: do niezależności, wygody, dysponowania swoim czasem i zasobami.

Młodzi ludzie, szczególnie z wielkich miast, żyją w coraz większym pędzie, a ten pęd nie wpływa pozytywnie na możliwość pogłębionej, osobistej refleksji. Może więc eliminować u prawdopodobnie zapracowanej 30-latki umiejętność zauważenia, przeanalizowania własnych potrzeb. Czasem też prawdziwe potrzeby są przez nią głęboko skrywane. — Konsumpcyjne podejście do życia i pośpiech przenosi się na relacje damsko-męskie — uważa Domańska. — Nasze związki stają się więc jak jedzenie fast foodów: zadowalamy się tym, co szybkie, łatwo dostępne, a niekoniecznie zdrowe.

Akceptujemy singli?

Czysto teoretycznie społeczna akceptacja „bycia singlem” jest uwarunkowana dwoma czynnikami: środowiskiem życia i poziomem wykształcenia. Można to w skrócie opisać tak: w większych miastach, wśród osób lepiej wykształconych, samotny 35-latek to singiel. Gdy jednak na święta wraca do rodzinnej Wólki na Podlasiu, z miejsca staje się starym kawalerem.

— Moja mama chciałaby, żebym ożenił się z kimkolwiek i jak najszybciej — mówi Krzysztof, właściciel niewielkiej firmy w Warszawie. — W mojej rodzinnej miejscowości rówieśnicy mają już duże dzieci. Ja jeden taki „niewypał”. Mnie z moim „starokawalerstwem” źle nie jest, ale dla mojej mamy to obciach.

Teoria teorią, a w praktyce również wielkomiejscy single skarżą się na brak akceptacji zamężnych: — To bzdura, że singlom z wielkiego miasta jest fajnie, bo się nas nie wytyka palcami. W pracy patrzą na mnie zawsze jak na dziwoląga — mówi Anna, lat 38, bankowiec. — Polityczna poprawność i inteligencka grzeczność powodują, że nikt mi wprost staropanieństwa nie wytyka. Ale gdy mowa o ślubach, porodach czy zaręczynach, jakaś dziwna atmosfera się wytwarza: jakby ze mną o tym nie można było rozmawiać. I chyba się mnie boją.

Podobnego zdania jest Marek z Gdańska, 39-latek, przedstawiciel handlowy: — To, że bycie singlem jest fajne, sami single wymyślili na osłodę. A prawda jest taka, że to obciach nie ułożyć sobie życia, nie ożenić się czy wyjść za mąż.

Skazanie czy powołanie?

Marek przyznaje: nie potrafi i nie chce zaakceptować swojej samotności. Twierdzi też, że inni go nie akceptują. Definiuje się tak: „samotny, wierzący i praktykujący katolik, z trudnościami ze znalezieniem odpowiedniej partnerki”. „Odpowiedniej” — czyli również wierzącej i praktykującej, w podobnym wieku, wyznającej konkretny światopogląd. Marek twierdzi, że kobiet porządnych i „z wartościami” jak na lekarstwo. A lekarstwo — jak widać — nie dla niego. — Może gdybym nie stawiał tak wysoko poprzeczki, byłoby mi łatwiej znaleźć żonę — zastanawia się. — „Katosingle” mają gorzej. — Jest odwrotnie — twierdzi Joanna Michalska z portalu „Przeznaczeni.pl”. Na matrymonialnym portalu skierowanym do zdeklarowanych katolików zalogowało się ok. 130 tys. osób. — Wartości pomagają w poszukiwaniach, bo jeśli od razu szukamy osoby wyznającej podobny światopogląd jak nasz, nie ma rozczarowań, jest łatwiej stworzyć szczęśliwą rodzinę — twierdzi.

— Wydaje się, że katolik ma mniejszą możliwość wyborów, bo jest ograniczony przez zasady. Jeżeli się z tym męczy, rzeczywiście trudniej żyć — uważa Domańska. — Ale jeśli jest to świadomy wybór, a z wyborem łączy się osobowa relacja z Bogiem, to samotny wierzący jest w komfortowej sytuacji! Doświadcza poczucia wielkiej miłości, której nikt nigdy nie otrzyma od drugiego człowieka.

Współcześnie wielu „katosingli” mówi: „moja samotność to powołanie”. Ale czy formułka „mam powołanie do życia w samotności” nie jest nadużywana?

— Mam wrażenie, że jest — mówi otwarcie Katarzyna Jarosz, żona Tomasza. Jaroszowie mają po 35 lat, są małżeństwem od 5. Doświadczyli życia w pojedynkę, poczucia samotności, lęku, „czy ktoś mnie jeszcze zechce”. I dlatego, żeby pomóc innym, na prowadzonej przez siebie stronie dla katolików www.adonai.pl, utworzyli tzw. Źródełko.

— Do Źródełka przychodzą osoby, które chcą poznać drugą połówkę, założyć szczęśliwą rodzinę. Często piszą o sobie, że nie mają już nadziei na odnalezienie prawdziwej miłości i pytają: „może to powołanie”? Tymczasem powołanie to dużo więcej niż nieumiejętność (z różnych powodów) znalezienia sobie męża czy żony. Jest świadomym wyborem: rezygnuję z poszukiwania żony czy męża, bo czuję, że Bóg ma dla mnie inny plan.

Co zrobić z singlem?

— Wiadomo, że nie wszyscy założą rodzinę. Wielu takim osobom można współczuć i, na ile to możliwe, trzeba starać się pomóc — uważa Katarzyna Jarosz.

Jaroszowie pomoc unowocześnili. Przez Źródełko (są moderatorami) poznali Beatę, trzydziestoparolatkę, która przez Internet szuka męża. Kiedy Beata zaproponowała, żeby Źródełko „wylało” się do realu, najpierw razem stworzyli nową stronę: www.dla-samotnych.pl, a po kilku miesiącach „wylali” się na ulice Warszawy. Z singlami spotykają się na neutralnym terenie, na spacerach, wystawach. Chodzi o to, żeby nawiązywać znajomości prawdziwe, w prawdziwym świecie. I żeby odejść od klawiatury.

— Chodzi też o to, żeby się wspólnie modlić. W trzeci piątek miesiąca znajomy proboszcz odprawia Mszę św. w intencjach naszych singli — opowiada Kasia. — Bo dlaczego modlimy się o powołania kapłańskie, a nie modlimy o dobre żony i mężów dla parafian?

— Kocham singli — śmieje się dr Ochinowski. — I bardzo by mi się przydali do pomocy przy dzieciach, ale jakoś się nie kwapią. A poważnie: single mogą pełnić bardzo ważne role w społeczeństwie. Muszą się jednak zaangażować w coś, co będzie miało charakter odpowiedzialności za innych ludzi. Inaczej grozi im syndrom starokawalerstwa i staropanieństwa. A tego chyba sami by nie chcieli.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama