Taki okrzyk, pełen wyrzutu, skargi i niezrozumienia, gości na wargach osób przeżywających ból rozstania z bliskimi, nawrót poważnej choroby czy też inne ciosy losu. I jest to okrzyk szczery, zrozumiały, nawet gdy wydobywa się z głęboko wierzącego serca. Nie musi on być znakiem buntu wobec Boga, ale może być krzykiem przyzywającym Boga w sytuacjach, które człowieka całkowicie przerastają. Podobny okrzyk znajdujemy w samym centrum opisu śmierci Jezusa na krzyżu. Jak go rozumieć?
Wcielenie Syna Bożego nie było jakimś tanim przedstawieniem, które – chociaż wyciska łzy w oczach – to jednak dzieje się „na niby”. Jezus wiszący na krzyżu jest dramatyczną ilustracją tego, że On rzeczywiście był podobny do nas we wszystkim, oprócz grzechu, także w przedśmiertnym dramacie, bólu i trwodze umierania. Okrzyk Jezusa nie jest jednak okrzykiem rozpaczy, niezgody na swój los czy buntu wobec woli Ojca w niebie. Jezus woła do Ojca słowami psalmu 22, który rozpoczyna się od tego dramatycznego okrzyku: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Psalm ten pokazuje mękę człowieka poddanego strasznemu cierpieniu. Odzwierciedla wszystkie przepaście cierpienia, włącznie z tym, że psalmista mówi o przebiciu rąk i nóg, jakby w proroczej wizji potrafił ponad przepaścią wieków zobaczyć cały dramat Golgoty. A jednak psalm ten nie kończy się okrzykiem trwogi, ale głębokim aktem zaufania, niemalże pewności, że męka nie jest ostatnim słowem, że Bóg jest obecny nawet wtedy, gdy dopuszcza skrajne cierpienie. I że Jego miłosierna obecność przyniesie w końcu zbawienie. W najtrudniejszym odcinku drogi Jezusa – drogi przez haniebną mękę i śmierć na krzyżu – towarzyszą mu słowa modlitwy, która stanowiła samo centrum Jego relacji z Ojcem.
To może się dokonać także w mojej duchowej drodze. Jeśli sięgam po modlitwę nie dopiero wtedy, gdy piętrzą się życiowe trudności, ale jeśli stanowi ona stały element mojej codzienności, wtedy mogę liczyć na to, że taka wierna modlitwa przeniesie mnie ponad przepaściami, jakie mogą pojawić się na mojej życiowej drodze.