„Potrafiliśmy pojechać do rodziny i byliśmy postrzegani jako zupełnie normalne małżeństwo. Trzymaliśmy się za ręce, rozmawialiśmy ze sobą spokojnie i życzliwie. Ale to była gra pozorów. Wystarczyło jednak wyjść z czyjegoś domu i kłótnie wracały natychmiast” – tłumaczą Państwo Wołosowscy, założyciele ogniska WTM Sychar w Tarnowie, którzy z Bożą pomocą przezwyciężyli kryzys.
Aleksandra Angowska: Jak rozpoczęła się Wasza historia?
Wojciech: Poznaliśmy się 32 lata temu. Połączyło nas miejsce pracy. Po dwóch tygodniach współpracy ze mną, żona powiedziała właścicielce, że z takim wariatem pracować nie będzie i poprosiła, żebyśmy nie byli na jednej zmianie. De facto poznaliśmy się w czerwcu, a już w styczniu się oświadczyłem.
Maria: Na początku byłam bardzo sceptyczna, naprawdę bardzo. Nie chciałam się z Wojciechem umawiać na żadną randkę. To, co mnie jednak w nim zafascynowało, to jego umiejętność słuchania. Kiedy w końcu poszliśmy na spotkanie, Wojciech po prostu słuchał. I było widać, że robi to z zaangażowaniem. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałam, że może jednak nie jest taki zły, jak uważałam na początku. Ważne było też to, że mogłam mu powiedzieć wszystko. Nawet kiedy między nami bywało źle, nigdy nie zdarzyło się, żeby komukolwiek o tym opowiedział. Jeśli prosiłam, żeby coś zostało między nami, to tak właśnie było, nigdy nic nie wypłynęło na zewnątrz. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ona pojawiała się powoli, ale z czasem nabrała takiej siły, że doprowadziła nas do ślubu.
A czym żona zachwyciła Pana?
Wojciech: Na pewno uśmiechem i to do dziś się nie zmieniło. Ma też w sobie wielki spokój. Kolejna rzecz to otwartość, mogliśmy ze sobą normalnie rozmawiać, bez ukrywania nawet trudnych tematów.
Kiedy więc rozpoczął się kryzys?
Wojciech: Pierwsze 10 lat małżeństwa było wymarzone. Potrafiłem zadzwonić i zapytać, czy jest w stanie spakować się w godzinę. I jechaliśmy przed siebie, bez planu, szukając noclegu po drodze, zastanawiając się, dokąd dojedziemy. Zdarzały się też zabawne sytuacje, raz dojechaliśmy aż do granicy Polski, po czym okazało się, że musimy wracać, bo nas nie przepuszczą dalej (śmiech). Było dużo spontaniczności i wzajemnego zaskakiwania się.
Kryzys zaczął się 10 lat później, w momencie, kiedy zachorowałem. Miałem bardzo poważny wylew. Wtedy żona uznała, że musi się mną całkowicie zająć. Była pielęgniarką, a nie żoną. Zaczęła mnie hamować we wszystkim: „do pracy się nie nadajesz”, „w domu nie możesz nic zrobić”, „nie możesz prowadzić samochodu”. U niej wszystko było na „nie”.
Maria: Chcąc, oczywiście w dobrej wierze, pomóc mężowi, robiłam dokładnie odwrotnie. Totalnie go hamowałam. Nawet jeśli chciał sam coś ugotować, potrafiłam wbiegać do kuchni i mówić: „nie, nie, bo sobie coś zrobisz”, „nie, bo coś się stanie”. Zamiast pomóc mu wyjść z tej sytuacji, działałam w przeciwną stronę. Próbując go chronić, tak naprawdę wpędzałam go w jeszcze większe trudności, przede wszystkim emocjonalne. Ponadto jestem dzieckiem DDA. Nie chciałam, żeby w mojej rodzinie powtórzyło się to, co było w moim domu. W pewnym momencie poszłam jednak za daleko w pilnowaniu wszystkiego. Cały czas miałam z tyłu głowy, że jeśli nie będę trzymała wszystkiego w ryzach, to wszystko się rozsypie. W efekcie bardzo mocno weszłam w jego przestrzeń. De facto odsunęłam go od wielu spraw.
Jak Pan na to reagował?
Wojciech: Narastała we mnie ogromna wściekłość na samego siebie. Przez ponad pół roku byłem praktycznie osobą leżącą, całkowicie niesamodzielną. Kiedy próbowałem wracać do sprawności (na przykład wejście z parteru na drugie piętro zajmowało mi około dwóch godzin) słyszałem: „nie, nie możesz”. Ta blokada tylko zwiększała moją frustrację.
Stawałem się przez to trudny w relacjach, chciałem coś robić, ale byłem powstrzymywany. A kiedy byłem blokowany, zaczynałem wyładowywać emocje na żonie i dzieciach. Pojawiały się przekleństwa, krzyki, dochodziło do rękoczynów. Zacząłem też znęcać się psychicznie nad rodziną, nad dziećmi. Doszło do takiego momentu, że dzieci miały na drzwiach swoich pokoi naklejki z napisem „zakaz wstępu dla rodziców”. Ich pokoje stały się ich jedyną bezpieczną przestrzenią. Wyjście na korytarz było już wejściem w strefę wojny, w paszczę lwa.
Maria: Mąż wielokrotnie się buntował, co prowadziło między nami do poważnych konfliktów, krzyków, napięć. To trwało siedem lat. Doszło do momentu, w którym nie mogliśmy już na siebie patrzeć. Wojciech był już zdrowy, wszystko przynajmniej pozornie było w porządku, a my zupełnie nie potrafiliśmy wrócić do tego, co było wcześniej. Zamiast tego każde z nas próbowało udowodnić, że to ono ma rację.
Wojciech: To rzeczywiście trwało bardzo długo, siedem lat. Przez pierwsze dziesięć lat siadaliśmy razem, rozmawialiśmy, wszystko wspólnie ustalaliśmy. W tym trudnym okresie to zniknęło, nie było rozmów, nie było wspólnego podejmowania decyzji, nie było też wspólnych wyjść czy czasu tylko dla nas. Zaczęły się dwa obozy: „obóz Wojciecha” i „obóz Marysi”.
Jak po dojściu do zdrowia wyglądało Wasze życie rodzinne?
Wojciech: Po dwóch latach, kiedy w jakimś stopniu wróciłem do względnie normalnego życia, uciekłem w pracoholizm, jakbym chciał nadrobić stracony czas. Nie było mnie w domu. Żona została sama z dwójką dzieci. Wzięła na siebie wszystko – nie tylko rolę opiekunki, ale też głowy rodziny. Trzeba było zarabiać, robić zakupy, ogarniać codzienność. Pracowała na dwóch etatach i dźwigała cały ciężar życia rodzinnego.
Wspominała Pani, że nie chciała Pani powtórki z tego, co alkohol zrobił z małżeństwem rodziców, ale czy rzeczywiście mąż nadużywał alkoholu?
Maria: Raczej nie, ale u mnie syndrom DDA polegał on na tym, że bardzo nie chciałam być jak moja mama – uległa, podporządkowana pod każdym względem, robiąca wszystko tak, jak chciał tata, całkowicie zależna od jego humorów. Dlatego paradoksalnie, próbując się chronić, poszłam w drugą skrajność. Chciałam pokazać Wojciechowi: „ty nigdy nie będziesz miał nade mną władzy, nigdy ci na to nie pozwolę”.
Czy chodziło tylko o problem alkoholu, czy o władzę w ogóle?
Maria: Tak naprawdę o wszystko. Dopiero później to zrozumiałam. Wydawało mi się, że chodzi tylko o alkohol, a okazało się, że we wszystkich obszarach życia działałam według jednego schematu. Cały czas gdzieś w podświadomości miałam jedno: „nie będę jak moja mama”. I że Wojciech nigdy nie będzie mną rządził, nie będzie mnie kontrolował ani „ustawiał”. W pewnym momencie zatoczyłam jednak koło, bo przez ten syndrom DDA byłam nie do wytrzymania.
Czy Pani kontrola była widoczna już na początku małżeństwa, w tych pierwszych dziesięciu latach?
Maria: Jeszcze przed ślubem powiedziałam Wojciechowi: dzień, w którym zacznie pić, będzie ostatnim dniem naszego związku. To było ultimatum, bardzo stanowcze.
Wojciech: Nie miałem problemu alkoholowego. Zresztą dzieci same mówią, że nigdy nie widziały mnie pijanego. Oczywiście nie twierdzę, że w ogóle nie piłem, ale to nigdy nie było na poziomie nadużywania czy pijaństwa. Dziś od 19 lat w ogóle nie używam alkoholu, nie jest mi do niczego potrzebny. I nawet w najtrudniejszym okresie naszego kryzysu, kiedy działy się najgorsze rzeczy, również nie sięgałem po alkohol.
Jaki był moment przełomowy, w którym zrozumieli Państwo, że małżeństwo nie powinno tak wyglądać?
Maria: Dla mnie takim przełomem było przede wszystkim dojście do ściany. Nie było dnia, żebyśmy się nie kłócili. Co więcej, potrafiliśmy pojechać do rodziców, czy do innych członków rodziny i tam byliśmy postrzegani jako zupełnie normalne małżeństwo. Trzymaliśmy się za ręce, rozmawialiśmy ze sobą spokojnie i życzliwie. Ale to była gra pozorów, żeby nikt nie zobaczył, że coś jest nie tak. Wystarczyło jednak wyjść z czyjegoś domu i wszystko zaczynało się od nowa. Kłótnie wracały natychmiast.
W pewnym momencie powiedziałam sobie: „nie, ja tego nie wytrzymam”. Uznałam, że tego już nie da się zmienić. Doszłam do takiego punktu, że stwierdziłam: to koniec. Postanowiłam napisać pozew o separację. Dałam mężowi trzy miesiące, jeśli się nie zmieni, składam pozew o rozwód. Chciałam podejść do tego „rozsądnie”, więc wpisałam w wyszukiwarkę: „jak uzasadnić pozew o separację”. Pierwsze, co mi się pojawiło, to była wspólnota Sychar. Wtedy pomyślałam: przypadek. Dziś wiem, że to nie był przypadek. To, co Pan Bóg potrafi zrobić, jest naprawdę niesamowite.
Czy od razu dołączyła Pani do wspólnoty?
Maria: Tak. Poszłam do tej wspólnoty po to, żeby dowiedzieć się, jak zmienić męża. Byłam przekonana, że jestem bardzo dobrą żoną, robię wszystko, staram się, a on tego nie docenia. I tam po raz pierwszy usłyszałam: „zacznij od siebie”. Pomyślałam: „to jacyś wariaci – ja przyszłam, żebyście zmienili mojego męża”. Ale ponieważ byłam tam anonimowa, bo to było przez internet, to zostałam. Zaczęłam wyrzucać z siebie wszystko. W pewnym momencie usłyszałam: „przemocy mówimy stop, w każdej formie. Jednocześnie: nie bądź zołzą, nie prowokuj”. Najpierw zareagowałam złością: „ja zołzą? Co oni w ogóle mówią? Przecież takiej żony jak ja nikt nie ma”. Napisałam, żeby usunęli wszystkie moje wpisy i skasowali mnie z forum. Czekałam na odpowiedź. ,Weszłam ponownie, myślałam, że ktoś będzie mnie przekonywał, tłumaczył. A tam było tylko jedno zdanie: „Masz do tego prawo, zastanów się, czy aby na pewno tego chcesz”. To mnie zatrzymało. Pomyślałam: „dlaczego oni tak reagują? O co tu chodzi?”. To był pierwszy prawdziwy „stop” w moim życiu.
Przez te siedem lat bardzo często modliłam się słowami: „Panie Boże, za co mnie karzesz? Czy nie przeżyłam już wystarczająco dużo? Dlaczego dalej mnie karzesz? Czy nie możesz coś zrobić z moim mężem, żebyśmy mogli żyć tak jak kiedyś, jak przez te pierwsze dziesięć lat?”. Później spotkałam na swojej drodze franciszkanina, dziś wiem, że to też nie był przypadek. Powiedział mi jedno zdanie: „przestań pytać: dlaczego? Zacznij pytać: po co to jest w twoim życiu”. To też mnie bardzo zatrzymało.
Podjęłam decyzję, że pójdę na warsztaty dwunastokrokowe. To było dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Musiałam skonfrontować się z całym swoim życiem, od dzieciństwa aż po teraźniejszość. Dwa razy chciałam z tego zrezygnować, uciec, ale zostałam. Przetrwałam. Doszliśmy do punktu, w którym ja zaczęłam się zmieniać, a mój mąż nie nadążał za tymi zmianami.
Pan wiedział, że żona należy do wspólnoty?
