Koniec marzeń o czterdziestomilionowym narodzie? W kolejce do wnuka

O niżu demograficznym w Polsce

W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci i zawiera coraz mniej małżeństw. Polaków ubywałoby jeszcze szybciej, gdyby nie stale rosnąca długość życia kobiet i mężczyzn. To, co z jednej strony cieszy, z drugiej martwi, bo starzejące się społeczeństwo jest większym obciążeniem dla gospodarki. Demografowie zapewniają, że na razie nie grozi nam depopulacja, ale za to grozi nam kryzys rodziny, a tu problemy wcale nie kończą się na stosunkach ilościowych. Te i tak już zasmucają babcino-dziadkowe kwartety, które często muszą się nacieszyć jednym wnuczkiem.

Jeszcze niespełna cztery lata temu prognozy Głównego Urzędu Statystycznego zakładały, że w roku

2010 liczba Polaków przekroczy 40 milionów, a dziesięć lat później miałoby nas być więcej o kolejne 700 tysięcy. Zaledwie dwa lata później prognozy te uznano za zbyt optymistyczne. Ich weryfikacja zakładała już spadek liczby ludności w najbliższych latach, nieznaczny wzrost po roku 2015 (39 milionów), po czym kolejny spadek i w połowie tego stulecia Polska liczyłaby zaledwie 35 milionów mieszkańców. Prognozy sporządza się oczywiście w oparciu o pewne zjawiska wynikające z doświadczenia. W okresie gwałtownych przemian politycznych i ekonomicznych zachodzących w Polsce w ostatnich latach to doświadczenie okazało się niewystarczające. Prognoza nie przewidziała gwałtownego spadku liczby urodzin, wynikającej ze zmiany postawy młodych ludzi do małżeństwa i prokreacji. Dla socjologa znającego te mentalne przemiany choćby z krajów Europy Zachodniej nie może to jednak być zaskoczeniem — to tendencja typowa dla krajów wysoko rozwiniętych.

Do 1998 roku liczba ludności Polski zbliżała się systematycznie do 39 milionów, co dawało nam 8. miejsce w Europie i 29. na świecie.

Na koniec ubiegłego roku ludność Polski liczyła niewiele ponad 38 milionów 635 tysięcy osób. To według danych GUS ponad 450 tysięcy więcej niż na początku lat 90., ale o 9 tysięcy mniej niż w roku 2000.

Echo wojny

Pomijając element wielkości narodu, sam spadek liczby ludności dla kraju i jego obywateli jest zjawiskiem niemal neutralnym. Znacznie bardziej na naszym życiu odbija się struktura wiekowa społeczeństwa, czyli proporcje pomiędzy dziećmi, osobami w wieku produkcyjnym i ludźmi starszymi. Nad tym faktem roztropny polityk nie może już przejść obojętnie, bowiem sytuacja w kraju, gdzie coraz mniej osób pracuje, a coraz więcej puka do ZUS-u po renty i emerytury, jest już poważnym problemem gospodarczym. W Polsce do takiej sytuacji dojdzie około roku 2010, kiedy swoje zawodowe życie zaczną kończyć roczniki wyżu demograficznego z początku drugiej połowy ubiegłego wieku. Właśnie w latach powojennych przyrost naturalny osiągnął w Polsce najwyższe wartości. Po II wojnie światowej liczba mieszkańców naszego kraju wynosiła 23 miliony 640 tysięcy. Po ustaniu wszelkich wojennych zagrożeń nastąpiła gwałtowna eksplozja demograficzna. W latach 1950-1959 przyrost naturalny w skali całego kraju wynosił 17,7 procent (w rekordowym roku 1956-20 procent). Taki wyż demograficzny ma również swoje echo przejawiające się w postaci wzrostu liczby urodzeń w okresach, kiedy urodzeni w tych latach dojrzewają do założenia rodziny i zaczynają mieć dzieci. Jest to raczej niekorzystne zjawisko, bo wymusza częste zmiany polityki gospodarczej i społecznej — raz potrzebnych jest więcej miejsc pracy, kiedy indziej więcej miejsc w szkołach i przedszkolach.

I choć od 1946 roku do dzisiaj liczba ludności zwiększyła się o ponad 63 procent, to już w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia przyrost naturalny wyniósł jedynie 1,2 procent.

