Ostatni plasterek szynki

Cotygodniowy felieton z Gościa Niedzielnego (15/2001)

Rodacy, popatrzcie uważnie na świąteczny stół, powąchajcie te dary Boże, zróbcie zdjęcia, postarajcie się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Może to już jedno z ostatnich śniadań wielkanocnych, które jest tradycyjne w formie i treści. Od lat dochodzi co prawda do zamachów, wykonywanych przez komanda dietetyków przekonujących, że cholesterol oraz inne substancje, o których nie wypada mówić przy stole, to wrogowie zdrowia, długiego życia i dobrego samopoczucia. Jednak to raczej malowanki graficiarzy w porównaniu ze skoordynowaną akcją terrorystyczną wymierzoną przeciwko elementarnym podstawom żywienia społecznego. Dietetycy — mniej lub bardziej namolnie — starali się przekonać do swoich racji. Ostatnie zakazy, nakazy, protokoły i ekspertyzy rodem z Unii Europejskiej skazują nas na racje żywnościowe o składzie zasadniczo odmiennym od dotychczasowych przyzwyczajeń.

Adio szyneczko — spłonęłaś ze świnką podejrzaną o pryszczycę. Adio kiełbasko, żegnajcie flaczki — rozsadniki BSE lub innych, niezidentyfikowanych jeszcze chorób abecadłowych. Pomidory też adio — jeszcze dozwolone, ale wszak od dawna hodowane bez dostępu do słońca, karmione kroplówką, nigdy nie zakorzenione w prawdziwej glebie. Od tego można oszaleć, więc wkrótce wasza czerwień stanie się oznaką choroby wściekłych warzyw. I cóż nam pozostanie? Może szarańcza? Chyba że i za hodowlę szarańczy wezmą się twórcy spożywczego cudu, który na naszych oczach zamienia się w jeden wielki humbug, można by powiedzieć: humbuger.

A może w Holandii, przodującej ostatnio w rewolucyjnych rozwiązaniach, uda się ochronić przed eutanazją dwa ostatnie zdrowe serdelki i połączyć je nierozerwalnym węzłem? Też się nie rozmnożą, ale po pewnym czasie będą mogły zaadoptować śledzika i zapanuje szczęście powszechne. Nie ma co liczyć na klonowanie, co kiedyś wydawało się rozwiązaniem idealnym: nareszcie wszyscy jedli by to samo jajko i byliby zadowoleni, bo wszyscy mają wszak takie same żołądki. Niestety, Ian Wilmut, twórca (ojciec?) owieczki Dolly, wyznał ostatnio, że Dolly okazała się dość chorowita; kwęka, stęka i narzeka. Był taki pomysł, żeby hodować klony jako żywe magazyny organów zastępczych dla klonowanych osobników. Przykład Dolly może świadczyć o tym, że to raczej klonowany osobnik będzie musiał wspomagać swojego klona.

Ludzie mówią, że zdrowy jest magnez i dolomit. Tak więc niewykluczone, iż wkrótce ustawimy na stole baranka z cukru (do oglądania) oraz mały ogródek skalny (do jedzenia). Wciąż jeszcze ekolodzy będą niezadowoleni, bo zjadanie skał jednak niszczy środowisko, a wiadomo, że naturalne środowisko to taki całokształt, w którym nie ma człowieka, jeno ekolodzy. Do czasu zezwoli się im na konsumpcję powietrza i czystej wody, a potem będą musieli ewolucyjnie wytworzyć chlorofil i pobierać energię bezpośrednio ze słońca. Żeby ich tylko jakaś niedobita krowa nie zjadła! Na szczęście według koncepcji przew. Korwina-Millera będą mogli na swych grządkach trzymać broń palną dla obrony przed przeżuwaczami.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama