Księga pierwsza. Lata nauki

Fragmenty powieści historycznej p.t. "Ludzie honoru"

Księga pierwsza. Lata nauki

Alexandra Lapierre
łumacz: Agnieszka Trąbka

LUDZIE HONORU

ISBN: 978-83-7505-687-7
wyd.: Wydawnictwo WAM 2011

Spis wybranych fragmentów
Od autorki
Równina w Wielkiej Czeczenii
Okup
Księga pierwsza. Lata nauki

Księga pierwsza
lata nauki

Kaukaz 1834—1839
La ilaha illa Allah
— Nie ma boga poza Allahem

Rozdział I
Bez granic

GIMRY, UFORTYFIKOWANA OSADA W DAGESTANIE 25 WRZEŚNIA 1834

Dla kogoś, kto nie znał gór, ta ścieżka była nie do przebycia. Psy, barany, a nawet kozy wahały się przed wkroczeniem na nią. Jednakże Bachu-Mesedon przemierzała ją w obie strony, pomiędzy wioską a źródłem, wiele razy dziennie. Miała w zwyczaju schodzić po wodę jako pierwsza, jeszcze przed świtem, zanim obudziły się inne kobiety i zanim odezwał się muezzin, żeby nikt nie mógł być świadkiem trudności, jakie sprawiały jej każdego ranka pierwsze ruchy.

W chustce zawiązanej pod szyją i z dzbanem na głowie znikała w mroku nocy, próbując opanować niepewny krok, drżenie całego ciała zdradzające niepokój, jaki nękał ją od momentu wyjazdu syna. Z czasem nauczyła się, że kostki rozruszają się, utracą sztywność gdzieś w połowie stoku, ale ruchy kolan i bioder staną się płynne dopiero przy studni, gdy opierając się o cembrowinę, będzie próbowała dosięgnąć sznura i zacznie naciągać swoje obolałe mięśnie, aby chwytając z całej siły linę, wyciągnąć wodę ze studni. Myśli, które przetaczały się przez jej głowę, urywki zdań, oskarżenia zasłyszane w wiosce albo we śnie, wspomnienia, plany, a nawet modlitwy w takiej chwili milkły.

W drodze powrotnej, mimo przygniatającego ją ciężaru ogromnego miedzianego dzbana, szła pewnie, wyprostowana i patrzyła prosto przed siebie. Nikt by się nie domyślił, jak ciężkie było w tej chwili serce matki Szamila i jak ogromny niepokój ją trawił. Skąd się wziął, kilka dni temu, po zamordowaniu drugiego imama i zemście, jakiej dokonał Szamil na jego zabójcach, ten ciężar i ucisk, którego Bachu-Mesedon nie potrafiła nazwać? Przecież powinna być dumna, wręcz upojona radością! Jej jedyny syn, który przyszedł na świat słaby i chorowity, dzięki żarliwej wierze, ogromnej wiedzy, odwadze, szlachetności i urodzie został mianowany duchowym przewodnikiem i przywódcą wojskowym wszystkich muzułmanów na Kaukazie. Allah powierzył mu dziś ten największy zaszczyt, jaki można sobie wyobrazić, i najświętszą władzę. Teraz, w meczecie w Aszylcie, rodzinnej wiosce Bachu-Mesedon, gdzie stał jeszcze dom jej przodków, Szamil był mianowany imamem. Trzecim imamem Dagestanu i Czeczenii. Pierwszy zginął tutaj, podczas najazdu Rosjan dwa lata temu. Drugi — wczoraj, zabity przez muzułmańskich zdrajców. Dzisiejszego ranka Szamil zajął ich miejsce i stał się cieniem Boga na ziemi. Czemu więc nie rozpierała jej duma i radość? Bachu-Mesedon wyrzucała sobie zbytnią powściągliwość. Przecież Allah pozwolił, Allah wręcz kazał cieszyć się w dzień taki jak dziś! Skąd się więc wziął ten nienaturalny dystans?

Pewna nieufność rodziła się być może z tego, co słyszała tutaj i co wyczuwała podczas nieobecności Szamila. Stosunek starszyzny do niego. To, co mówiono przy studni. Będzie musiała później stawić czoło tym plotkom.

Na razie potrzebowała ciszy i samotności.

Bachu-Mesedon wiedziała, że tutaj, w Gimry, w aule, w którym urodził się Szamil, gdzie dorastał i gdzie się ożenił, mieszkali jego najbardziej zawzięci przeciwnicy. Wiedziała, że cała miejscowa wspólnota opowiedziała się przeciwko niemu, podczas gdy pozostałe właśnie jego wybierały na swojego imama. Tutejsi panowie stanęliby mu na drodze, gdyby chciał zorganizować w Gimry uroczystość mianowania. Wiedziała też, że Szamil pokonałby ich opór ogniem i mieczem. Czy właśnie po to, aby uniknąć kolejnego rozlewu krwi w Gimry, jej syn opuścił własną wioskę i obecnych tu wiernych, by udać się wraz ze swoimi oddziałami w czterogodzinną drogę do Aszylty, którą wybrał na miejsce spotkania? Czy właśnie dlatego tak postąpił?

Czy może oczekiwał, że ludzie z Gimry otwarcie wystąpią przeciwko niemu? Wtedy mógłby złamać ich opór, powalić ich na kolana i pozyskać raz na zawsze. Krótko mówiąc, wystawić ich na próbę. Jeśli tak właśnie było, Bachu-Mesedon obawiała się konsekwencji. Rozejrzała się dookoła.

Była ciemna, bezgwiezdna noc i tylko słabe światło księżyca rzucało blask na wieczne śniegi w cieniu górskiego łańcucha. Góry. Ich masywy przytłaczały postać Bachu-Mesedon, otaczając ją niemal ze wszystkich stron.

Po lewej otchłań.

Słyszała huk strumienia Awarskie Kojsu kipiącego na dnie przepaści. A potem znajomy, cichy stukot kamyków osuwających się spod jej cienkich podeszew i spadających pionowo w dół. Szamil jej wyrzucał często, że chadza sama do studni w zupełnej ciemności. Był dobrym synem i troszczył się o nią. Tyle że ona nie potrzebowała światła dziennego, żeby ocenić, ile kroków dzieli ją od skalnego gzymsu nad ścieżką, tak nisko osadzonego, że aby przejść, kobiety musiały się pod tą kamienną ścianą schylać i niemal czołgać. Bachu czuła, że zbliża się do jej brzegu, po wilgoci, po wietrze, który owiewał jej stopy, i po cichnącym szumie rzeki. Delikatnie zdjęła więc dzban z ramienia i chwyciła go w ręce. Ruszyła dalej skulona, przyciskając naczynie do siebie.

Jednak gdyby któreś z jej wnucząt zapuściło się tutaj za jej przykładem, gdyby przybiegło przed pierwszym wołaniem muezzina, kazałaby je wychłostać.

Jej myśli powędrowały teraz w ich stronę, w stronę wioski. Cokolwiek by powiedziała, cokolwiek by zrobiła, Bachu-Mesedon była nieufna wobec Gimry. A przeżyła tutaj czterdzieści pięć lat! Podniosła wzrok. Świt przebijał się powoli przez chmury, które wisiały nieruchomo nad aułem.

Mimo iż osada zbudowana była na południu — być może wysunięta nawet dalej niż Aszylta — słońce niemal do niej nie docierało, nawet w ten wrześniowy dzień. Wewnątrz, co Bachu-Mesedon zarzucała Gimry, zawsze panował chłód. Jak zdołają ogrzać się podczas nadchodzącej zimy? Szamil zabronił ścięcia choćby jednego drzewa z otaczającego wioskę lasu, choćby gałązki buka czy dębu, a nawet kory z kasztanowca! Uważał, że las umożliwia im przeżycie, że jest najlepszą ochroną przed Rosjanami. Zaplątani w gałęzie wrogowie staną się łatwym celem. Tak długo, jak las będzie istniał — mówił

— wojownicy Kaukazu będą niezwyciężeni. Dlatego wydał rozkaz, aby bezwzględnie go chronić. Ktokolwiek złamie zakaz, obojętne, czy chcąc zbudować dom, czy rozpalić ogień, zostanie ukarany. Jedno ścięte drzewo kosztowało krowę, dwa — życie. Kolejne źródło niezadowolenia ludzi.

Bachu-Mesedon zatrzymała się na chwilę, aby uspokoić oddech. Wioska była położona tak wysoko, że brakowało powietrza. Znów uniosła dzban na ramię. Publicznie nie zdobyłaby się nigdy na ten gest, gdyż przy każdym skręcie ciała jej krzyż przeszywał gwałtowny ból, a twarz wykrzywiał grymas. Ruszyła dalej w drogę. W typowy dla siebie, spokojny sposób Bachu-Mesedon złorzeczyła na siebie samą, że nie potrafi już znosić cierpienia. To właśnie obawa, że zostanie na tym przyłapana, sprawiała, iż unikała wzroku mieszkańców Gimry.

Poza tym, dlaczego Szamil nie zabrał z sobą do Aszylty całej rodziny? Dlaczego nie osiedlą się tam na stałe? Czy dlatego, że Aszylta położona była w górach zbyt nisko? Zbyt blisko linii wroga? Zbyt łatwo było się tam dostać? Bez wątpienia! Wszystko to jednak nie przeszkodziło mu wybrać na ceremonię swojego mianowania właśnie meczetu w Aszylcie! Ona sama dorastała w cieniu jego murów i wierzyła w to, co o nim mówiono: meczet w Aszylcie jest największy, najpiękniejszy, jedyny, który jeszcze stoi. Z pewnością meczet w Gimry też był wspaniały, ale Rosjanie najpierw zbezcześcili go swoimi nieczystościami, a potem zrównali z ziemią.

Pełne niepokoju spojrzenie Bachu-Mesedon powędrowało w stronę skalnego nawisu. Na razie dostrzegała tylko płytę wystającą z masywu góry: ciemniejszą plamę na tle grafitowego nieba. Dziś, w mroku tego wrześniowego poranka, wyobrażała sobie wioskę tak, jak wyglądała jeszcze dwa lata temu. Wydawało jej się, że widzi małe, sześcienne, jednopiętrowe domki, budowane jedne nad drugimi, tak żeby płaski dach mógł służyć za próg kolejnym, ułożone amfiteatralnie jak pudełeczka.

Pierwsza, najszersza linia zabudowań była zawieszona tuż nad przepaścią, ostatnia zaś przytulona do wierzchołka góry. Reszta sprawiała wrażenie bezładnego stosu balkonów i tarasów, spośród których wyłaniał się minaret i kilka wież strażniczych bez drzwi i okien, bez jakichkolwiek otworów — obraz labiryntu tak pogmatwanego, że człowiek obawiał się wejść w jego głąb.

Wszystko zdawało się zniechęcać przybywających najeźdźców. Nawet pochyłe, kręte i wąskie uliczki, na których nie było w stanie się minąć nawet dwóch konnych. Jedynym sposobem podbicia wioski był szturm. Ale każdy dom był jak kamienna bryła, jak forteca, która broniła fortecy powyżej.

Szamil w niczym nie zdawał się na przypadek. Kazał umocnić reduty i wieże. Znając niezwykłą moc rosyjskiej artylerii, cały czas zadawał sobie pytanie: czy działa niewiernych mogą sięgnąć aż do jego orlego gniazda? Pomimo wszystko? Jego nauczyciel Kazi-Mułła, pierwszy imam, uspokajał go. Jednak on wciąż się zastanawiał. Jak Rosjanie zdołają wtoczyć swoje ciężkie działa na taką wysokość? Jak będą je ciągnąć po wąskich ścieżkach, odpowiednich raczej dla partyzantów, tak krętych, że nawet zwierzęta ich unikają?

Tymczasem Rosjanie także zadawali sobie te pytania. I na nieszczęście mieszkańców Gimry znaleźli na nie odpowiedzieć!

Nastał świt i Bachu-Mesedon ujrzała to, co znała aż nazbyt dobrze: ruiny, osmalone kamienie i kikuty drzew. Tak było od dwóch lat. Co by się stało, gdyby te świnie zaatakowały wioskę po raz drugi, podczas nieobecności jej syna?

Nie robiła sobie złudnych nadziei: jeśli Rosjanie wybiorą inną drogę, tę prowadzącą z gór, równie niebezpieczną jak ścieżka prowadząca dołem, nie natrafią ani na doborowych strzelców, ani na jeźdźców czyhających w ukryciu, by odciąć im drogę. Bez przeszkód odnajdą za to srebrną wstęgę Awarskiego Kojsu na dnie przepaści, szare zbocza gór powyżej i sępy, które krążyły nad niewidocznymi stadami. Będą mogli przejąć studnie, wieże i maleńkie poletka, których plany już wcześniej puścili z dymem. Będą u siebie. Mężczyźni, głowy rodzin, którzy nie udali się z Szamilem do Aszylty, okazaliby im posłuszeństwo. W Gimry nie toczyła się już święta wojna.

Tymczasem jeszcze nie tak dawno ludzie Kaukazu tak bardzo miłowali swoją wolność, że żadna dziewczyna nie przyjęłaby za męża młodzieńca, który nie ofiarowałby jej najpierw dziesięciu głów niewiernych i nie przybiłby ich prawych dłoni do drzwi jej rodzinnego domu!

Bachu pogardzała tchórzostwem swoich sąsiadów. W jej rodzinie stronnictwo pokoju nosiło tylko jedną nazwę: „hipokryci”. Jednakże głęboko w swoim sumieniu uskarżała się na ich słabość.

Jak pozostali przy życiu mieszkańcy mają się przeciwstawić najeźdźcy, jeśli mężnym wojownikom — takim jak Kazi-Mułła, pierwszy imam, i Szamil, jego zastępca — nie udało się to dwa lata wcześniej?

Rosjanie zdziesiątkowali ich nieznaną bronią. Pokonali góry, wysadzając je w powietrze materiałami wybuchowymi, przechodząc z jednego stromego wzniesienia na drugie, wciągając działa krok po kroku za pomocą bloków i wind. Pod ostrzałem oddziałów Szamila doznali znaczących strat. Ich żołnierze padali jak muchy. Ale jakie to miało dla nich znaczenie? Zastępowali poległych nowymi, w miarę jak ginęli. Czy armia rosyjska dysponowała niezliczonymi rezerwami oficerów, żołnierzy i niewolników? Szamil mówił, że liczba ich niewolników sięgała dziesiątek milionów.

Ta wojna była więc od początku przegrana, przekonywali „hipokryci”. Co więcej, przyczyna klęski była zatrważająca: ta wojna była sprzeczna z Koranem, który zabraniał walki przeciwko wrogowi mającemu liczebną przewagę. Mimo to Szamil ze swoimi ludźmi

— w liczbie czterystu — stawał do walki z trzydziestoma tysiącami. Trzydzieści tysięcy Rosjan padło w tych górach, siejąc równocześnie śmierć i rozpacz. Od tej pory na polach nie kiełkowała już ani kukurydza, ani jęczmień, a dzieci płakały z głodu. Wszystkie kamienie zyskały grafitowy kolor popiołu, którego żaden wiatr, żaden deszcz nie był w stanie zetrzeć. Sadza bez przerwy przebijała przez śnieg, który wyglądał tutaj na brudny. To ma być zwycięstwo, które Bóg zgotował swoim sługom?

Z dnia na dzień rozeszła się pogłoska, że Szamil nie należał do oddziałów wybranych! Przyczyniał się do osłabienia islamu! Zajmował miejsce Boga!

W ciszy poranka Bachu-Mesedon nie mogła dłużej ignorować myśli, które w niej wzbierały. Sama zadawała sobie pytania. Czy opór stawiany Rosjanom, który zdaniem jej syna oznaczał zmiażdżenie wszystkich sprzeciwiających się świętej wojnie, nie był rzeczywiście sprzeczny z Koranem?

Niech Allah ma litość dla zuchwałości Bachu-Mesedon! Jak ona, stara, prosta kobieta śmie zadawać sobie takie pytania, kiedy Szamil otworzył drogę do zbawienia?

Jednakże wątpliwości nie opuszczały jej i dręczyły bez przerwy. W duchu prosiła o wybaczenie swojego syna, Boga i sama wyznaczała sobie pokutę, niosąc brzemię przytłaczające jej ciało i ducha. Nosiła wodę, ziemię i kamienie potrzebne do odbudowy Gimry. Ciągnęła, toczyła, pchała te ciężary, powtarzając czynności, do których Allah stworzył kobiety: pracę w polu, obowiązki domowe i wszelkie inne prace fizyczne obce dumnym mężczyznom z jej klanu. Dla nich przeznaczone były ćwiczenia we władaniu bronią, honor i waleczność, odwaga w zabijaniu i umieraniu. Jej pozostawał zaszczyt niesienia ulgi w troskach i towarzyszenia im w podróży przez życie.

Bachu-Mesedon minęła ruiny starych studni, które Rosjanie zatruli, wrzucając do środka padlinę i ludzkie zwłoki, przeszła obok wież strażniczych i wkroczyła na pierwszy dziedziniec. Jak zawsze gdy pojawiała się w pobliżu wioski, patrzyła prosto przed siebie. Teraz chciała wyprostować się jeszcze bardziej, a Bóg ją za to ukarał. Potknęła się o kamień i dzban ześlizgnął się z jej ramienia. Nie miała siły, aby go przytrzymać. Naczynie z hukiem potoczyło się po kamieniach. Bachu w pośpiechu rzuciła się, żeby je podnieść, i nasłuchiwała w obawie, czy szczekanie psów nie obudziło kobiet. Ale nie, psy pasterskie goniły po górach. A pozostałe, które zazwyczaj próbowały kraść nędzne owoce i chude kurczaki, zostały zabite. Panowała więc cisza. Kobieta dotykała dłońmi ziemię wokół siebie, aby oszacować rozmiar katastrofy. Woda wylewała się, tworząc cienkie stróżki. Bachu wyobrażała sobie, jak ta czysta woda będzie dalej spływać z góry.

Ten obraz wywołał jeszcze bardziej przerażającą wizję: tysiące małych, purpurowych stróżek, które spływały aż do jej stóp, utworzyły krwawą kałużę. Nagłe wspomnienie wywołało odrazę, niemal mdłości. Jednak to nie krew poplamiła wtedy jej szarawary aż do kostek: krew byłaby czystsza, bardziej szlachetna niż ta nędzna trucizna! To było wino. Całe zapasy wina, które na rozkaz Szamila mieszkańcy wylewali beczkami. Zmusił ich, aby odpokutowali grzech, jaki popełnili, produkując alkohol, i kazał jednym chłostać drugich.

Ile lat minęło od tej sceny? Siedem? Osiem? W każdym razie było to na długo przed tym, jak Rosjanie zaatakowali wioskę i spalili wszystkie uprawy!

Szamil nie miał wtedy nawet trzydziestu lat. Bachu-Mesedon mogła mu tylko przyklasnąć, bo jej własny mąż był pijakiem. A przed nim także jego ojciec! Ale dlaczego Szamil zniszczył także winnicę? Przecież w Gimry rosły najpiękniejsze winorośle na całym Kaukazie! Szamil wyplenił je z korzeniami, wyrywając je braciom, którzy mogli ulec pokusie obrazy Boga. Nie zostawił ani pędu, ani gałązki.

Zobaczyła go znowu stojącego na skrawku ziemi między tarasami. Ujrzała jego olbrzymią, wspaniałą postać, jak spokojnie grzebie końcem szabli w ziemi. W ziemi, której każda garść została tu przyniesiona na plecach kobiet: jego matki, babki, prababki — za cenę trudu, którego rozmiar tylko Bachu mogła oszacować. Unicestwienie takich wysiłków, ponawianych od pokoleń, wprawiało ją w osłupienie.

Rozumiała jednak, że ten gest miał znaczenie symboliczne. Wiedziała, co oznaczał: zastąpienie starego porządku — prawa ludzi — nowym prawem: szariatem, prawem boskim, które zalecało oczyszczenie duszy i bezwzględną wojnę z niewiernymi.

Powróciła w duchu do pytania, które ją dręczyło, powróciła do piekielnego kręgu wątpliwości: co się stanie, jeśli mieszkańcy Gimry postanowią pozbyć się przewodnika duchowego, którego sami nie wybrali?

Będą obarczać go winą za wszelkie nieszczęścia. To ataki Szamila — i jego mistrza, pierwszego imama, także pochodzącego z Gimry — wywołały wściekłość Rosjan. Inne auły, nieskończenie łatwiejsze do poskromienia, takie jak Aszylta czy Arakany, nie doznały aż takich prześladowań. Tylko dzięki temu że nie mieszkał tam Szamil!

A jeśli sprzedadzą go niewiernym? Dlaczego nie? Za jego głowę wyznaczono już cenę.

Wieczorem w dniu ataku w 1832 roku i w dniu śmierci pierwszego imama głowa Szamila była warta dziesięć razy więcej niż rano. Dziś, w dniu jego własnego mianowania, ta wartość wzrosła stukrotnie. Tym jednak, w przeciwieństwie do innych mieszkańców wioski, Bachu-Mesedon się nie chwaliła. Nie chciała wyobrażać sobie, jak bardzo od dwóch lat, odkąd Szamil wymknął się im, aby potem pojawić się znowu i podpalać wszystkie wioski, które sprzymierzyły się z Wielkim Białym Carem, jego pojmanie przypadłoby do gustu Rosjanom.

Jej myśli wędrowały, dokonując przeglądu trudności, które mogły się pojawić.

Pod nieobecność Szamila „hipokryci” z Gimry mogli wydać Rosjanom jego rodzinę: matkę, siostrę, żonę i dwóch synów. W zamian za pokój.

Gdy tylko muezzin zawoła ich na modlitwę, starszyzna z pewnością zacznie rozważać tę możliwość. Bachu-Mesedon była świadoma losu, jaki ich czekał — ją samą, Fatimę, a przede wszystkim małego Dżamal al-Dina, najstarszego syna Szamila i jego spadkobiercę — jeśli mieszkańcy Gimry postanowią ich wydać. Los gorszy niż wyrok śmierci: wygnanie i wieczna niewola.

Poddaństwo u tych giaurów? Wzdrygnęła się na samą myśl o takiej zdradzie. Jeśli istniała sytuacja, której żaden muzułmanin — ani mężczyzna, ani kobieta, ani dziecko — nie był w stanie znieść, to była nią właśnie niewola.

„Bóg nie słucha modlitw niewolników”, grzmiał Szamil. „Nikt nie powinien pozwolić pojmać się żywcem i wpaść w ręce niewiernych!”.

Bachu wiedziała, że te przemowy nie były skierowane do jego żołnierzy. Oni nie potrzebowali tych słów. Żaden z nich nigdy się nie poddał. Powtarzał je matce, żonie i siostrze. Gdy nie zdołają już dłużej stawiać oporu, powinny najpierw zabić swoje dzieci, a potem siebie. Raczej śmierć niż niewola — największe z możliwych upokorzeń!

Ale zanim do tego dojdzie... Liczył na nie, że zabiją jak najwięcej tych rosyjskich świń i drogo sprzedadzą swoją skórę.

Bachu-Mesedon oparła lekko dłoń na rękojeści niewielkiego sztyletu, który nosiła wsunięty pod tunikę. Nic dziwnego, że była uzbrojona: wszystkie kobiety z Dagestanu chodziły z kindżałem za pasem.

Nie bała się. Jej los był zapisany. Co ma być, to będzie. Nie, nie czuła lęku. Myślała tylko, w jaki sposób ochronić swoje wnuki i wszystkich tych, na których zależało Szamilowi. Ta utrata wody nie wróży nic dobrego.

Ruszyła ponownie, schodząc znów tym samym miarowym krokiem i wychwalając miłosierdzie Allaha, który sprawił, że nikt w Gimry nie stał się świadkiem jej potknięcia i słabości. Nie miała już wątpliwości, jak trudny to będzie dzień. Ale samotna droga w tę i z powrotem uspokoiła ją. Na ścieżce nieopodal strumienia czuła się u siebie.

Świat znała tylko z takich nocy, skalistych pustkowi, ciemnych i groźnych szczytów gór, wzburzonej rzeki płynącej na dnie wąwozu, przepaści tak czarnych, że nietoperze latały w nich nawet w dzień. Kochała te skały nie do przebycia, które kształtowały tu ludzi od tylu wieków, nawet jeśli ich ogrom uniemożliwiał jedność mieszkańców. Ileż to razy słyszała, jak Szamil powtarzał, że Allah pragnie zjednoczenia wiernych na Kaukazie, które może się dokonać tylko poprzez wiarę w niego i szacunek dla jego prawa? Mówił, że rody góralskie liczą setki tysięcy muzułmanów, z których większość mieszka w Czeczenii i tutaj, w Dagestanie. I że wśród trzydziestu plemion Dagestanu około stu dwudziestu pięciu tysięcy ludzi było tak jak oni Awarami. Ale że Awarowie, Dargijczycy, Lakowie, Lezgini, Czeczeni, Ingusze — każdy z tych narodów mówił swoim własnym językiem. Jak więc mieli się porozumieć? Nawet tutaj, w Dagestanie, istnieje czterdzieści języków. Pozostawało więc używać arabskiego. Ale po arabsku umieli mówić tylko mułłowie i przywódcy religijni. Ona sama nie znała tego języka. Potrafiła jednak słuchać i interesowała się mieszkańcami okolicznych wiosek. Zawsze bardzo uważnie słuchała Szamila, który po bitwie czy po zakończonym nauczaniu nigdy nie zaniedbywał wizyt u niej. Jak się zjednoczyć, pytał wtedy, jak się zjednoczyć ku chwale Boga i zachowaniu wolności, jeśli nie maszerując razem w służbie Allaha?

W tej sprawie ją przekonał. Wierni nie będą w stanie odzyskać swojej dawnej siły, wpływów, prestiżu, nie będą w stanie nawiązać do swojej wielkości z dawnych czasów i oprzeć się niewiernym, jeśli nie powrócą natychmiast do swojej pierwotnej wiary i jej zasad, a więc do praw podyktowanych przez Boga i zapisanych w szariacie. Muzułmanie nie mają wyboru. Należy pilnie przywrócić wszędzie prawo boskie, w przeciwnym razie nie uda się uniknąć tragedii: krainy, do których Rosjanie przybędą szerzyć swoje zepsute obyczaje, zagrożone są zbrukaniem i zniszczeniem.

Wiara Szamila w mądrość starej matki pochlebiała Bachu-Mesedon. Ale jakich rad mogła mu udzielić? Wiedziała, że święta wojna zaczyna się w duszy wraz z odzyskaniem czystości i powrotem do Boga. Nie ma innej drogi. Szamil powinien przekonać niezdecydowanych swoim przykładem i kazaniami. Jeśli zaś jego przemowy nie wystarczą, będzie musiał przekonać ich siłą.

I to właśnie takiej wojny Bachu-Mesedon się obawiała. Budził w niej lęk postrach, jaki jej syn siał we własnych oddziałach, zniszczenie i śmierć, które sprowadzał na swoich braci i wszystkich tych, którzy za nim nie podążali. Czy ta wojna nigdy się nie skończy?

To była cena za wolność Gimry, Aszylty i innych kaukaskich wiosek.

A teraz?

Świt zaraz wstanie i zaskoczy Bachu w górach...

A teraz? Co dzieje się teraz w meczecie w Aszylcie? Czy Szamilowi udało się narzucić swoją władzę jako najwyższemu przywódcy wszystkich społeczności na Kaukazie? Czy narody zjednoczyły się wokół niego, górala z Dagestanu, którego lenno zostało zrównane z ziemią przez Rosjan? Czy udało mu się odnieść sukces pomimo sprzeciwu wpływowego Tasz-Hadżiego, który odbył pielgrzymkę do Mekki i uważał się za bardziej godnego tytułu imama niż Szamil? Bachu-Mesedon liczyła na poparcie nauczycieli duchowych syna, na odwagę jego wyznawców, na jego zdolności i spryt.

Ale czy zdoła powrócić do Gimry, aby ocalić swoją rodzinę?

Odstawiła ostrożnie dzban i ulała kilka kropel na prawą dłoń, zabarwioną henną. Przemyła czoło i twarz.

Później pochyliła się i uklęknęła na wąskiej ścieżce nad przepaścią, twarzą zwrócona na południowy zachód.

Z czołem opartym o kamienie, zamkniętymi oczami stara kobieta słuchała niesionej przez echo modlitwy, która była całym jej życiem.

Sama żarliwie szeptała:

Nie ma innego boga prócz Boga Jedynego,

a Mahomet jest jego Prorokiem.

Bóg jest wielki, Bóg jest wielki,

Nie ma boga prócz Allaha.

Powyżej krzyk muezzina budził już wiernych.

— Ani rosyjskie działa, ani szabla imama! Śmierć heretykowi! Śmierć fałszywemu prorokowi!