Wojciech: Tak, ale ja przez ponad dwa lata byłem przekonany, że to sekta, która „pierze mózg”. Nie miałem zamiaru do niczego takiego dołączać. Do tego stopnia, że gdy Wspólnota Sychar organizowała rekolekcje w Łagiewnikach, to potrafiłem zawieźć Marysię na te rekolekcje i potem ją odebrać, ale sam nie chciałem mieć z „tą sektą” nic wspólnego.
Czy ostatecznie doszło do separacji, o której Pani wspominała?
Maria: Nie. Właśnie dzięki temu, że trafiłam do tej wspólnoty, nie złożyłam pozwu. Miałam go przygotowanego, schowałam go „na wszelki wypadek”. To było takie moje zabezpieczenie: mam go, jeśli będzie trzeba, mogę go użyć. Ale ostatecznie go nie złożyłam. To właśnie Sychar i ludzie, których tam spotkałam, pomogli mi przejść przez nasz kryzys.
Po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że w kryzysie nie chodzi o winę. Wina jest wtedy, gdy ktoś działa z premedytacją. A to, co działo się między nami, nie było działaniem z premedytacją, tylko efektem tego, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Będąc we wspólnocie, powtarzałam, że jeśli już mówić o winie, to 99% leży po stronie Wojciecha, a tylko 1% po mojej. I przez długi czas byłam o tym przekonana. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam coś, co bardzo mnie poruszyło: „nawet jeśli twój udział to tylko 1%, to jest to twoje 100%”. To we mnie mocno uderzyło. Zastanawiałam się: jak to możliwe, że 1% może być jednocześnie 100%?
Czy przez cały ten czas mieszkali Państwo razem?
Wojciech: Jesteśmy pod tym względem pewnym ewenementem, nigdy się nie rozstaliśmy. Nikt z nas się nie wyprowadził. Cały czas mieszkaliśmy razem, żyliśmy pod jednym dachem. Natomiast ja byłem wtedy w silnym trybie pracoholizmu. Pracowałem w różnych miejscach, w Poznaniu, w Gdańsku, właściwie w całej Polsce. Wyjeżdżałem na trzy–cztery dni, wracałem na chwilę do domu, potem znowu wyjazd. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można powiedzieć, że to był taki substytut wyprowadzki, przez 10–12 dni w miesiącu po prostu mnie nie było. I być może to w pewnym stopniu rozładowywało napięcie, które w innym przypadku mogłoby doprowadzić do faktycznego rozstania.
A jak wyglądała Pana droga przemiany?
Wojciech: Marysia zaczęła się zmieniać. Ja natomiast przez długi czas miałem bardzo negatywne zdanie o tej wspólnocie. Dopiero po dwóch latach jej zaangażowania zdecydowałem się pojechać na rekolekcje. I to był moment przełomowy, zmieniłem swoje podejście o 180 stopni. Później zaczęliśmy już razem jeździć na rekolekcje i spotkania.
Czy to był moment, w którym pojawiła się nadzieja, że może być lepiej?
Maria: Tak. To był dla mnie niesamowity wyjazd. Kiedy jechaliśmy do Katowic, Wojciech praktycznie się nie odzywał. Dopiero później, kiedy zaczęliśmy więcej rozmawiać, powiedział mi, że się obawiał, nie wiedział, co mówiłam o nim we wspólnocie. Dlatego przez całą drogę był zamknięty. Za to w drodze powrotnej nie mogliśmy przestać rozmawiać.
Ten wyjazd był dla mnie wyjątkowy jeszcze z innego powodu. Tematem rekolekcji było „przytulenie Boga Ojca”. Wtedy ksiądz zaprosił nas też do osobistego doświadczenia, żeby podejść i „dać się przytulić” Bogu Ojcu. W moim wnętrzu toczyła się ogromna walka. Jedna część mnie bardzo chciała podejść, ale druga jakby mnie blokowała, miałam wrażenie, jakby ktoś przykleił mnie do ławki. Nie mogłam się ruszyć.
Ksiądz powiedział też, że za ołtarzem stoi duży krzyż i że można podejść i przytulić się do Syna. Nie wiem, po jakim czasie w końcu wstałam. Podeszłam do księdza. Zapytał mnie o imię. Zapamiętałam tylko jedno zdanie: „Marysiu, jesteś moją najukochańszą córką na świecie i nigdy nie przestanę cię kochać”.
Co działo się później – tego już nie pamiętam. Wojciech później mi to opowiadał. Podobno zaczęłam płakać. Podobno podeszłam do krzyża – tego nie pamiętam. Podobno wróciłam do ławki i siedziałam nieruchomo. Po zakończeniu wszystkiego Wojciech wyprowadził mnie z kościoła. Zaprowadził do pokoju. Podobno siedziałam i nie było ze mną żadnego kontaktu.
To był dla mnie bardzo namacalny moment. Poczułam w sercu Bożą miłość, ogromną, bezwarunkową miłość Boga Ojca. Taką, która naprawdę przytula. To był moment w moim życiu, w którym powiedziałam sobie: nie chcę już być taka, jaka byłam. Zrobię wszystko, żeby zmienić swoje nastawienie, żeby zmienić siebie. Nie chcę w kółko przeżywać mojego dzieciństwa, przeszłości, naszego kryzysu – tego wszystkiego, co się wydarzyło. Chcę to przepracować i iść dalej.
Wiemy, jaka zmiana zaszła w Pani, a jak Pan to przeżył?
Wojciech: To oczywiście nie był jeszcze koniec kryzysu. Marysia się wzmocniła i pokazała mi pewną drogę. Wtedy pomyślałem, że ja też muszę zacząć coś ze sobą robić. I zacząłem, może jeszcze nieśmiało, może nie do końca świadomie, ale jednak próbowałem się zmieniać.
Co ciekawe, ja uważam, że nasz kryzys zakończył się rok wcześniej, niż uważa Marysia. I do dziś się w tym różnimy, choć jednocześnie się z tym zgadzamy. Dlatego czasem, gdy ktoś pyta, jak długo jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ja mówię: 13 lat, a Marysia – 12 lat.
Maria: Potrzebowałam tego jednego roku więcej, żeby upewnić się, że zmiana w Wojciechu jest trwała. Chciałam zobaczyć, że to nie jest chwilowe, że nie jest to tylko sposób na zatrzymanie mnie przy sobie, żeby związek się nie rozpadł. Potrzebowałam czasu, żeby poczuć, że to jest prawdziwa, głęboka zmiana.
Co działo się przez ten rok? Co sprawiło, że potrzebowała Pani takiego potwierdzenia?
Maria: Pamiętam moment, kiedy Wojciech wrócił z pracy. Kiedy zobaczyłam jego minę, pomyślałam: „Boże, wszystko wraca”. Miałam wrażenie, że dopiero zaczęliśmy wychodzić z kryzysu, a tu nagle wszystko znowu się rozpada. Wojciech usiadł na wersalce i powiedział: „Marysia, muszę z tobą porozmawiać”. Mówił to tak poważnie, że nogi się pode mną ugięły. Usiadłam obok niego i wtedy usłyszałam, że postanowił iść na terapię. Pomyślałam: „dobrze, idziesz na terapię, więc poczekam i zobaczę, jakie będą efekty”. To był dla mnie bardzo ważny moment. Wojciech zaczął się leczyć, ale też sam inicjował rozmowy dotyczące nas, naszej relacji, naszych rodzin.
Wojciech: Nie wstydzę się o tym mówić. To nie była tylko terapia w sensie spotkań z psychologiem, to był również okres leczenia psychiatrycznego. Chodziłem do psychiatry, przyjmowałem leki. Dziś rozumiem obawy Marysi. Wtedy może nie do końca, ale dziś tak. Skoro zacząłem się leczyć, pojawiły się leki, to z jej perspektywy mogło to oznaczać, że coś jest „nie tak” i że istnieje ryzyko nawrotu. Te obawy były uzasadnione. Z drugiej strony wiem też, że psychiatra to taki sam lekarz jak każdy inny. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz problem, nie wstydź się i idź szukać pomocy.
Czy to był jeszcze czas intensywnej pracy i częstych wyjazdów, czy zaczęło się to już stabilizować?
Wojciech: To był moment stopniowego „wyhamowywania”. Przestałem angażować się w różne przetargi, które wcześniej były dla mnie pretekstem do wyjazdów. Bo prawda jest taka, że wygrywając kolejne zlecenia, myślałem głównie o sobie, że wyjadę na drugi koniec Polski i będę miał kilka dni „świętego spokoju”. Im więcej wyjazdów, tym więcej ucieczki od domu.
Z czasem zaczęło się to zmieniać. Najpierw zacząłem po prostu częściej bywać w domu, potem stopniowo wracałem do normalnej obecności w życiu rodzinnym. W tym czasie zaczęliśmy też przygotowywać się do otwarcia pierwszego ogniska Sycharu.
Czy oboje chcieliście stworzyć nowe ognisko WTM Sychar i pomagać innym małżeństwom w kryzysach?
Maria: Na początku byłam bardzo sceptyczna wobec tego pomysłu. To Wojciech był inicjatorem i osobą, która do tego dążyła. Ja natomiast uważałam, że jako małżeństwo nie jesteśmy jeszcze gotowi. Miałam poczucie, że to za wcześnie, że nasza relacja jest jeszcze zbyt krucha, że za mało przepracowaliśmy, żeby móc pomagać innym. Zdawałam sobie też sprawę z odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże.
Wojciech: W praktyce zajęło nam to jeszcze prawie dwa lata, zanim ognisko zostało oficjalnie otwarte. W międzyczasie, w ramach mojej własnej pracy nad sobą, dołączyłem też do Rycerzy Kolumba. Ta formacja również dużo mi dała, pomogła mi się rozwijać i dalej porządkować różne rzeczy w życiu.
A jak przez te siedem lat kryzysu funkcjonowały dzieci?
Maria: To było okropne. Po prostu nie funkcjonowały. Pamiętam moment, kiedy przeprowadzaliśmy, wszystko pakowaliśmy. Córka, wtedy nastolatka, zaczęła pakować i wpadł jej w ręce mój pozew o separację. Stanęła przede mną, z niezatajona złością, i zapytała: „Co to jest? Możesz mi, mamo, wytłumaczyć, co to jest?”. Nie byłam na to przygotowana. Pierwsze, co powiedziała, choć nie złożyłam tego wniosku, to: „Mamo, czy my w ogóle jesteśmy rodziną?” Odpowiedziałam: „Tak. A czemu pytasz?”. Odpowiedziała: „Bo jeżeli naprawdę bylibyśmy rodziną, to nie powinnaś była nas o tym poinformować i w ogóle zapytać, czy ja tego chcę?”.
To naprawdę zabolało. Mimo że córka potem widziała, że wychodzimy z kryzysu, pokazało to skalę tego, do czego doprowadziliśmy. To była dla nas lekcja. Były długie rozmowy, zapewnienia, bo przez długi czas dzieci się bały, że wszystko wróci do stanu sprzed kryzysu.
Czy można powiedzieć, że w kryzysie najbardziej ucierpiały właśnie dzieci?
Maria: Tak. Nie my cierpimy, my się na sobie wyżywamy i po nas to spływa, ale to dzieci odbierają „ciosy” emocjonalne, które dla dorosłych wydają się niewidoczne.
Najgorsze jest też to, że nieraz rodzice mówią: „Rozwodzimy się dla dobra dziecka”. A ja zawsze powtarzam: nie wiesz, co mówisz. Chciałam zrobić to samo „dla dobra”, a tak naprawdę przerzucamy odpowiedzialność z siebie na dziecko. Nie dość, że rozbijamy rodzinę, to jeszcze dzieci noszą na swoich plecach ogromny ciężar. I to jest okropne, naprawdę.
Co pomogło waszej całej rodzinie poukładać wszystkie sprawy?
Maria: Jedno, co bardzo pomogło mi w wyjściu z kryzysu, to świadomość: radosna ty – radosny dom.
Przez siedem lat chodziłam jak burza gradowa. Dzieci nie znały uśmiechu. Nie umiały normalnie rozmawiać. Krzyczały, tak jak myśmy krzyczeli. Zajęło nam naprawdę dużo czasu, żeby to przepracować na rodzinnej terapii.
Dziś dzieci nieraz śmieją się, że my się kłócimy jak dzieci w piaskownicy. Dla mnie to jest największy komplement. To pokazuje, jak daleko zaszliśmy.
A co Państwo musieli zmienić w sobie, żeby doszło do tej zgody i jedności?
Maria: Przede wszystkim musiałam zmienić sposób postrzegania siebie. Byłam bardzo krytyczna wobec siebie, uważałam, że nic nie osiągnę i że do niczego się nie nadaję. Jednocześnie musiałam nauczyć się dostrzegać, że Wojciech ma nie tylko wady, ale też wiele zalet, których wcześniej nie zauważałam. Zmieniło się też moje podejście do tego, co robił dla mnie w pierwszych dziesięciu latach. Wcześniej wszystko, co Wojciech dla mnie robił, traktowałam jako jego obowiązek, że mi się należy. Teraz potrafię to docenić i go za to pochwalić.
Kiedy byłam na warsztatach, pożaliłam się, że była nasza rocznica ślubu, a ja nie dostałam nawet jednego kwiatka. Wtedy usłyszałam pytanie: „To była jego rocznica czy wasza? A nie mogłaś mu przypomnieć dwa dni wcześniej? To jest mężczyzna, on może po prostu o tym nie pamiętać”. I to było dla mnie odkrycie. Zaczęłam inaczej na to patrzeć. Z czasem zaczęłam wcześniej dawać sygnały, wspominałam o rocznicy, przypominałam. I zawsze coś się wtedy pojawiało, zawsze Wojciech coś wymyślił.
Zrozumiałam, że to jest nasza rocznica, nie tylko jego odpowiedzialność.
Podobnie było z urodzinami dzieci. Wojciech często o nich zapominał. Dla mnie to było bardzo trudne do przyjęcia, nie rozumiałam, jak można nie pamiętać o takich rzeczach. Dopiero później dotarło do mnie, że czasem po prostu trzeba przypomnieć. I że to nie jest żadna ujma na honorze.
A Pan co musiał przepracować w sobie, aby wrócić do życia rodzinnego?
Wojciech: Musiałem zmienić siebie, swój sposób myślenia i podejścia do żony oraz dzieci. Przede wszystkim swoje zachowanie. Musiałem nauczyć się panować nad emocjami.
Czy był moment przełomowy, kiedy wiedzieliście, że kryzys jest zażegnany?
Wojciech: Miałem dwa takie momenty, które bardzo mnie umocniły i zmotywowały do dalszej pracy nad sobą.
Pierwszy to była 25. rocznica naszego ślubu. Dzieci razem z dużą grupą naszych przyjaciół, znajomych, osób ze wspólnoty Sychar i Rycerzy Kolumba zorganizowały dla nas niespodziankę. Wieczorem, w tygodniu, odbyła się Msza Święta w naszej intencji. My wiedzieliśmy tylko, że mamy przyjść elegancko ubrani o konkretnej godzinie.
Na miejscu zostaliśmy wprowadzeni w szpalerze braci Rycerzy Kolumba. Wtedy zobaczyliśmy, jak wiele osób nas wspiera i jak jesteśmy dla nich ważni. Przyjeżdżali ludzie nawet z odległości 150 kilometrów. To był dla mnie moment, w którym pomyślałem: muszę dalej nad sobą pracować.
Drugi moment to była 26. rocznica ślubu. W czasie naszego kryzysu, z powodów finansowych, sprzedaliśmy obrączki. Na tę rocznicę dzieci same kupiły nam nowe obrączki i wręczyły je nam. To był dla nich znak, że nasze małżeństwo naprawdę się odbudowało. Jednocześnie widzieliśmy, że dzieci potrzebowały jeszcze 5–6 lat, żeby naprawdę uwierzyć, że kryzys się zakończył. To pokazuje, jak głęboko zostały zranione. Dla mnie to był kolejny impuls do dalszej pracy nad sobą.
Jaką radę daliby Państwo osobom w kryzysie?
Maria: To nieprawda, że oboje małżonkowie muszą jednocześnie chcieć się zmienić, żeby uratować małżeństwo. My jesteśmy na to dowodem. W naszym przypadku to ja zaczęłam pierwsza. Ale znamy też sytuacje odwrotne, kiedy to mężczyzna zaczyna. Wystarczy, że jedna osoba podejmie pracę nad sobą. To daje bardzo dużą szansę, że pociągnie za sobą drugą stronę.
Wojciech: Osobom w różnych kryzysach mówię jedno: uśmiech, głowa do góry i zacznij zmieniać siebie, a jak zmieniasz siebie, to zmieniasz też innych (żonę, dzieci). Zmień siebie, a inni to zobaczą. I potrzebna jest także wspólnota – grupa prawdziwych przyjaciół, którzy, gdy coś znów zaczyna się psuć, potrafią powiedzieć: „zastanów się, co ty robisz?”.