Takie zjawisko w globalnym ujęciu nie jest niczym wyjątkowym. Na całym świecie najwyższa dynamika wzrostu wystąpiła w latach 1950-1970, kiedy to współczynnik przyrostu naturalnego osiągnął 2,1 procent rocznie. Obecnie w skali świata wynosi około 1,7 procenta, dzięki czemu co roku przybywa na Ziemi około 90 milionów ludzi. Jednak apogeum przyrostu mamy już za sobą, więc straszenie przeludnieniem raczej się zdezaktualizowało.

Obecnie najwyższy wskaźnik ma Afryka, gdzie większość państw osiąga wartości powyżej 2, a nawet 3 procent, najniższy kraje Europu, które charakteryzują się wartościami bliskimi zeru.

Polska właśnie do nich dołączyła.

Rzadziej emigrujemy

Przyrost naturalny różni się od przyrostu rzeczywistego, który bierze pod uwagę również migracje ludności, czyli stosunek opuszczających kraj do osiedlających się. Takie zestawienie jeszcze bardziej podkreśla to, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Jeżeli więcej ludzi wyjeżdża z kraju, niż do niego przybywa, to przyrost rzeczywisty jest niższy od naturalnego. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia w praktycznie całej powojennej historii Polski. Znacznie więcej osób emigrowało z Polski, niż się w niej osiedlało. Wyjeżdżali na ogół ludzie młodzi. W ostatnich kilkunastu latach liczba wyjazdów uległa znacznemu wyhamowaniu i nadal przejawia tendencję spadkową. Paradoksalnie to duże wyższe ujemne saldo przez lata nie odgrywało tak znaczącej roli jak dziś, bo było niwelowane przez liczbę urodzin. Przy takim jej spadku różnica kształtująca się na poziomie kilkunastu tysięcy w ostatnich latach jest bardziej znacząca, niż była kiedyś. Wyjazdy głównie ludzi młodych zapewne przyspieszą tylko proces starzenia się naszego społeczeństwa.

Pokolenie osiemdziesięciolatków

W 2000 roku umarło 7 tysięcy osób mniej niż rok wcześniej i prawie o 45 tysięcy mniej niż w roku 1991. W tym samym okresie aż o połowę zmniejszyła się umieralność niemowląt, o 1/3 dzieci i młodzieży, a ludzi w wieku produkcyjnym — o 1/5. Zgodnie z raportem GUS o sytuacji demograficznej kraju, w 2001 roku spadek umieralności wystąpił także wśród osób w wieku poprodukcyjnym. Średnia długość życia w Polsce w roku 2000 wynosiła dla kobiet 78 lat, a dla mężczyzn 69,8 lat, co w porównaniu do roku 1991 oznacza, że otrzymaliśmy dodatkowo od życia odpowiednio 2,7 i 3,7 lat. Nadal jednak żyjemy krócej niż przeciętni Europejczycy, ale różnica ta powinna stopniowo zanikać. Według prognoz w 2025 roku przeciętny Polak będzie żył 74 lata, przeciętna Polka 81 lat. W Polsce nie znika za to duża różnica pomiędzy wiekiem mężczyzn i kobiet (ponad 8 lat, gdy norma europejska to 5-6 lat).

Na tle Europu Polacy nadal są narodem młodym, chociaż wiek przeciętnego Polaka wynosi obecnie 35 lat. Mediana wieku wynosi ponad 37 lat dla kobiet i ponad 33 lata dla mężczyzn, kiedy w roku 90. były to odpowiednio liczby 33,9 i 31,2 .