To, co zobaczyła, dochodząc już do domu, potwierdziło jej obawy. Na podwórku dzieci otaczały jej synową, skandując słowa, które usłyszały pewnie wcześniej w medresie. Fatima, osłupiała, nie reagowała. Owinięta w brązową chustę dźwigała na plechach dzban, gdyż także miała zamiar udać się do studni po wodę.

Jej dwaj mali synowie, odziani w stare koszule sięgające im prawie do kostek, krótko ostrzyżeni, boso i w łachmanach, jak inni podążali za nią. Mogła liczyć na wojownicze usposobienie starszego, Dżamal al-Dina, który krzyczał głośniej niż pozostali i na oślep rozdawał ciosy. Wyglądał na sześć lat, chociaż w rzeczywistości był dużo młodszy. Ciemnowłosy, wysoki i szczupły, tak jak matka nie pozwalał sobą poniewierać. Jego brat ledwie chodził, ale naśladował go i powtarzał jego okrzyki.

Serce Bachu-Mesedon zamarło. Przeczucia się potwierdzały i niebezpieczeństwo było bliskie.

Zawahała się. Próbowała oszacować powagę sytuacji. Na próżno. Wstrząsające wydarzenia ostatnich dni były dla niej zbyt nagłe, zbyt złożone. Teraz jej wnukom nie groziło być może nic poza kilkoma kuksańcami. Ale co będzie jutro? Albo za kilka godzin?

Nie ruszyła na ratunek synowej: Fatima poradziła sobie sama. Wydawała się delikatna, słaba i niepozorna, ale każdy, kto krytykował jej męża albo dotykał jej dzieci, powinien się mieć na baczności. Zakochując się w niej, Szamil dokonał słusznego wyboru.

Bachu wolałaby wprawdzie dla niego być może dziewczynę z Aszylty. Ale on wolał najstarszą córkę chirurga z Uncukul, sąsiedniej wioski. Nie pomylił się — Fatima okazała się dobrą żoną. Szamil nie chciał już innej. Ona urodziła mu chłopców, popierała go we wszystkim i szanowała. Nawet jeśli starał się przyjść przywitać z matką, zanim pobiegł do żony, Bachu wiedziała, jak bardzo kochał Fatimę. Uosabiała szczęście, całą jego radość i pokój. Bachu wiedziała także, co oznaczają obelgi innych kobiet skierowane do niej i do Dżamal al-Dina.

Od dwóch lat, odkąd matki i babki wróciły, aby z powrotem osiedlić się w Gimry, rozpalała je zawiść: dlaczego to ich synowie, ich bracia i ich mężowie musieli zginąć? Dlaczego imam Kazi-Mułła zginął? Dlaczego wszyscy zginęli podczas ataku? Wszyscy poza Szamilem!

Powinien był umrzeć razem z tamtymi. I jego rodzina także!

Oczywiście te kumoszki nie ośmielały się zakwestionować waleczności Szamila. Odwaga i siła syna Bachu-Mesedon była bowiem legendarna. Stawiał opór najeźdźcy aż do końca, własnymi rękami zabijając więcej niewiernych niż najdzielniejsi obrońcy Gimry. Ugodzony stoma ciosami padł jako ostatni. Ale nie zginął jako męczennik tak jak ich bliscy, i naruszył tym samym nakazy Allaha, który obiecał raj swoim prawdziwym sługom. Przecież to oni byli dzielni, a nie Szamil! Jego zwolennicy mogli sobie wychwalać bohaterskie czyny, tworzyć legendę z jego skoku, dzięki któremu umknął Rosjanom, w ostatniej chwili niemal frunąc nad głowami żołnierzy. To, co jego naśladowcy nazywali z emfazą „skokiem śmierci”, nie nosiło w sobie wcale znamion woli Bożej. Wręcz przeciwnie! Przeżycie Szamila, gdy trzystu dziewięćdziesięciu dziewięciu żołnierzy zostało zabitych, ocalenie jego domu, podczas gdy wszystkie inne saklie w Gimry zostały spalone — cuda, które wszędzie poza Dagestanem wierni uważali za dowód opieki ze strony Allaha — tutaj były postrzegane jako świadectwo paktu z szatanem.

Starsi przypominali, że już jako mały chłopiec Szamil znikał w górach, aby tam na dnie jaskiń z olbrzymami zastanawiać się nad zgubą wiernych. Tylko poplecznik samego diabła ośmieliłby się zapuszczać w rejony złóż siarki w Arakanach, stąpać pomiędzy językami płomieni, które tryskały spod kamieni, w kłębach piekielnego dymu i smrodu, tak jak on to robił od dziecka.

Opowiadali też, że syn Bachu-Mesedon urodził się leworęczny, chory i rachityczny; że nie nazywał się Szamil, tylko Ali; i że Ali

-Mańkut, Ali-Nieczysty sprawiał wyłącznie kłopoty. Ciągle nękały go złe duchy i trawiły gorączki. Nie był w stanie dosiąść konia, nauczyć się władania bronią, nie brał udziału w zabawach kolegów. Biedna Bachu, lamentowali „hipokryci”, biedna Bachu: ze swoim niedorozwiniętym synem i mężem pijakiem jakże pokrzywdzona jest przez los! Aż pewnego dnia, kiedy Ali miał siedem lat, owinęła go nagiego w baranią skórę, którą sama zdjęła ze zwierzęcia. Kazała mu leżeć w tym zakrwawionym okryciu przez siedem dni i siedem nocy. Następnie wybrała dla niego spośród stu imion Allaha nowe imię: Ali stał się Szamilem, „tym, który ogarnia wszystko”. Wprawdzie po zmianie imienia pozostał leworęczny, jednak zupełnie zmieniło się jego usposobienie: od tej pory rósł jak na drożdżach i w tajemnicy ćwiczył, żeby zostać siłaczem. Ale to nie Bóg czuwał nad jego przemianą: to olbrzymy. Ukształtowały go na swój obraz i przekształciły w kolosa!

Bachu kpiła sobie z tych zazdrośników. Ich opowieści, w których prawda mieszała się z kłamstwami, nie miały dla niej znaczenia. Jednakże obawiała się tych plotek, które jak echo powtarzały słowa mężczyzn ze starszyzny. Tylko pod nieobecność Szamila ludzie ośmielili się je głosić!

Inne dzieci pobiegły w dół zbocza, w stronę domu Szamila. Wznosił się pośrodku wioski, niski i skromny, ale rzeczywiście nietknięty. Na dole była stajnia, ze ścian glina odpadała płatami, drabina i drewniany balkon wspierały się na dwóch poczerniałych od płomieni belkach. Pożar przeszedł powyżej dachu, oszczędzając majątek rodziny: wielkie poduszki na ławkach, kilka dywanów zdobiących ściany, wszystkie arabskie książki i cenne manuskrypty mistrzów sufickich, na których Szamilowi tak bardzo zależało. Z pożaru wyszła cało nawet Muezza, jego ulubiona kotka, której nadał imię kota Mahometa — płomień nie musnął nawet jednego włosa z jej sierści. Był to z pewnością dowód na to, że Allah czuwa.

Bachu zawahała się. Na tarasach, pomiędzy kurami, wiązkami chrustu, orzechami i pęczkami suszących się ziół tłum wściekłych kobiet gęstniał. Gimry przypominało ogromne schody, które ona musiała teraz pokonać. Miała do powiedzenia starszyźnie dwa słowa, które nie mogły już dłużej czekać.

Kiedy Bachu-Mesedon sforsowała drzwi budynku rady, wśród starszych zapanowała konsternacja. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie ośmieliła się tu wejść.

Dwunastu dobrze zbudowanych mężczyzn z długimi brodami siedziało po turecku na wąskiej półce biegnącej wzdłuż trzech ścian naprzeciwko zbocza góry. W sali nie było czwartej ściany, lecz wychodziło się na drewniany balkon, rodzaj otwartej loggii, wspartej na cienkich palach osadzonych w skale. Bachu znała ich już prawie pół wieku, ale jej wtargnięcie oznaczało pogwałcenie wszelkich zwyczajów. Niestosowność jej zachowania była niczym nieusprawiedliwiona. Toteż od razu bardzo wyraźnie wypowiedziała słowa, które na Kaukazie i na całym arabskim Wschodzie miały wagę talizmanu, zaklęcia otwierającego Sezam: Azh dje ouazhek — Jestem waszym gościem.

To zdanie, którego powinien nauczyć się każdy podróżnik proszący o gościnę, sprawiło, że teraz była pod ich opieką. Od tego momentu każdy z członków rady miał obowiązek zapewnić jej bezpieczeństwo. Ale kiedy odchodząc już do domu, przekroczy próg ich siedziby, mogą ściąć jej głowę albo strzelić w plecy. Jednak wcześniej zdąży powiedzieć to, co ma do powiedzenia.

Dostojny Urus-Datu, z orlim nosem, siwą brodą i dolną wargą przeciętą blizną, która pod zarostem biegła aż do szyi, ten wysoki patriarcha zasiadający w środku wysłuchał prośby o opiekę tak, jak powinna ona być zrozumiana. Dotknąwszy czoła, ust i serca uprzejmie pozdrowił po arabsku Bachu-Mesedon: Salam Alaikoum — Niech pokój będzie z tobą.

Ona odpowiedziała to samo i wkroczyła na środek sali. Odpowiedział jej pomruk niezadowolenia.

Promienie słońca, które padały na jej twarz, prawie ją oślepiały

i potrzebowała dobrych kilku minut, żeby zobaczyć obradujących tu starców. Rozpoznała Saida Mohammada, kadiego, który stracił wszystkich swoich synów w masakrze w Gimry. Później jej wzrok odnalazł Kurala Mohameda Alego, muezzina, jej siostrzeńca, na którego wsparcie chyba mogła liczyć.

Jako że nic zaskakującego się nie wydarzyło i nie groziło jej już żadne niebezpieczeństwo, Bachu-Mesedon nie spieszyła się. Czas jakby się zatrzymał. W ciszy przyglądała się tym dzielnym żołnierzom, ich błyszczącym oczom i szczupłym twarzom, podobnym do jej własnej. Wiedziała, że są odważni. Nos złamany u podstawy, szramy, które przecinały łuki brwiowe, blizny biegnące głęboko od szyi aż po policzki świadczyły w imieniu każdego z nich o gwałtowności dawnych walk. Dlaczego teraz ci ludzie szykowali się do paktowania z wrogiem? Czyżby brzemię Szamila ciążyło im do tego stopnia?

Oni także jej się przyglądali, a w wyrazie ich twarzy nie było przychylności. Wyczuwała skupiony na sobie żal, urazę mężczyzn, spośród których niejeden bawił się z nią jako dziecko. Wtedy dziewczynki i chłopcy nie byli jeszcze od siebie tak bardzo odseparowani: zakaz widywania się został wydany niecałe dziesięć lat temu, w czasach Kazi-Mułły, pierwszego imama. To on, przyjaciel i mistrz jej syna, zakazał tańców, muzyki i wszelkich świeckich zgromadzeń, które sprzyjały spotkaniom mężczyzn i kobiet. To on zażądał zamknięcia niewiast w domach i noszenia chust na zewnątrz. Niecałe dziesięć lat temu. Bachu-Mesedon przestrzegała nauczania Kazi

-Mułły nawet w najdrobniejszych szczegółach.

Prawdę powiedziawszy, dodanie kolejnej chusty narzuconej przez imama nie zmieniło znacząco jej stroju: chodziło bowiem o szal czy apaszkę wiązaną z tyłu na szyi i zasłaniającą usta. Wkładała ją i zsuwała jednym ruchem brody. Resztę stroju jak dawniej stanowiła długa prosta koszula jej matki, spod której było widać tylko krawędzie nogawek szarawarów. Od śmierci męża nosiła niebieską: w kolorze przypisanym starym kobietom. Zanim owdowiała, miała czerwoną. Białą zaś zakładało się w młodości. Koszula nie miała kieszeni, gdyż te od zawsze były zakazane.

Poza chustą Kazi-Mułły była jeszcze druga, która osłaniała jej czoło aż do linii brwi. Wreszcie cała jej postać, od czubka głowy, aż do kostek, była okryta ogromnym białym szalem.

Mimo to po wejściu ani przez sekundę nikt nie miał najmniejszej wątpliwości co do jej tożsamości. Nawet zupełnie zasłonięta sylwetka Bachu-Mesedon była rozpoznawalna. Mimo upływu lat utrzymała dawną postawę, pełną godności i dostojeństwa. Czas oczywiście zaokrąglił ją i przygarbił, ale nie przybrała na wadze aż tak, jak inne kobiety w jej wieku. Jeśli imponowała, to nie wzrostem czy posturą, jak jej córka, ale... spojrzeniem. Patrząc na nią, ludzie widzieli tylko oczy.

Instynktownie próbowała ukryć ich blask, mrugając powiekami jak kot i przysłaniając płomienne spojrzenie warstwą łez. Radość nadawała oczom Bachu-Mesedon cudowny blask, zaś złość albo czujność zasnuwały je, aż stawały się prawie czarne. Rada znała to spojrzenie drapieżnika, nieruchome, czyste, nieokreślonej barwy, pomiędzy zielenią a szarością. Było to spojrzenie Szamila.

Ruchem brody zsunęła chustkę zasłaniającą usta. Z racji swojego wieku Bachu-Mesedon nie troszczyła się zbytnio, żeby ukryć swoją urodę, i nie obawiała, że skusi diabła: pokazała się więc „hipokrytom” bez chusty. Ale nie mogła zabrać głosu jako pierwsza. Stała więc, milcząc, i czekała, aż zadadzą jej pytanie. Pełna zaskoczenia i wrogości cisza przedłużała się.

Zauważyła, że przesuwali między palcami bursztynowe paciorki różańca, tak jak każdy prawy muzułmanin, że mają ogolone włosy i okrytą głowę, tak jak chciał tego Prorok na znak szacunku wobec Boga. Nosili papachy — wysokie czapki z czarnej, baraniej wełny. Nie mieli natomiast zawojów charakterystycznych dla mężczyzn dochowujących wierności Szamilowi!

Już sam fakt, że żaden z nich nie owinął białej chusty wokół swojej papachy, oznajmiał to, co najważniejsze: sprzeciwiali się mianowaniu Szamila na najwyższego przywódcę. Miał także zagwarantować, że rosyjscy szpiedzy nie wezmą ich za jego zwolenników, których rozpoznawali właśnie po zawoju: za jego murydów.

Rosjanie używali na chybił trafił tego słowa, które u sufich z bractwa nakszbandija oznaczało ucznia przewodnika duchowego. W ich słowniku słowo muryd określało buntownika, bojownika i fanatyka. Od czasu dojścia do władzy pierwszego imama wojny murydów były dla nich synonimem dżihadu, świętej wojny.

Każdemu z obecnych tu przywódców klanu zależało, żeby uniknąć tego utożsamienia murydów i górali, pomyłki, która mogła okazać się bardzo groźna. A Rosjanie mogli się pomylić! Przecież nic — poza noszeniem zawoju — nie odróżniało ich, ludzi Kaukazu, od wojowników Szamila. Wszyscy nosili podobne czapki z czarnej, baraniej wełny, podobne długie płaszcze: czerkieski, ciasno ściągnięte w pasie i rozszerzające się szerokimi fałdami opadającymi na buty. Ich pierś była przecięta ukośną linią bandoliera, zwanego ghizir, w którym umieszczali proch i który pozwalał im naładować pistolet noszony zawsze u pasa. Wszyscy też byli uzbrojeni w kindżały.

Posługiwali się tym sztyletem jak szablą i obdarzali go największą czcią pośród wszystkich rodzajów broni. Był to prosty nóż z dwustronnym ostrzem, około sześćdziesięciocentymetrowy, w którym żłobiono rowki pozwalające krwi spływać wzdłuż ostrza. Bachu

-Mesedon używała go do zabijania bezpańskich psów. Podcinała im gardła ze szczególną elegancją, nie przebijając ciał na wylot, w przeciwieństwie do giaurów, którzy bagnetem wywlekali wnętrzności swoich ofiar!

Górale nosili jeszcze szaszkę: lekko zakrzywiony bułat. Poza tym przez plecy przewieszali muszkiety, które wymuszały wyprostowaną postawę.

Żadnemu z nich nie przeszło przez myśl, żeby pozbyć się choćby jednej części tego ciężkiego rynsztunku nawet na godzinę, na czas obrad rady, gdzie przecież przebywali wśród swoich. Człowiek pozbawiony broni był nie tyle martwy, co odarty z honoru.

Siedząc po turecku, z dłońmi zaplecionymi wokół różańców byli cały czas gotowi do ataku. Poczuli ulgę, kiedy Urus-Datu, przewodniczący rady, pokazując palcem odkrytą twarz Bachu, oskarżył ją:

— Czy w ten sposób, bezwstydna kobieto, przestrzegasz poleceń swojego syna?

— Mój syn zaleca tylko to, co nakazuje Koran: żeby wierni szanowali starszyznę i żebyś posłuchał, co oni mają do powiedzenia...

Przerwał jej Ułu Bej, którego interwencji obawiała się od pierwszej chwili:

— Szamil nie szanuje starszych! Szamil niczego nie szanuje!

Bachu nie lubiła tego człowieka. Wyczuwała, że resztki szacunku, jakie zachowała jeszcze dla niego, nie miały żadnej wartości: nie należał do wioski. Był bogatszy, młodszy, o bardziej wschodnim typie urody. Oczy lekko skośne i mięsiste usta przykryte częściowo wąsami. Jeden rzut oka na rzeźbiony, srebrny pas z ładownicami zdobiący jego czerkieskę wystarczył, żeby odkryć różnicę. I ta piękna, biała papacha.

Z resztą górali łączyła go jednak chuda twarz, orli nos, wystające kości policzkowe oraz wysoka i smukła sylwetka. Sąsiad ze Wschodu, który brał udział w obradach jako zaproszony gość. Nie miał władzy, żeby wyrzucić Bachu na zewnątrz, ignorował więc jej osobę: kobieta po prostu się nie liczyła. Podjął wątek, który przerwał w chwili jej pojawienia się.

— Szamil kpi sobie z naszych praw, Szamil urąga naszym tradycjom. Jakim prawem pogardza adatami, które zajmują się rozwiązywaniem konfliktów od początku świata? Jakim prawem zabrania nam przestrzegania prawa kanly, które nakazuje zmyć zniewagi i pomścić naszych zmarłych samemu, bez konieczności interwencji kadiego? Utrzymuje, że honorowe zabójstwa dziesiątkują nasze rodziny, nasze wspólnoty, nasze plemiona i uniemożliwiają prawdziwą jedność wszystkich muzułmanów. Kłamstwa! Honor wymaga, abyśmy brali życie za życie. Tymczasem Szamil chce zawładnąć naszym życiem! Chce je dla siebie samego! Nie na chwałę Boga, ale w służbie Szamilowi!

Ułu Bej okazał się mówcą zdolnym poruszyć swe audytorium. „Szamil chce waszego życia, was wszystkich! Chce tego dla siebie”: to w Gimry był czuły punkt. Tutaj mieszkańcy rodzili się równi i wolni, nie uznając żadnej władzy poza tym zgromadzeniem, które co roku wybierali, aby sprawowało nad nimi rządy. Nawet niewierni nazywali „demokratycznymi” albo „republikami” niektóre społeczeństwa górali. Ułu Bej natomiast był chanem i rządził swoją prowincją jako suwerenny władca. Ten tytuł i związane z nim prerogatywy zapewniały mu przychylność Rosjan, utrzymujących, że chcą pertraktować wyłącznie z przedstawicielami szlachty, takimi jak on. Natychmiast przyznali mu wysoki stopień w swojej armii i nazwali „księciem”. Sprzedawczyk.

Bachu się nie pomyliła. Obecność Ułu Beja świadczyła o randze i ogromnej stawce tego spotkania.

Przypominając sobie nagle o jej obecności, przypuścił atak:

— Twój syn nie zaleca wcale tego, co nakazuje czynić Prorok: on sam uważa się za Proroka!

Te słowa wywołały okrzyk grozy, po którym Bachu od razu się zorientowała, że w tej rozgrywce nie była zwycięzcą. Wobec tego potwornego oskarżenia o bluźnierstwo, o bezbożność była bezradna. Ułu Bej odczekał chwilę, aż tumult ucichnie, i podsumował:

— Szamil nazwał swojego kota tak jak Mahomet. Szamil obwieszcza swoje rozporządzenia na małych skrawkach papieru tak jak Mahomet. Szamil widzi w sobie samym ziemskie wcielenie Mahometa!

Bachu nie mogła nic na to odpowiedzieć. Wszyscy mężczyźni krzyczeli.

— Ułu Bej ma rację!

— Wybór Szamila w Aszylcie jest nielegalny!

Opanowywało ją wzburzenie. Nie słyszała już nic i nie była w stanie śledzić sensu wszystkich tych okrzyków.

— W islamie nie może współistnieć kilku żyjących imamów: jedynym przywódcą duchowym w islamie jest sułtan otomański!

Ułu Bej..., powinna skupić się na słuchaniu Ułu Beja. Słuchać tylko jego argumentów, jego rozumowania, jego wniosków. To od niego pochodziło największe niebezpieczeństwo.

— Sułtan turecki, jedyny imam, którego uznajemy, podpisał pokój z Rosjanami. Kontynuowanie wojny z niewiernymi Rosjanami oznacza więc kpinę z władzy naszego prawowitego imama, sułtana!

— Mój syn szanuje władzę sułtana tureckiego — uniosła się Bachu

— czci go!

Jej głos zadrżał z oburzenia. Był stanowczy, czysty, metaliczny i tak różny od pozostałych, że przez chwilę dominował nad panującym zgiełkiem.

Przewodniczący zgromadzenia, po raz drugi wskazując ją palcem, rozkazał:

— Mów.

Bachu, odzyskawszy swoją zwykłą równowagę, skorzystała z okazji. Zachowując pozory spokoju, powtórzyła:

— Mój syn oddaje cześć władzy sułtana. Ale szejk Dżamaluddin, jego szacowny przewodnik, mówi, że władza sułtana nie może już rozciągać się aż do naszych krain. Mówi, że władza sułtana nie sięga już naszych gór... Ponieważ niewierni odcięli je od reszty krajów islamskich.

Ostrożnie wypowiadała zdania, szukała odpowiednich słów, powoli kierując uwagę wszystkich na osobę, którą wszyscy tutaj szanowali: wielkiego nieobecnego tego zgromadzenia.

Szejk Dżamaluddin Kazikumuchski, mistrz i nauczyciel Szamila, uchodził za bezpośredniego potomka Proroka. Mówił piętnastoma językami, w tym po arabsku, jak również czterdziestoma dialektami z gór. Potrafił wyrecytować cały Koran z pamięci, podobnie jak czterysta adatów, tworzących kodeks obyczajowy wspólnoty, do którego nawiązywał przed chwilą Ułu Bej. Uosabiał on najwyższą władzę religijną w Dagestanie, był najważniejszym przewodnikiem duchowym, pierwszym murszidem z rodu Nakszbandija. Szamil otaczał go czcią: Bachu nie kłamała. Szanował jego mądrość i wiedzę, stosował się do jego rad i słuchał we wszystkim.

Starsi mogli się buntować. Niemniej pewność, że w tym momencie w meczecie w Aszylcie szejk Dżamaluddin przygotowywał się do wyboru swojego ucznia na imama, całkowicie uprawomocniała ów wybór.

Bachu-Mesedon dokończyła:

— Musicie wybrać trzeciego imama, abyście sami nie zostali bez przywódcy duchowego: oto co powiedział szejk Dżamaluddin.

— Był czas, kiedy szejk Dżamaluddin mówił coś zgoła innego! — krzyknął Ułu Bej.

Przewodniczący zgromadzenia wtrącił się:

— Co ty, kobieto, wiesz o szejku Dżamaluddinie poza tym, że najstarszy syn twojego potomka nosi jego przesławne imię? Sam słyszałem, jak szejk zabraniał twojemu synowi sięgać po broń! Potwierdził tym samym, że nawet jeśli bylibyśmy gotowi walczyć z niewiernymi, to przywódca religijny, który głosi tarikę w meczecie, nie powinien tego robić.

Bachu sprzeciwiła się:

— Szejk Dżamaluddin zmienił zdanie.

— A wiesz może dlaczego?

— Tak, wiem.

— Słuchamy cię zatem.

— Ponieważ wierni nie powinni być posłuszni nikomu.

Patrząc Ułu Bejowi prosto w twarz, na którą to niestosowność nikt w obecnej sytuacji nie zwrócił uwagi, powiedziała dobitnie:

— Nikomu! Chyba że człowiekowi pobożnemu, który cieszy się łaską Allaha.

— Czyli — ironizował chan — twojemu synowi.

Bachu sprostowała:

— Mulle zdolnemu połączyć tarikę i talenty wojskowe przywódcy wojskowego.

— Szamil nie jest tym człowiekiem! Szamil nie cieszy się łaską Allaha! Chce pełni władzy, aby zagarnąć nasz majątek. Popatrz, co zrobił ze skarbem chanów awarskich!

Wreszcie!

Bachu-Mesedon odetchnęła: wreszcie podjęli ten temat, który leżał im na sercu. Skarb awarskich chanów. Przedmiot wszystkich ich zmartwień. Teraz dopiero wspomnieli o prawdziwej przyczynie tej dyskusji, o kwestii, która sprawiała, że obawiali się represji ze strony Rosjan i odczuwali potrzebę natychmiastowego podjęcia decyzji. Wydarzenia ostatnich miesięcy usprawiedliwiały te pytania. Poruszenie dwóch ostatnich dni wymagało znalezienia odpowiedzi.

Dziś, 25 września, muezzin wezwie wiernych na drugą tego ranka modlitwę.

Cztery tygodnie wcześniej, 24 sierpnia, Szamil opuścił Gimry ze wszystkimi swoimi ludźmi, aby dołączyć do Gamzat Beja, swojego przełożonego, drugiego imama, który zajął miejsce Kazi-Mułły po jego śmierci podczas najazdu. Pojechali zająć Chunzach, stolicę Awarów, oddaloną o sześć godzin jazdy: społeczność poddaną Rosjanom.

Gamzat i Szamil opanowali miasto i przejęli majątek panującej rodziny. Ścięli chana i wdowę po nim, sprzymierzoną z niewiernymi, oraz trzech jego synów. Zabili wszystkich jego zwolenników. Gamzat Bej zajął miejsce w pałacu. Szamil zaś powrócił do Gimry pięć dni temu, 20 września.

Tego samego wieczoru przybył tu posłaniec: Gamzat Bej poległ właśnie od ciosów mlecznego brata jednego z dziedziców chana. Niejaki Hadżi Murat zasztyletował go w biały dzień w meczecie Chunzach, po czym uciekł.

Szamil zwołał w godzinę zgromadzenie złożone z żołnierzy Gamzat Beja i apelował do nich o wybór nowego imama. Usłyszał: „Ależ Szamilu, my mamy przywódcę: Ty nim jesteś!”. Dwa razy nie zgodził się na ich propozycję. Dwa razy oni wybierali jego. Tymczasem czas naglił, bo zemsta nie mogła dłużej czekać.

Szamil uznał więc ich racje, uzyskawszy wcześniej od każdego uroczystą przysięgę posłuszeństwa, obietnicę ślepej wiary i absolutnego poddania. Następnie zgromadził murydów i pogalopował do Chunzach.

Tam zabił wszystkich więźniów, skonfiskował skarb i porwał ostatniego potomka chanów, ośmioletniego chłopca. A zatem panujący ród Awarów, poddany kiedyś Rosjanom, zdawał się ostatecznie wytępiony.

Kazał załadować łup na muły i wyruszył w kierunku Gimry. Chłopiec został po drodze na oczach wszystkich uduszony na moście i wrzucony do Awarskiego Kojsu. Kufry zaś przyniesiono do domu Bachu-Mesedon. Przedwczoraj.

Następnie Szamil wyruszył do meczetu w Aszylcie, aby otrzymać swoje nadanie, oficjalne mianowanie przez przywódców wszystkich plemion kaukaskich. To było wczoraj.

A jutro pojawią się Rosjanie, aby się zemścić i odzyskać skarb. Jak powstrzymać to niebezpieczeństwo? Już dziś biorąc bliskich imama do niewoli? Później będzie się można nimi posłużyć jako argumentem przetargowym. Negocjując z Rosjanami? Czy może, w ostateczności, pertraktując z Szamilem?

Obojętne, byle tylko Gimry zachowało bogactwa dawnej stolicy Awarów!

To właśnie o tym przyszła porozmawiać Bachu-Mesedon. O skarbie, którego polscy żołnierze Szamila, dezerterzy z carskiej armii nawróceni na islam, pilnowali w przybudówce jej domu. Nie miała jednak na to czasu.

Od strony wioski dobiegł krzyk, a po chwili do sali obrad wpadł, ledwo dysząc, posłaniec i wyrzucił z siebie:

— Moskale idą!

opr. ab/ab



« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama