Depresja to wewnętrzny dywersant w człowieku, co skrycie odcina system nerwowy, detonując przepływ decyzji między sztabem dowodzenia – mózgiem, kręgosłupem, mięśniami a ręką, która nie podniesie się, by nacisnąć guzik na budziku i uchylić okno o świcie. Zresztą, szepczą do ucha bezdźwięczni szpiedzy z podziemnego świata, za szybą musi być ciągle zima – z pewnością wiosna się opóźnia. Proszę wstać i w tej chwili podjąć swoje obowiązki! Cóż po skandowanej komendzie, gdy kamienne łóżko powozi bezwiedne ciało o kilka pięter w dół bezbarwnego, brudnego, betonowego bloku. Depresji nie będzie na pogrzebie, za to bezczelnie zasiądzie w pierwszej ławce podczas ślubu, by zepsuć w końcu radość na weselu. Kto ją tu zaprosił? Człowiek w depresji traci kontakt z sobą, a jednocześnie samego siebie oskarża o kradzież własnej osobowości.
Podejrzewa przecież, że nie ma nikogo we wszechświecie, kto byłby zainteresowany wyciągnięciem ręki do niego, ani po niego. Zaraz, jednak był kiedyś ktoś, kogo usiłowano również strącić do przepaści (por. Łk 4, 29). Tak, to Jezus Chrystus po wyjściu z synagogi w rodzinnym Nazarecie. Czy On ma jakieś pojęcie o depresji? Lecieć w przepaść to prawdziwy ból, ale dać się podwyższyć na krzyżu to dopiero dramat. Latynoski myśliciel Horacio Bojorge twierdzi, że współcześnie ludzie już nie tyle mogą znaleźć się po latach istnienia w stanie acedii, co zmuszeni są rodzić się w cywilizacji acedii. W takiej epoce szansę na przeżycie dostaje człowiek, który chroniąc logikę krzyża jak ostatnią zapałkę, krok po kroku wydostaje się po ściankach z przepaści.
Trudno oczekiwać, by osoba chora zawsze i we wszystkim panowała nad sobą. Nic dziwnego więc, że trędowatemu Naamanowi puszczają nerwy nad brzegami Jordanu (por. 2 Krl 5, 11). Badacze biografii syryjskiego generała, którego nie wrogowie, lecz brutalne cierpienie powaliło dopiero na ziemię, twierdzą, że Naaman pokonuje nie tyle szlak wędrówki z ojczystego Aramu do granic Izraela, co przechodzi duchową drogę wiary. Dowódca wojskowy pielgrzymuje w swoim wnętrzu od rozpaczy po nadzieję, od strapienia do pociechy, od ciemnej nocy po brzask, od bólu do zdrowia, ale przede wszystkim od pogaństwa do uznania jedynego Boga.
Prowadzić życie duchowego nie zawsze znaczy wygrywać bitwę na polu świętości. Czasem chodzi przede wszystkim o to, by przed runięciem w samo dno przepaści, chwycić się pokornie krzyża i ocaleć.