Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl


Powrót do strony głównej działu Kultura


Krzysztof Zanussi

Zamrożony optymizm

Zacząłem nowe stulecie od wędrówek po Stanach Zjednoczonych. Każda nowa podróż za Ocean, nawet jeśli wypada po bardzo krótkiej przerwie, jest okazją do jakichś nowych myślowych przymiarek. Stany są bez wątpienia lokomotywą dzisiejszego świata i cokolwiek dzieje się w Stanach, to zawsze, wcześniej czy później, odbije się w naszej Europie i w końcu trafi nad Wisłę. Inne miejsca świata potrafimy oglądać bez potrzeby robienia wspomnianych przymiarek. To co dzieje się na przykład w Indiach albo w Iranie jest ciekawe, ale nas tak bezpośrednio nie dotyczy. To co dzieje się w Stanach do nas przyjdzie i dlatego każdy chyba człowiek chce ocenić, czy to dla nas dobre, czy też złe.

Kiedy szukam podstawowych różnic między kontynentami, natychmiast przychodzą mi na myśl koleiny wyżłobione przez antropologów. Od nich nauczyłem się spostrzegać tę podstawową różnicę, jaką jest stosunek do przestrzeni i czasu. Stany, podobnie jak Rosja czy Kanada, mają więcej miejsca niż ludzi. My w Europie byliśmy od wieków stłoczeni na niewielkim, ale żyznym kontynencie i cenimy sobie każdą piędź ziemi (muszę wyznać, że chociaż ją cenię, to nie jestem pewien, ile piędzi zajmuje mój ogród przy domu). W Stanach było zawsze dość przestrzeni, stąd też amerykańskie miasta ciągną się kilometrami, bo każdy chce mieć ogródek, a pojęcie bliskości jest względne. W Los Angeles można jechać na kolację po przeciwnej stronie miasta i pokonywać dystans taki jak z Krakowa do Katowic, w Polsce dopiero od czasu istnienia autostrady taka podróż jest praktycznie wykonalna (choć nieprzyjemnie kosztowna) i sądzę, że jeszcze niewielu zamożnych mieszkańców Katowic pozwala sobie na takie wyskoki. Żeby zaostrzyć przykład, przypomnę mego znajomego milionera, który zaprosił mnie kiedyś na śniadanie w miejsce odległe o godzinę lotu odrzutowcem, a więc o kilkaset kilometrów — samoloty latają regularnie co pół godziny, więc odległość staje się zupełnie bez znaczenia. Cena pozostaje bez znaczenia tylko dla milionera, ale trzeba przyznać, że w Stanach loty są o wiele tańsze niż w Europie.

Skoro podobnie tanie są także telefony, więc znów widać, że jest pewna konsekwencja w stosunku do przestrzeni — cywilizacja w nowym świecie łatwo przezwycięża odległości. Jeśli idzie o poczucie czasu, mam wrażenie, że moja Europa ma nad Stanami przewagę. Mamy pamięć dłuższą niźli dwa stulecia istnienia państwa za Oceanem i dzięki temu inaczej patrzymy także w przyszłość. Amerykański optymizm wynika w wielkim stopniu z poczucia, że nic nie przemija, że czas teraźniejszy trwa wiecznie. Spacerując po Oakland, po przeciwnej stronie zatoki San Francisco, trafiłem na niewielki domek, jak zwykle z drewna, na którym widniał napis, który głosił, że jest to centrum krioniki, czyli zamrażania ludzi. Znajomy Amerykanin, który mnie oprowadzał, powiedział, że to centrum istnieje już ponad dwadzieścia lat i podobno korzystał z niego Walt Disney, który po śmierci kazał się zamrozić, wierząc, że postęp medycyny przegoni jego własną śmierć i po latach uda się go wskrzesić, korzystając z tego, że zamrożone tkanki zachowają odpowiednią świeżość. Ktoś tłumaczył mi, że po latach testament obalono, bo naukowcy dowiedli, że to bardzo drogie zamrażanie jest na nic, bo tkanki zostają zniszczone od mrozu, ale niezależnie od stanu faktycznego znamienny jest sam pomysł zlekceważenia czasu. Za pieniądze można kupić nieśmiertelność, a nauka stawi opór przemijaniu. Nie warto chyba dalej ciągnąć tego wątku. Jeszcze przed procesem zamrażania życie milionów bogatych ludzi prowadzi poprzez plastyczną medycynę po kuracje odmładzające i wszczepianie tkanki embrionów (a wcześniej tkanek małp). Społeczeństwo, które żyje bez ograniczeń przestrzeni, chce żyć także nieograniczone w czasie (w wypadku Rosji ta teza zupełnie się nie sprawdza, rosyjski fatalizm jest wyrazem największej pokory względem czasu).

Skoro już zszedłem do poziomu tkanek — mam przed sobą naukową informację o realnej nieśmiertelności. Na początku lat pięćdziesiątych zmarła na skutek raka niejaka Henrietta Lacks. Jej rakową tkankę zachowano i rozmnaża się ją w setkach laboratoriów pod wdzięczną nazwą Hela, czyli pod skrótem imienia i nazwiska tej, którą była za życia w kompletnym organizmie. Można powiedzieć: non omnis moriar, ale mnie po plecach dreszcz przechodzi.


opr. JU/PO

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Europa kultura Ameryka społeczeństwo gospodarka podróże USA Zanussi