Pięknoduchy, modnisie. Znudzeni życiem synkowie nowobogackich faryzeuszy – stary rybak znad Jeziora Galilejskiego, który przeżył w życiu niejeden sztorm i nieraz wypadł w ciemną toń fal poza burtę, pogardliwie strzyknął śliną przez usta. Od rana przyglądał się niecodziennym regatom, jakie podniecony tłum urządzał sobie kilka stóp od wybrzeża.
Ludzie pakowali się dziesiątkami do łódek. Krzyczeli, szturchali łokciami, rzucali brudne wyzwiska jedni przeciwko drugim. Na tratwie bogacza z Tyberiady, co to od dawna szukał sposobu jak pozyskać nowych zwolenników i wspiąć się o stołek wyżej, chybotał się na cienkich nogach jakiś rabin ze zwojem Tory w ręku. Bezbarwnym, skrzeczącym ze starości głosem wykładał, że trzeba dogonić tego Jezusa z Nazaretu, bo to pewnie On będzie kiedyś mesjaszem, który odbuduje jerozolimską świątynię, ponownie wyprowadzi lud z niewoli niczym nowy Mojżesz i obejmie władzę, rzucając wreszcie podłych Rzymian na kolana. Tłum zawył na te słowa z nieopanowaną wściekłością i z jak najwyższą gotowością.
Rybak natomiast, z ironicznym uśmiechem przez zęby, palcem wskazywał coś swoim młodym praktykantom, wyciągając muskularną rękę w stronę przepastnych wód. O co chodzi szefowi – szeptali młokosy zaskoczeni sytuacją. Bali się, że tego szalonego poranka przepadnie zapłata za dniówkę. Równie dobrze byli pewni, że na szkoleniu u tego właśnie mistrza zawodu, wcześniej czy później nadchodzi taka noc, gdy bezwzględny rybak chwyta praktykanta za kark i ciska w ciemny pokład łodzi. Jeszcze zdąży wepchnąć mu w dłoń jedną, jedyną sieć i kopniakiem wyśle samego na morze, mimo że u szczytu fal czai się już pierwsza, sina chmura, a pod nią błyskawice. Nagle, biegnąc wzrokiem za palcem starego rybaka, spostrzegli na horyzoncie Jeziora Galilejskiego, daleko w oddali, samotny, biały żagiel. Tam jest barka tego ich kaznodziei Jezusa z Nazaretu – wycedził mistrz z nieznanym dotąd ogniem w oczach (por. J 6, 25). Jednym z najbardziej irytujących przejawów zbiorowej głupoty jest domniemanie twórczej mocy w histerii tłumu.
Było już tak, że ludzie setkami biegali za kolorowym refleksem na szybie, uznając odprysk po farbie za cud. Było, że tysiące urzędników państwowych marnowało po sześć lub osiem godzin pracy, wysłuchując w skupieniu wartym lepszej sprawy przemówień komunisty dyktatora. Było wreszcie, że miliony hochsztaplera brały za zdolnego ministra. Autor Dziejów Apostolskich przyznaje, że liczba członków podzielonych synagog przygniata statystycznie bezradnego i osamotnionego Szczepana (por. Dz 6, 9). Ile kamieni spadło mu na głowę? Nikt nie był w stanie policzyć. Ale wśród agresywnego tłumu są też Żydzi z Cylicji, a to prowincja, której stolicą jest Tars. Zaś w Tarsie Bóg upatrzył sobie już jednego, jedynego człowieka, który przedrze się przez sztywne komentarze żydowskiej większości.
Za chwilę spektakularne nawrócenie Szawła rozszerzy pierwszą ewangelizację chrześcijan na wielką i wielowiekową misję Kościoła. Pan profesor Jan Maria Rokita, znakomity komentator wydarzeń społecznych oraz politycznych, interpretując wynik wiosennych wyborów na Węgrzech, zwrócił uwagę – przyznając co prawda, że jemu się to nie podoba – iż wyniki polityczne współczesnej Europy organizuje nie tyle dobro wspólne, co moda. Innymi słowy, w plebiscycie społecznym dziś zwycięży nie mąż stanu lecz sprawny administrator algorytmu.
Tłumy i masy nie mają konstruktywnego sensu ani znaczenia. Co najwyżej, służą niewidzialnej ręce do wzniecenia ulicznego tumultu bądź zamachu stanu. Za to wyraziste moralnie osobowości oraz zdrowe jednostki tworzą nadal historię ludzkości.