Kaja Godek dla Opoki: szpital w Gdańsku wycofał się z późnych aborcji, 20 sierpnia protest we Wrocławiu

„Fakt, że w szpitalu na Zaspie przestano robić śmiertelne zastrzyki w serca dzieci to konkretny efekt obecności ludzi pod wejściem do szpitala i ich modlitwy” – mówi Opoce Kaja Godek. Obrońcy życia modlą się także przed szpitalem, który może zatrudnić aborterkę Gizelę Jagielską.

Agata Ślusarczyk: W najbliższy czwartek, 20 sierpnia, ma nastąpić otwarcie ofert w konkursie na stanowisko lekarza w Szpitalu Specjalistycznym im. A. Falkiewicza na wrocławskim na Brochowie. W przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, że znana z działalności aborcyjnej w szpitalu w Oleśnicy dr Gizela Jagielska nie zamierza składać oferty. Czy uważa Pani, że sprawa jest już przesądzona?

Kaja Godek: Nie. Uwierzymy, kiedy zobaczymy otwarte oferty i rzeczywiście nie będzie tam oferty Gizeli Jagielskiej. Termin składania ofert upływa dokładnie w momencie ich otwarcia. To oznacza, że aplikacje mogą wpłynąć nawet kilka minut przed godziną 12.00 i nadal będą przyjęte. Dlatego nie możemy jeszcze uznać tej sprawy za zakończoną.

Wypuszczanie takiej informacji to może być również gra na czas albo próba rozproszenia mobilizacji społecznej. Możliwych scenariuszy jest kilka. Dlatego w czwartek o godz. 11.45 Fundacja Życie i Rodzina zaprasza przed szpital na Brochowie na modlitwę i protest. Bądźmy czujni i przytomni – do końca.

Po ostatniej pikiecie organizowanej przez Fundację Życie i Rodzina przed szpitalem na Brochowie pojawiły się ze strony środowisk lewicowych postulaty tworzenia „stref wolnych od Kai Godek”. Jak Pani to odbiera?

Prowadząc kampanię antyaborcyjną przed wieloma szpitalami w Polsce, zawsze spotykamy się z podobną sytuacją. Środowiska popierające aborcję chcą, żeby ludzie nie protestowali przeciw zabijaniu dzieci i się nie modlili.

Dochodzi nawet do wysuwania takich postulatów, żeby w ogóle nie można było pod szpitalem robić nic w obronie życia – taki zakaz jest na przykład w Wielkiej Brytanii. Tymczasem w Polsce wolność zgromadzeń jest gwarantowana przez Konstytucję, a zasady organizowania zgromadzeń określa ustawa. Działamy właśnie na podstawie tych przepisów i realizujemy swoje prawa, które mamy jak każdy obywatel.

A jeśli chodzi o hasło o „strefach wolnych od Kai Godek”, to chyba miało ono być złośliwe, ale mam dla jego autorów złą wiadomość: to nie ja mnożę się w tysiącach po całej Polsce. To są ludzie, którzy są przeciwko aborcji i chcą publicznie stanąć w obronie życia. Ja mogę się gdzieś pojawić lub nie, ale oni i tak będą.

Jak dzisiaj wygląda skala zaangażowania ludzi w te działania? W miniony weekend publiczna modlitwy w obronie dzieci odbyły się w kilkunastu miastach w Polsce. Czy widzi Pani większą społeczną mobilizację?

Zdecydowanie. W ostatnim czasie otworzyliśmy kolejne publiczne różańce. Ludzie zgłaszają się do Fundacji i mówią: „My też chcemy działać w swoim miejscu zamieszkania”. Tak powstały między innymi kolejne miejsca modlitwy w Gorlicach, Jaśle, Żyrardowie i Rybniku.

W tej chwili Publicznych Różańców o zatrzymanie aborcji jest prawie 70. Nie wszystkie odbywają się przed szpitalami – większość organizowana jest w centrach miast – ale w tych miejscach ludzie regularnie, często co miesiąc, modlą się w intencji ochrony życia. Od początku istnienia taka modlitwa prowadzona jest pod aborcyjną pseudoprzychodnią Abotak w Warszawie. To miejsce to miała być flagowa placówka aborcjonistek, ale ze względu na gigantyczny opór, jaki wzbudziło, okazało się jednym wielkim niewypałem. Straciło poparcie, a jego założycielki to największe przegrane ostatnich miesięcy.

JAGIELSKA CHCE „PRZEKONYWAĆ” ZESPÓŁ DO PÓŹNYCH ABORCJI❗️
Fundacja Życie i Rodzina

Skala zaangażowania w obronę życia to tysiące osób. Zgłaszają się również ludzie, którzy chcą przejść szkolenie i zostać wolontariuszami pro-life. W Warszawie 28 sierpnia organizujemy specjalny kurs dla osób zainteresowanych działaniem w obronie życia, jeszcze można się zgłosić, kurs trwa od 16:00 do 20:00 i jest bezpłatny.

Kto uczestniczy w takich publicznych modlitwach?

To bardzo różne osoby. Przychodzą osoby starsze, rodziny z dziećmi, kobiety w ciąży, młodzi ludzie. Zdarza się, że przychodzą także pracownicy szpitali, którzy nie zgadzają się na wykonywanie aborcji w ich miejscu pracy.

Mieliśmy również sytuację w Gdańsku, kiedy pacjentka wyszła z oddziału szpitala na spacer i dołączyła do modlących się przed placówką. Pomogła jej opiekunka, która wywiozła ją na wózku inwalidzkim na placyk przed wejściem, gdzie odbywała się modlitwa. 

Dzieci również uczestniczą w różańcach. Spotyka się to czasem z oburzeniem środowisk aborcyjnych. Tymczasem dzieci nie są jeszcze tak zepsute jak dorośli, potrafią prosto odróżnić dobro od zła. Nie potrafią zrozumieć, jak ktoś może podnieść rękę na niewinne dziecko w akcie aborcji. Myślę, że wiele możemy się nauczyć właśnie od dzieci, powinniśmy przypomnieć sobie ewangeliczne wezwanie, żeby „stać się jak dzieci” – i nazywać dobro dobrem, a zło złem, nie próbować aborcji usprawiedliwiać.

Czy taka publiczna pikieta połączona z modlitwą za nienarodzone dzieci przynosi Pani zdaniem jakieś konkretne efekty? 

Tak. Widzimy konkretne owoce. Na przykład szpital św. Wojciecha na Zaspie w Gdańsku po modlitwach i akcjach informacyjnych wycofał się z zabijania poczętych dzieci chlorkiem potasu przed samym przerwaniem ciąży. Oczywiście nadal wykonuje aborcje, dlatego będziemy tam przychodzić i protestować, ale fakt, że przestali robić śmiertelne zastrzyki w serca dzieci to już konkretny efekt obecności ludzi pod wejściem do szpitala i ich modlitwy.

PREZES SZPITALA NA ZASPIIE: NASZYM PACJENTEM JEST KOBIETA, A NIE PŁÓD!
Fundacja Życie i Rodzina

W wielu miejscach udało się również wywołać społeczną dyskusję. Informujemy kobiety, które wybierają daną placówkę do porodu, o tym, co ustaliliśmy, co dzieje się w tym szpitalu, na tej porodówce. Akcje informacyjne prowadzimy więc nie tylko przed samym szpitalem, ale także przed szkołą rodzenia.

W Lublinie z kolei jesteśmy na drodze sądowej ze Szpitalem Wojewódzkim im. Wyszyńskiego, żeby ujawnić, co stało się z dzieckiem, które urodziło się tam żywe z aborcji i zmarło już poza organizmem matki. To, jak publiczna placówka potraktowała pacjenta w stanie zagrożenia życia – to informacja, która należy się opinii publicznej. Sprawa życia i śmierci – rzecz fundamentalna. 

Poprzez protesty pod szpitalami pokazujemy, że opinia publiczna stoi na straży życia nienarodzonych dzieci. Nie będzie zgody na to, żeby aborcja była przedstawiana jako zwykła procedura medyczna i żeby wokół tej zbrodni panowała zmowa milczenia.

Fundacja Życie i Rodzina dotarła do pracowników szpitala na Brochowie, którzy nie kryją przerażenia widmem przekształcenia lecznicy w centrum aborcji – tak jak stało się to w Oleśnicy, gdy dr Gizela Jagielska pełniła funkcję wicedyrektora placówki. Co Panią najbardziej poruszyło w tych rozmowach?

Moje pierwsze wrażenie z rozmów w cztery oczy – że są to ludzie, którzy mają dobrą wolę i są naprawdę zaniepokojeni tym, co może wydarzyć się w ich miejscu pracy. To są przecież pracownicy ochrony zdrowia – lekarze, położne, pielęgniarki – którzy wybierali ten zawód po to, żeby pomagać ludziom.

Tymczasem stają przed perspektywą pracy na oddziale, gdzie mogłoby dochodzić również do aborcji. Dla nich jest to sprzeczne z najgłębszym sensem ich zawodu.

Pojawiły się też obawy dotyczące samej współpracy z Jagielską. Z naszych rozmów wynika, że część pracowników obawia się między innymi presji i mobbingu. W filmie „Oleśnica. Śledztwo w sprawie zbrodni” byli współpracownicy ujawniają presję, jaką wywierała na swoich podwładnych znana aborcjonistka. Bardzo polecam ten film, pewna położna opowiada w nim, jak wiele osób w Oleśnicy było na lekach psychotropowych ze względu na sytuację na oddziale.

Jeżeli na Brochowie dojdzie do powierzenia porodówki najbardziej znanej w Polsce aborcjonistce, placówka może stać się miejscem wykonywania aborcji taśmowo. Pracownicy, z którymi rozmawialiśmy, stają przed taką właśnie perspektywą. Tym bardziej że część osób pracujących obecnie na Brochowie ma doświadczenie pracy w Oleśnicy – więc wiedzą, czego się spodziewać.

Magdalena Puziewicz-Karpiak obejmując funkcję dyrektorki powiedziała, że chce, aby aborcje w szpitalu były wykonywane zgodnie z prawem. Plany zatrudnienia aborcjonistki wskazują jasny kierunek, w jakim zmierza placówka przez lata szczycąca się mianem szpitala chroniącego życie. 

Niestety wypowiedzi pani Puziewicz-Karpiak tylko wzmagają nasze obawy. Dyrekcja nie odżegnała się od możliwości ściągnięcia na Brochów Jagielskiej, dlatego trzeba zachować czujność. Potrzebna jest transparentność. Aborcje wykonywane w publicznych szpitalach są finansowane ze środków publicznych – to są pieniądze obywateli. Mamy więc prawo wiedzieć, na co są przeznaczane. W mojej ocenie parcie na to, aby do szpitala pozyskać osobę znaną z wykonywania późnych aborcji może wynikać z chęci zarobienia pieniędzy – za aborcję po 22. tygodniu życia dziecka NFZ płaci jak za poród. Porodów jest coraz mniej, więc to jest łatwa ścieżka dla szpitala: dorobić sobie zabijaniem, podbić statystyki „porodów” (w statystykach nie rozróżnia się urodzeń żywych od martwych, więc późne aborcje się tu wliczają) i dostać więcej pieniędzy.

Jeżeli pacjent czeka miesiącami na wizytę u specjalisty, a jednocześnie w szpitalu z dnia na dzień, w zasadzie na życzenie, można dostać usługę polegającą na zabiciu dziecka, to tym bardziej opinia publiczna ma prawo pytać, kto i dlaczego w ten sposób zarządza ochroną zdrowia…?

Przeciw przekształceniu szpitala na Brochowie w centrum aborcyjne protestowało w ubiegłym miesiącu ponad 200 osób. Kto przyszedł?

Praktycznie cały przekrój społeczeństwa. Były młode rodziny, kobiety w ciąży, osoby starsze, rodzice z dziećmi, osoby związane z różnymi środowiskami, także osoby z duszpasterstw, ludzie z Wrocławia i okolic.

Była też kobiety, które planowały poród na Brochowie. Jedna z nich wcześniej rodziła tam swoje poprzednie dziecko i teraz, będąc w kolejnej ciąży, chciała ponownie skorzystać z tej porodówki. Nagle dowiedziała się, że jadąc urodzić swoje dziecko może trafić na osobę znaną z wykonywania niezwykle brutalnych aborcji. Straciła poczucie bezpieczeństwa.

Fakt, że przyszło tyle różnych osób pokazuje, że sprawa szpitala nie dotyczy wyłącznie kobiet, które aktualnie wybierają miejsce porodu. Dotyczy rodziców, rodzin i każdego, kto może w przyszłości trafić do tego szpitala jako pacjent.

Czy uważa Pani, że protesty pomagają również lekarzom i pracownikom medycznym, którzy nie chcą uczestniczyć w aborcjach?

Oczywiście! Kampanie pod szpitalami wywołują także dyskomfort u sprawców aborcji i decydentów w ochronie zdrowia. I to jest zjawisko dobre i słuszne – nie powinniśmy dopuszczać, aby aborterzy czuli się dobrze z zabijaniem dzieci. Mają mieć dyskomfort, coraz większy, aż porzucą popełnianie tej zbrodni albo podejmą decyzję, że w prowadzonym przez nich ośrodku aborcji nie będzie. 

Dobrym przykładem jest Jasło. W tamtejszym szpitalu złamano trend ochrony życia, który był obecny od wielu lat na Podkarpaciu. Abortowano dziecko z Zespołem Downa „na świstek do psychiatry”, a także zdrowe dziecko w 6. tygodniu od poczęcia, a więc dosłownie chwilę po pozytywnym teście ciążowym – też „na świstek” i naprawdę nie da się tego inaczej zinterpretować niż w ten sposób, że była to aborcja w zasadzie na życzenie.

W pikiecie przed szpitalem wzięło udział około 200 osób. Widać było, że mieszkańcy Jasła interesują się tym, co dzieje się w ich szpitalu i chcą mieć wpływ na jego funkcjonowanie. 

Na plakatach z zaproszeniem na pikietę grafik Fundacji umieścił herb powiatu, gdyż to władze powiatu jasielskiego są odpowiedzialne za to, co dzieje się w publicznej placówce. Władze powiatu się obraziły, wiec chyba nie chcą być kojarzone z aborcją. Bardzo mnie to cieszy, niech zatrzymają aborcje w tym szpitalu i problem będzie rozwiązany.

Mówi Pani o konieczności „patrzenia na ręce” szpitalom. Przykład Felka z Oleśnicy najdobitniej pokazuje, że taka kontrola jest konieczna. 

Gdyby nie działania obywatelskie przeciw aborcji, to ofiar aborcji takich jak Felek mielibyśmy już setki i tysiące w skali Polski. Proszę pamiętać, że obecnie organy ścigania nie są chętne, aby stawiać zarzuty związane z aborcją, pomocnictwem w niej, nawet z ewidentnym nadużywaniem obecnego prawa. Aborterzy są pod parasolem ochronnym ze strony instytucji państwa. Dlatego dobrze przemyślane i zorganizowane działania społeczne są tak ważne. 

Fundacja Życie i Rodzina monitoruje sytuację w szpitalach. Składamy zawiadomienia do prokuratury i domagamy się wyjaśnienia konkretnych przypadków, a potem sprawdzamy, co robią prokuratorzy. Zastrzyk, który ma zabić dziecko przed samym „przerwaniem ciąży”, to procedura, która nie mieści się w polskim prawie. Każdy taki zastrzyk powinien być traktowany jak zabójstwo dziecka zdolnego do życia poza organizmem matki – i być ukarany więzieniem oraz odebraniem prawa wykonywania zawodu lekarza. 

Powiem to zupełnie wprost – jeśli sprawców śmiertelnych zastrzyków nie uda się ukarać teraz, to będzie to pierwsza rzecz do zrobienia po zmianie Prokuratora Generalnego. 

Oprócz zawiadomień do Prokuratury z wieloma szpitalami jesteśmy na drodze sądowej o wydanie informacji publicznej. Bo sprawcy aborcji często chcą zatajać, co faktycznie robią. To ich stała taktyka: robić aborcje, ale po cichu, żeby opinia publiczna zbyt wiele się nie dowiedziała. Chciałoby się ich zapytać: cóż to za „zabieg”, że mówicie, że on jest normalnym świadczeniem, a chcecie ukryć szczegóły - ile razy, w jaki sposób i na kim go przeprowadzacie?!

Co chciałaby Pani powiedzieć osobom, które zastanawiają się, czy przyjść 20 sierpnia na Brochów?

Może się komuś wydawać, że jedna osoba więcej albo mniej niczego nie zmieni. Ale kiedy ludzie pojawiają się pod oknami szpitala, decydenci widzą, że społeczeństwo interesuje się losem dzieci zagrożonych aborcją. Dla Ciebie to poświęcona godzina, dla jakiegoś dziecka to może być całe uratowane życie.

Dlatego zapraszamy w czwartek na godz. 11.45 przed szpital na Brochowie. Potrzebna jest modlitwa i mobilizacja Dobrych Ludzi. Dokładnie w południe zostaną otwarte oferty w konkursie, który może sprawić, że Brochów stanie się polskim centrum aborcji. W takiej chwili nie wolno milczeć!

Patrzmy na ręce szpitalom, lekarzom, ordynatorom i zarządom. Nie ma zgody, by środowiska aborcyjne bezkarnie hasały po Polsce, wymuszały zabijanie dzieci, a proliferów próbowały spod tych szpitali przegonić. W Polsce nie będzie stref buforowych pod ośrodkami aborcyjnymi jak w Anglii czy Kanadzie. Nie przestaniemy ratować życia dzieci. 

Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.

« 1 »