Starsi biedni, młodzi gniewni

Obecnie na sto osób w wieku produkcyjnym (kobiety w wieku 18-59 lat; mężczyźni 18-65 lat) przypadają prawie 62 osoby w wieku nieprodukcyjnym — 24 z nich, statystycznie rzecz ujmując, zakończyło swoje życie zawodowe, a 38 nie przekroczyło 17 lat. W roku 1990 było to odpowiednio 22 i 52 osoby. Niepokojący jest zwłaszcza ten drugi wskaźnik, który wyraźnie podkreśla drastyczny spadek ludzi młodych w społeczeństwie. Liczba ludzi w wieku produkcyjnym będzie jeszcze rosnąć do roku 2010, po tym zacznie spadać. Autorzy opracowania „Ocena sytuacji demograficznej Polski do roku 2020...” przygotowanej przez ekspertów SGH i Instytutu Statystyki i Demografii na zlecenie ówczesnego wicepremiera Leszka Balcerowicza już w 1999 roku podkreślali, że ujemny przyrost naturalny może nam towarzyszyć aż do 2007 roku, a po niewielkiej górce do roku 2013 znowu znaleźć się pod kreską. Do roku 2010 będzie także rosła liczba ludności w wieku produkcyjnym. W roku 1997 było takich osób 23 miliony. W 2010 ta liczba może przekroczyć 24,8 miliona, by za kolejne dziesięć lat spaść do poziomu 22,6 miliona.. Za to do tegoż samego roku 2020 liczba ludności w wieku poprodukcyjnym wzrośnie o grubo ponad dwa miliony osób i będzie wynosić 7,9 miliona. Osoby starsze będą stanowić aż jedną piąta mieszkańców Polski, co w języku demografów będzie oznaczało, że nasze społeczeństwo będzie w zaawansowanej starości. Jeżeli dodamy do tego założenie, że grupa ludzi w okresie największej aktywności matrymonialnej i rozrodczej (20-29 lat) wzrośnie niemal o połowę do 6,4 miliona osób w roku 2005 i napotka na rysujące się już w tej chwili trudności w zaspokajaniu tak elementarnych potrzeb, jak praca czy mieszkanie, to nie tylko nie spełni należycie swoich rodzicielskich obowiązków, ale także może wywołać trudną do opanowania falę niepokojów społecznych. Tym samym o nierozerwalnych związkach demografii z gospodarką i polityką będziemy się mogli przekonać już w ciągu najbliższych kilku lat, chociaż już teraz uważny obserwator życia społecznego musi z obawą dostrzegać ej symptomy.

Mniej córek niż matek

Zmiana tego stanu rzeczy nie będzie łatwa, bo Polska, zresztą jak większa cześć krajów Europejskich od drugiej połowy lat 80, znajduje się w obszarze tzw. reprodukcji zawężonej, co w prostym tłumaczeniu oznacza mniejszą ilość córek niż matek. Równowagę, (tzw. reprodukcję prostą) zapewnia współczynnik dzietności kobiety na poziomie 2,1. W Polsce w roku 2001 osiągnął on wartość 1,34 — nie notowaną nigdy wcześniej. W większości krajów zachodnioeuropejskich już od ponad 20 lat utrzymuję się on w okolicach 1,6. W krajach Europy Wschodniej spadek poniżej reprodukcji prostej nastąpił niedawno, za to w dość gwałtowny sposób. W roku 2001 w Polsce urodziło się 369 tysięcy dzieci, czyli o 9 tysięcy mniej niż w roku poprzednim i aż o jedną trzecią mniej niż w roku 1990. W szczytowym roku wyżu demograficznego — 1983 — urodziło się w naszym kraju ponad 723 tysiące dzieci. Na przestrzeni tych lat podniósł się także wiek kobiet decydujących się na urodzenie dziecka. Najczęściej nie jest to już pani w wieku od 20 do 24 lat, tylko przeciętnie o 5 lat starsza. To wynik wyborów młodych ludzi, którzy coraz częściej najpierw chcą zdobyć odpowiednie wykształcenie i odpowiednią stabilizację ekonomiczną, a dopiero potem decydują się na założenie i powiększenie rodziny. Szkoda tylko, że coraz częściej decyduje za nich gospodarka i bezrobocie. Choć w drugiej połowie lat 90. nastąpił niewielki wzrost liczby zawieranych małżeństw, to już w roku 2001, zgodnie z szacunkami GUS, było ich o 14 tysięcy mniej niż w poprzednim — 197 tysięcy.

Nie ma dzieci bez rodziny

Gdy w roku 1980 na 1000 mieszkańców Polski przypadało średnio 9 nowych małżeństw, w roku 2000 było to już tylko 5,5. Młodzi Polacy coraz później decydują się na wstąpienie w związek małżeński. Przeciętna Polka wstępująca po raz pierwszy w związek małżeński miała w roku ubiegłym 23,5 lat, a mężczyzna 25,7 lat. Stale rosną jednak grupy kobiet, które stanąć przed ołtarzem decydują się w wieku od 25 do 29 lat i od 30 do 34 lat. Zdaniem demografów, to właśnie liczba zawieranych związków małżeńskich w istotnym stopniu wpływa na ilość urodzin, ponieważ w Polsce około 88 procent dzieci rodzi się w formalnym związku. Rośnie jednak ilość dzieci urodzonych poza związkami małżeńskimi, co z kolei sugeruje, że Polacy coraz częściej decydują się żyć na kocią łapę.

Opisujący te tendencje najświeższy raport Rządowej Rady Ludnościowej (przedstawiony niedawno przez jeden z ogólnopolskich dzienników) alarmuje, że grozi nam kryzys małżeństwa i rodziny.

Dla środowisk katolickich jest to raczej wątpliwa satysfakcja, jako że mówią i piszą o tym już od dobrych kilku lat, ale często było to traktowane jedynie jako „pobożne ględzenie”, a nie jako istotny problem całego społeczeństwa.

Ks. Leonard Poloch, asystent Stowarzyszenia Rodzin Katolickich Archidiecezji Poznańskiej
Rodzina dla Polaków stanowi oparcie. To mocne fundamenty. Obserwuję, że z jednej strony chcemy założyć rodzinę, a z drugiej boimy się zalegalizowania tego związku. Wybieramy „kontrakt cywilny”. Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że boimy się podjęcia tej ostatecznej decyzji z braku pogłębionego życia w wierze. Zadajemy sobie pytanie „czy ja wytrwam?”, a może lepiej najpierw „wypróbować” siebie nawzajem, a później się zobaczy, jak to będzie. Życie bez Chrystusa jest złym wyborem, później dziwimy się, że to czy tamto nam nie wychodzi.

Prof. Andrzej Urbaniak, wykładowca na Politechnice Poznańskiej
Dla mnie rodzina jest najważniejsza, stawiam ją na pierwszym miejscu. Uważam że więzy rodzinne oddają to, co w życiu każdego człowieka jest najlepsze. Przeświadczenie, że jedynym sukcesem jest kariera i stanowisko, jest złudne. Uważam, że taki obraz kreują media, a w rzeczywistości 90 proc. Polaków widzi swoje miejsce w rodzinie. Oczywiście mamy do czynienia z kryzysem w rodzinie. Polega on na tym, że wielu ludzi nie legalizuje związku, a tylko żyje ze sobą. Tego bym nie lekceważył, a raczej upatrywał w tym duże zagrożenie dla istnienia silnej i trwałej rodziny.

Dlaczego wybieramy samotność
Jacek Fedorowicz — psycholog
Obecnie występujące trudy życia z pewnością nie sprzyjają rodzinie i jej rozwojowi, lecz oprócz nich istnieją również czynniki bardziej osobowościowej natury. Wydaje się, że oprócz wielu innych przyczyn po stronie zmieniającej się świadomości kulturowej, istotną rolę odgrywa coraz częściej lęk przed małżeństwem i formalnym założeniem rodziny. Lęk przed bliskością uniemożliwia niektórym osobom nawiązanie głębokiego i dojrzałego związku emocjonalnego. Stałe związki zastępowane mogą być przez przejściowe związki seksualne, ponieważ rodzące się uczucie budzi lęk i potrzebę ucieczki. Niektóre osoby unikają ścisłych więzów uczuciowych, gdyż obawiają się, że one mogłyby zagrozić ich niezależności, zachowania dogodnej pozycji w życiu zawodowym, która coraz częściej zaczyna odgrywać pierwszoplanową rolę. Ucieczka i tłumienie w sobie odzywającej się potrzeby miłości prowadzi do wewnętrznej pustki, poczucia rezygnacji i bezsensu własnego życia. Wiele osób przyjmuje obecnie defensywną postawę, widząc małżeństwo jako przeszkodę w procesie własnej samorealizacji oraz wolności tworzenia własnej drogi życia. Stąd tendencja do tworzenia związków nieformalnych — „na próbę”. Konsekwencją takich związków często staje się utrata poczucia bezpieczeństwa, do czego istotnie przyczynia się niepewność i ograniczone zaufanie do partnera. Człowiek ma w sobie na stałe wpisane pragnienie oddania się bliskiej i kochanej osobie oraz pragnie być przydatny innym ważnym osobom. Może to pragnienie realizować także na płaszczyźnie rodziny.

opr. ab/ab

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama