Sukces, o którym marzyliśmy, zrujnował mnie. Ego urosło i zacząłem zdradzać żonę

Kiedy Adam przestał pić, odzyskał kontrolę nad swoim życiem. Awansował, zaczął dobrze zarabiać i po raz pierwszy poczuł, że naprawdę coś znaczy. Z czasem sukces finansowy przerodził się w pychę. Romans w pracy i kolejne zdrady sprawiły, że jego małżeństwo stanęło na krawędzi rozpadu. Jola i Adam dzielą się swoim świadectwem i opowiadają, co im pomogło wyjść z kryzysu.

Aleksandra Angowska: Jak się poznaliście i jak wyglądały początki Waszej znajomości?

Jola: Męża poznałam właściwie przez wspólnego kolegę. Przyjechał z nim do mnie na wieś i wtedy nas zapoznał. Byliśmy jednak bardzo młodzi – ja miałam 16 lat, a Adam 17.

Adam: Bardzo dobrze nam się rozmawiało, bo oboje pochodzimy z rodzin alkoholowych. Ja dodatkowo wychowywałem się w rozbitej rodzinie, więc rozumieliśmy się jak mało kto – mieliśmy podobne problemy i podobne zranienia. Nasza relacja bardzo dobrze się rozwijała, chociaż ja już wtedy popijałem alkohol. Dziś widzę, że w wieku 18 lat byłem już uzależniony, ale wtedy jeszcze potrafiłem to ukrywać przed Jolą.

Jola: To były czasy, kiedy nie było telefonów komórkowych. Spotykaliśmy się tylko dwa razy w tygodniu. W pozostałe dni Adam praktycznie pił, ale ja tego nie zauważałam. Ja byłam bardzo bita przez rodziców, w domu były awantury i nieprzespane noce. Generalnie chciałam uciec z takiego domu i wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi – a właściwie Adama. Bardzo dobrze nam się rozmawiało. Skarżyłam się mu na rodziców, a on doskonale rozumiał, o czym mówię. Między nami nie było żadnego wstydu.

A po jakim czasie doszło do zaręczyn?

Jola: Po trzech latach, ponieważ zaszłam w ciążę w wieku 19 lat. Można powiedzieć, że zaręczyliśmy się właśnie z tego powodu. Adam przyjechał do moich rodziców, powiedzieliśmy im o wszystkim, wtedy kupił mi pierścionek, a cztery miesiące później był już ślub. Mąż już na własny ślub cywilny przyszedł pijany. Przyszedł do mnie z kwiatami, a ja rzuciłam nimi i powiedziałam, że nie idę do ślubu. Wtedy po raz pierwszy poczułam strach, że nie chcę dla naszego dziecka,  które nosiłam pod sercem takiego życia, jakie sama miałam.

Niestety moi rodzice również byli uzależnieni i nie miałam z ich strony żadnego wsparcia. Mama podniosła te kwiaty, podała mi je i powiedziała: „Idziesz do ślubu. Chciałaś, to masz”. Nie miałam wtedy własnego zdania, poczucia wartości ani godności.

Dzisiaj jednak bardzo jej za to dziękuję, bo mimo wszystko jestem dziś szczęśliwą żoną i matką.

A jak wyglądały początki małżeństwa? Czy dopiero wtedy zaczęły wychodzić na jaw trudne rzeczy?

Adam: Przez pierwsze pięć lat małżeństwa moja choroba alkoholowa coraz bardziej się pogłębiała. Piłem coraz więcej. Zawsze mówię, że ponieważ bardzo wcześnie zacząłem pić, mój rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie 15-latka. Byłem kompletnie nieprzygotowany do małżeństwa i założenia rodziny. Byłem nieodpowiedzialnym człowiekiem.

Kiedy urodziła się córka, a jedenaście miesięcy później syn, wszystko zaczęło mnie przytłaczać i coraz częściej uciekałem z domu. Piłem coraz więcej i nie patrzyłem na to, czy Jola z dziećmi ma co jeść. Najważniejsze było dla mnie to, żebym mógł się napić i odreagować.

Wspominała Pani wcześniej, że bardzo dobrze się rozumieliście, bo pochodzicie z podobnych rodzin i domów. Jak więc doszło do tego, że chcąc stworzyć nową, lepszą rodzinę i uciec od trudnego dzieciństwa, powieliliście jednak podobny schemat?

Adam: Zawsze marzyliśmy o wspólnym domu i szczęśliwej rodzinie. Wielokrotnie mówiłem Joli, że chcę stworzyć lepszy dom niż ten, w którym sam się wychowałem. Nie chciałem być taki jak moi rodzice, szczególnie jak mój ojciec. Niestety moje uzależnienie coraz bardziej postępowało i dziś widzę, że zrobiłem w życiu gorsze rzeczy niż oni. Ukrywałem swoje picie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem uzależniony, ale z perspektywy czasu widzę, że już jako bardzo młody człowiek nim byłem. Jola nie była do końca świadoma skali problemu. Wiedziała pewnie, że czasami wypiję coś z kolegami, ale nie widziała, jak naprawdę to wyglądało.

Dziś wiem, że byłem wobec Joli nieuczciwy, bo wiedziałem, że będę pił. Kolejna randka miała być dopiero za trzy czy cztery dni, więc byłem przekonany, że do tego czasu „dojdę do siebie” i Jola niczego się nie domyśli.

Jola: Kiedy chodziliśmy razem na imprezy i mówiłam Adamowi: „Adasiu, nie pij” albo „wystarczy”, to zawsze mnie słuchał. To był jeszcze czas narzeczeństwa i miałam wtedy, jako dorosłe dziecko alkoholików, poczucie, że mam nad tym kontrolę. Wydawało mi się, że Adam mnie słucha, że robi to dla mnie i że potrafi powiedzieć „nie”, inaczej niż moi rodzice.

Dlatego przez wiele lat tak naprawdę nie byłam świadoma jego uzależnienia. Dopiero później zaczęło do mnie docierać, że alkohol staje się ważniejszy ode mnie. 

Czy był taki przełomowy moment, w którym zrozumieliście, że nie chcecie dalej tak żyć?

Adam: Pierwszym takim przełomowym momentem była sytuacja, kiedy po dwóch tygodniach picia i przebywania poza domem wróciłem do domu „jak książę”, a żona postawiła mi twarde warunki: albo idę się leczyć, albo się rozchodzimy. Powiedziała, że jakoś poradzi sobie z dwójką dzieci.

Ja już wtedy wiedziałem na sto procent, że sam sobie nie poradzę. Bałem się, że skończę tak jak mój ojciec, który popełnił samobójstwo. Czułem, że moje życie zmierza dokładnie w tym samym kierunku.

Zgodziłem się więc pójść do klubu abstynenta, a później do grupy Anonimowych Alkoholików. Mogę powiedzieć, że był to pierwszy moment, kiedy naprawdę odczułem działanie Pana Boga w swoim życiu, przez drugiego człowieka. Mam wrażenie, że Bóg zawsze działa w moim życiu właśnie przez ludzi, których stawia na mojej drodze. Wtedy zadziałał przez moją żonę, przez to twarde ultimatum, ale też przez wsparcie, które mi okazała. Od samego początku wspierała mnie w trzeźwieniu.

To musiało być dla Pani bardzo trudne — z jednej strony myśl o ratowaniu rodziny poprzez separacje z mężem, a z drugiej wspieranie go w walce o zdrowie?

Jola: Tak, te pięć lat było bardzo trudnym czasem. Adam jest bardzo dobrym człowiekiem, wtedy też nim był, tylko był zniewolony przez alkohol. Kiedy był w domu i nie pił, bardzo dużo pomagał i jakby nadrabiał stracony czas. Świetnie dogadywał się z dziećmi, kiedy były jeszcze małe. One go uwielbiały, kochały, wygłupiali się razem. Dlatego podjęcie takiej decyzji było dla mnie tak bolesne, bo ja naprawdę Adama kochałam.

Z drugiej strony patrzyłam na nasze dzieci i widziałam, że w najważniejszych momentach życia po prostu nie miały taty przy sobie. Kiedy rodziło się jedno dziecko, potem drugie, Adama nie było przy mnie w szpitalu, bo „opijał” narodziny dzieci. Tak wtedy po prostu wyglądała rzeczywistość. Ja zawsze zostawałam sama. Nie miałam też wsparcia rodziców, bo oni również pili, cieszyli się z narodzin wnuków. W praktyce więc byłam zdana sama na siebie. Jedynym prawdziwym wsparciem była moja ukochana babcia. Nigdy nie powiedziała złego słowa o Adamie, właściwie w ogóle nie rozmawiałyśmy na ten temat, jakby był tabu. Ale wiedziałam, że gdyby zabrakło mi chleba, a zdarzało się to nieraz, babcia po prostu by mi pomogła.

Wspomniał Pan o terapii. Czy był to pierwszy krok do powrotu do normalnego życia? Czy terapia okazała się skuteczna?

Adam: Tak. Do dziś jestem trzeźwy – niedługo minie 30 lat, odkąd nie piję. Bardzo wcześnie zacząłem pić, ale też stosunkowo wcześnie przestałem. Terapia odbywała się raz w tygodniu, ale oprócz tego kilka razy w tygodniu chodziłem na spotkania Anonimowych Alkoholików. Uczestniczyłem w meetingach, żeby uczyć się trzeźwego życia. Doradzono mi wtedy, żebym na początku chodził jak najczęściej i miał jak najwięcej kontaktu z innymi alkoholikami, z ludźmi, którzy są tacy jak ja i którzy rozumieją, co czuję, myślę i przeżywam.

Bardzo dużo czasu spędzałem na tych spotkaniach. Dodatkowo razem z Jolą i dziećmi chodziliśmy na rodzinne spotkania w klubie abstynenta. W czwartki miałem terapię, a we wtorki odbywały się spotkania dla całych rodzin. To był bardzo dobry czas. Spotykało się tam wiele rodzin, czasami były wspólne śpiewy przy gitarze, czasami poważne rozmowy, ale przede wszystkim rodziły się tam prawdziwe przyjaźnie, które trwają do dziś.

Czy już w trakcie terapii zauważyliście, że możliwy jest powrót do normalnie funkcjonującej rodziny? Czy szybko zaczęliście odczuwać zmianę?

Adam: W moim odczuciu wszystko zaczęło się zmieniać bardzo szybko. Nawet nie wiem, kiedy minęły trzy miesiące, pół roku czy rok trzeźwości. Miałem poczucie, że to wszystko idzie w dobrym kierunku. Nasza rodzina odetchnęła. W domu pojawiło się więcej spokoju, wzajemnego zrozumienia i zwyczajnej codziennej bliskości. Dobra passa trwała 10 lat.

Co takiego się wydarzyło później?

Adam: Sporo trudnych rzeczy. Im dłużej trwałem w trzeźwości, tym bardziej rosło moje poczucie własnej wartości. Zmieniłem pracę na dużo lepiej płatną niż wcześniej. Zacząłem być doceniany, kierowałem całą zmianą, dobrze zarabiałem. W pewnym momencie zacząłem myśleć, że jestem pępkiem świata. Zacząłem romansować w pracy i zdradzać żonę.

Kiedy mąż wytrzeźwiał i wszystko zaczęło się układać, dostała Pani kolejny cios. Jak Pani to przeżyła?

Jola: To był ogromny szok, kiedy odkryłam pierwszy romans. Próbowaliśmy jednak ratować nasze małżeństwo. Poprosiłam Adama, żeby zakończył tę relację. Poszliśmy razem do spowiedzi, bo myślałam, że spowiedź uleczy nas i nasze małżeństwo. Ale rany były bardzo głębokie. Adam myślał, że skoro poszedł ze mną do spowiedzi i zakończył tamtą relację, to sprawa jest zamknięta i możemy zacząć od nowa. A ja miałam w sobie milion pytań i jeszcze więcej lęku. Kiedy wychodził do pracy, bałam się. Było to widać w mojej twarzy, spojrzeniu, smutku, nerwach. Zaczęłam go kontrolować, oceniać, krytykować i oskarżać. To był prawdziwy chaos emocjonalny.

Myślę też, że Adam nigdy wcześniej nie czuł się tak ważny jak wtedy, gdy dostał awans. Pochodzimy z bardzo biednych rodzin. Żyło nam się ciężko, z małymi dziećmi przeprowadzaliśmy się aż sześć razy. Naprawdę wiele przeszliśmy. Kiedy Adam dostał dobrą pracę, poczuł się pewniej, inaczej spojrzał na siebie. A my oboje byliśmy po prostu niedojrzali emocjonalnie do małżeństwa.

Adam: Myślę też, że zabrakło nam fundamentu wiary, który rodzice przekazują dzieciom. To, że poszedłem do spowiedzi po pierwszym romansie, niewiele zmieniało, bo przez wiele lat byłem obrażony na Boga. Jako dziecko modliłem się i prosiłem, żeby moi rodzice przestali pić, żeby przestali się bić, żebym miał normalny dom, taki jak moi rówieśnicy. Ale miałem poczucie, że Bóg mnie nie wysłuchuje. Dlatego uznałem, że nie potrzebuję Boga, który „siedzi gdzieś na chmurze” i nie reaguje wtedy, gdy najbardziej Go potrzebuję.

Czy po tym pierwszym romansie problemy zaczęły jeszcze bardziej narastać, czy po zerwaniu kontaktu z tamtą kobietą sytuacja zaczęła się poprawiać, mimo obaw żony?

Adam: Nie, to było osiem lat bardzo ciężkiego kryzysu i ogromnego cierpienia, które zgotowałem swojej rodzinie. Po pierwszym romansie był następny, potem kolejny. To było błędne koło, z którego nie potrafiłem się wyrwać. Można powiedzieć, że cały czas szedłem w ciemności. Jola przez te wszystkie lata walczyła o nasze małżeństwo z uporem wojownika, a ja mówiąc szczerze, kompletnie tego nie doceniałem. Dopiero po kilku latach, kiedy powiedziała, że nie ma już siły, że jest bezsilna i przestaje walczyć, coś we mnie pękło. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale wtedy pojawiła się we mnie myśl: „Dobrze, teraz ja będę walczył o nasze małżeństwo”.

Skąd miała Pani tyle siły, żeby ratować małżeństwo?

Jola: Myślę, że takim narzędziem Pana Boga były nasze dzieci. Chociaż prawda jest też taka, że przez długi czas bardziej zajmowałam się ratowaniem męża i małżeństwa niż samymi dziećmi. Nie zawsze byłam silna. Miałam nawet próbę samobójczą. To było bardzo trudne również dla naszych dzieci, ogromnie się wtedy przestraszyły. Byłam człowiekiem wykończonym psychicznie, znerwicowanym i w tym wszystkim trochę nieobecnym jako mama.

Pamiętam moment, kiedy dowiedziałam się, że nasze dzieci mogą nie zostać dopuszczone do matury. Wtedy zrobiłam Adamowi ogromną awanturę i powiedziałam mu, że przez niego cierpią nasze dzieci. Odsunęłam się od niego. Mieszkaliśmy pod jednym dachem, ale żyliśmy osobno. I chyba właśnie wtedy Adam zaczął naprawdę myśleć o tym, co się z nami dzieje. To było moje poddanie się, a jednocześnie moment, w którym w Adamie pojawiła się siła do walki o rodzinę. Myślę, że to właśnie dzieci stały się początkiem naszego zwrotu ku ratowaniu małżeństwa. W tamtym czasie myślałam, że Adam robi to dla dzieci, a nie dla mnie, bo wciąż miałam w sercu jego wcześniejsze słowa, że już mnie nie kocha. Te słowa bardzo bolały. Ale wtedy pomyślałam sobie: może mnie już nie kocha, ale kocha nasze dzieci.

W jaki sposób ratował Pan małżeństwo?

Adam: Znalazłem rekolekcje dla małżeństw w Gidlach niedaleko Częstochowy i pojechaliśmy tam razem. To był kolejny przełomowy moment w ratowaniu naszego związku. Wiele dobrego zaczęło się tam dziać. Poznałem ludzi ze wspólnoty Sychar, wspólnoty małżeństw w kryzysie. Zaczęliśmy uczestniczyć w spotkaniach, a później sami założyliśmy ognisko w Katowicach. Przez dziesięć lat byliśmy jego liderami i pomagaliśmy innym małżonkom. Dotarło do mnie, że „darmo otrzymałeś, darmo dawaj”. Pomagając innym małżeństwom w kryzysie, pomagaliśmy również sobie. To nas rozwijało, jednoczyło i na nowo budowało naszą relację.

Czy wspólnota Sychar pomogła Wam nie tylko naprawić relację małżeńską, ale też odnaleźć Boga?

Adam: Tak naprawdę nawróciliśmy się dopiero na kursie Alpha – to było 12 lat temu. Zgodziłem się pójść z Jolą, ale w sercu myślałem sobie: „Udowodnię ci, że tego Boga nie ma”. Zacząłem nawet czytać Pismo Święte, ale robiłem to trochę perfidnie, tylko po to, żeby podczas spotkań wytykać animatorom błędy i pokazywać, gdzie się mylą. Nie udało mi się jednak, bo trafiliśmy na wspaniałych ludzi. Mieli do mnie ogrom cierpliwości. Alpha trwa jedenaście tygodni i przez cały ten czas wszyscy powtarzali, żeby wytrwać do weekendu z Duchem Świętym. Pamiętam, że powiedziałem wtedy Joli: „Pojadę jeszcze na ten weekend, a potem kończę z Alfą”. Ale coś w sercu mówiło mi, żeby jednak tam pojechać. Podczas modlitwy nade mną doświadczyłem tzw. spoczynku w Duchu Świętym. Poczułem bliskość Boga i Jego miłość. Dotarło do mnie, że Bóg był przy mnie przez całe życie, nawet wtedy, gdy wydawało mi się, że Go nie ma i że mnie nie słyszy a ON mnie wtedy niósł na rękach.

To był moment mojego nawrócenia. Od tamtej Alphy, naprawdę wierzę, modlę się i żyję sakramentami. To, co powinienem był zrobić już na początku małżeństwa, zaprosić Boga do każdej sfery mojego życia, naszego życia i małżeństwa — wydarzyło się dopiero wtedy.

Jola: To był przepiękny czas. Widziałam na własne oczy przemianę mojego męża. Kiedy modlono się nad Adamem, ja stałam jeszcze w kolejce i modliłam się do Boga, żeby zabrał mój lęk. Bałam się wtedy nieustannie, że Adam znowu mnie zdradzi, że znowu wszystko się powtórzy. To były początki ratowania naszego małżeństwa i ten lęk bardzo niszczył nasze relacje. Kontrolowałam Adama, sprawdzałam go, chociaż sama bardzo nie chciałam taka być. I dokładnie przede mną Adam doświadczył tego spoczynku w Duchu Świętym. Kiedy usiadł, jego twarz była zupełnie inna – jasna, spokojna. Wtedy zobaczyłam innego człowieka. Proszę mi wierzyć, w sercu poczułam, że mój mąż naprawdę się zmienił.

Na tym kursie małżeństwa mieszkają osobno, więc mieliśmy oddzielne pokoje. Całą noc pisaliśmy do siebie wiadomości, o swoich przeżyciach, bo ja również doświadczyłam ogromnego dotknięcia przez Boga. Otrzymałam w sercu taką miłość, jakiej nigdy wcześniej od nikogo nie doświadczyłam.

I ta miłość trwa do dziś, bo staramy się pielęgnować to, co wtedy otrzymaliśmy. Naprawdę wierzę, że zostaliśmy uzdrowieni. Nasze życie, sposób myślenia, serca, a nawet codzienne zachowania zaczęły się zmieniać. Oczywiście później musieliśmy jeszcze nauczyć się nowych sposobów komunikacji i tego, jak się nawzajem nie ranić, ale tamten moment był dla nas prawdziwym uzdrowieniem.

Uzdrowieniem duchowym, ale z tego co wiem, również i uzdrowieniem z choroby?

Jola: Tak, a nawet dwóch… W pewnym momencie okazało się, że mam czerniaka na nodze. I powiem szczerze, że wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, jak bardzo mężowi na mnie zależy. Adam ze łzami w oczach poprosił całą wspólnotę Sychar o modlitwę za mnie. Sam modlił się do św. Szarbela, kupił książkę o nim, czytał ją i bardzo wierzył w jego wstawiennictwo. Modlił się o moje uzdrowienie. Kiedy wycięto mi czerniaka i przyszły wyniki badań, okazało się, że nie ma przerzutów. Wiem i Adam też dziś to wie, że Pan Bóg wysłuchał jego modlitwy. Właśnie takich ludzi jak my – pogubionych, słabych, poranionych – Bóg naprawdę słucha. To jest dla nas coś niesamowitego, bo przekonaliśmy się o tym na własnej skórze.

Adam: Mało tego. Jola od ponad 30 lat chorowała na wirusowe zapalenie wątroby typu B. Trzy lata temu lekarze powiedzieli nam, że jej wątroba jest praktycznie w stanie marskości i że zostało jej może 8 miesięcy życia. Jola bardzo chciała pojechać do Medjugorie. Ja początkowo nie chciałem jechać, ale pomyślałem sobie: „Jeśli to może być nasz ostatni wspólny wyjazd, to pojadę”. Kiedy już tam byliśmy, zacząłem modlić się o jej uzdrowienie. Pomyślałem sobie, że skoro raz Bóg już nam pomógł, to może i tym razem wydarzy się cud. Po powrocie z Medjugorie Jola zrobiła badania. Lekarz był w szoku. Powiedział, że wirus nadal jest obecny, ale wątroba wygląda jak u noworodka – całkowicie zdrowa. I jak tu nie wierzyć? Naprawdę doświadczyliśmy w życiu wielu takich cudów.

Jak wyglądała Wasza codzienność po doświadczeniu Boga?

Jola: Bóg mi daje siły na każdy dzień, nie waham się iść do Jezusa by przedstawić Mu wszystkie sprawy,problemy . Kiedy czułam się samotna czytałam Psalm 91 KTO MIESZKA POD OSŁONĄ NAJWYŻSZEGO…. Zmieniło się nasze podejście, reakcje i sposób patrzenia na siebie nawzajem. Pojawił się większy pokój. Na rekolekcjach w Gidlach usłyszeliśmy od ojca Dominikanina o mocy wspólnej modlitwy małżonków i postanowiliśmy wieczorami to praktykować-chociaż było trudno . Nawet czasami nasze nastoletnie dzieci, zapraszane przez nas towarzyszyły nam .

Adam: Gdybym miał opisać nasze życie rodzinne po nawróceniu, to przez pierwsze pół roku czuliśmy się, jakbyśmy byli „20 centymetrów nad ziemią”. Człowiek był lekki, radosny i szczęśliwy. W naszym małżeństwie pojawiło się bardzo dużo modlitwy. Później jednak przyszedł taki moment, że Jola nadal była bardzo „gorąca” w wierze, a ja trochę osłabłem, zrobiłem się bardziej letni. Wtedy zaczęliśmy rozumieć, że choć Pan Bóg jest obecny w naszym życiu i zawsze chce nam pomagać, to jednocześnie oczekuje od nas konkretnej pracy nad sobą i nad małżeństwem. Daje narzędzia, ale to my musimy z nich korzystać.

Uznaliśmy, że Bóg poprzez wspólnotę Sychar uratował nasze małżeństwo z najgłębszego kryzysu i mamy ogromny szacunek do tej wspólnoty. Jednak po pewnym czasie zobaczyliśmy, że potrzebujemy czegoś więcej, bo wciąż nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Było jeszcze bardzo wiele niewyjaśnionych spraw, pytań i emocji. Ja odbierałem pytania Joli jako atak albo podejrzenia wobec mnie. Wtedy trafiliśmy do wspólnoty Spotkań Małżeńskich w Jaworznie i to okazało się strzałem w dziesiątkę na tamtym etapie naszego życia.

Tam zaczęliśmy poznawać swoje temperamenty i zrozumieliśmy, że po prostu różnimy się od siebie. Możemy patrzeć na tę samą sytuację, a widzieć ją zupełnie inaczej i to nie jest nic złego. To normalne i nie musi prowadzić do konfliktu. Poznaliśmy swoje potrzeby, oczekiwania i uczucia. Bardzo pomógł nam dialog – konkretne narzędzie pracy nad relacją, które proponuje ta wspólnota. Z czasem zauważyliśmy, że to naprawdę zmienia nas osobno, ale też zmienia nasze małżeństwo.

Powoli zaczęliśmy mniej angażować się w Sychar, a bardziej w Spotkania Małżeńskie. Dziś już sami jesteśmy animatorami i nadal uczymy się dialogu, bo życie cały czas stawia nowe wyzwania. Chcemy się ze sobą dogadywać, niczego już nie ukrywać ani nie zakłamywać, bo wiem, do czego prowadzi brak szczerości.

Czego nauczyliście się w Ruchu Spotkań Małżeńskich?

Jola: Ruch Spotkań Małżeńskich, w naszym przypadku ośrodek w Jaworznie, pokazał nam drogę do prawdziwego dialogu. Poznaliśmy tam wspaniałych ludzi, którzy bardzo nam pomogli poznać zasady dialogu i że WAŻNIEJSZA JEST RELACJA NIŻ RACJA. Dopiero tam zrozumiałam, że powinnam mniej mówić, a więcej słuchać. Że nie chodzi o dyskusję i udowadnianie racji, ale o dzielenie się sobą. Nauczyłam się, że zamiast oceniać, powinnam próbować zrozumieć Adama.

Najważniejsze było jednak przebaczenie. Przez wiele lat wydawało mi się, że przebaczam mężowi, ale dziś widzę, że było to bardzo powierzchowne. To były tylko słowa, za którymi nie szło prawdziwe uzdrowienie serca. Dzisiaj wiem, że przebaczenie jest procesem. Zaczyna się od dobrej woli i szczerej chęci przebaczenia, ale później potrzebna jest także współpraca z Panem Bogiem i systematyczna droga duchowa.

Codziennie staram się pogłębiać swoją relację z Bogiem. Właśnie tym urzekł nas ruch Spotkań Małżeńskich, że nie chodzi tam wyłącznie o budowanie dialogu między mężem i żoną, ale przede wszystkim o budowanie relacji z Panem Bogiem. Bo jeśli dobrze układa się z Bogiem, łatwiej potem budować relacje z mężem i z innymi ludźmi.

To naprawdę piękna wspólnota. Rozwijamy się tam, pracujemy nad sobą, prowadzimy  weekendy dla narzeczonych i dla małżeństw oraz rekolekcje wakacyjne dla całych rodzin.

Co poradzilibyście małżeństwom przeżywającym kryzys?

Jola: Bardzo ważne są dla mnie słowa Jezusa: „Trwajcie w miłości mojej”. Mimo wszystkich trudnych doświadczeń, kryzysów i cierpienia trwamy razem, bo ufamy Jezusowi. Oczywiście w naszym życiu wydarzyło się jeszcze wiele trudnych rzeczy, ale dziś wiemy, że Jezus jest jedynym prawdziwym lekarzem, przyjacielem i Ojcem. Ja wiem, że jestem kochaną córką Boga – kochaną bezwarunkowo.

Adam: Bardzo polecamy weekendy małżeńskie, bo one naprawdę pomagają lepiej poznać siebie nawzajem i nauczyć się rozmawiać o uczuciach. Dostaliśmy tam konkretne narzędzia do codziennego życia, zarówno w relacji małżeńskiej, jak i duchowej.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »