Szkaplerz karmelitański od ponad siedmiu wieków jest znakiem szczególnej opieki Matki Bożej. Nie działa jednak jak talizman ani nie zastępuje wiary. – Jest dany po to, byśmy żyli pełnią życia i osiągnęli zbawienie – podkreśla o. Mariusz Płuciennik, przypominając, że jego noszenie wiąże się z konkretnymi zobowiązaniami i duchową drogą.
„To znak opieki Matki Bożej, która chce nas zaprowadzić do nieba” – powtarza o. Mariusz Płuciennik, karmelita z Woli Gułowskiej.
W tych słowach nie byłoby niczego zaskakującego i niezwykłego, gdyby nie kontekst, w jakim wypowiedział je w czasie naszej rozmowy. Już na jej początku przytoczył bowiem sytuację, z którą spotkał się nie po raz pierwszy.
„Zdarza się, że przychodzą ludzie ze szkaplerzem w ręku i proszą o jego poświęcenie. Tłumaczą: „Ojcze, to do trumny. Chcę przygotować wszystko, co będzie potrzebne po mojej śmierci, żeby rodzina miała wszystko pod ręką, gdy trzeba będzie mnie pochować. Zależy mi, by włożyli mi ten szkaplerz na ostatnią drogę”. Pytam wtedy, czy zostali oficjalnie przyjęci do szkaplerza karmelitańskiego. Najczęściej słyszę: „Nie, ale ten szkaplerz przyda mi się do trumny”. Tłumaczę, że to nie ma sensu. Szkaplerz jest przeznaczony dla żywych i tylko za życia. Spełniając konkretne warunki, można korzystać z przywilejów, które są z nim związane. To nie element dekoracyjny, dodatek ani amulet” – wyjaśnia o. Mariusz.
Ponad 700 lat temu…
Tradycja szkaplerza karmelitańskiego sięga 1251 r. Jego źródłem są objawienia Matki Bożej, jakich dostąpił św. Szymon Stock, generał Zgromadzenia Braci NMP z Góry Karmel. Otrzymał tę wizję w czasie, gdy zakon, do którego należał, przeżywał ogromne trudności, a jego dalsze istnienie stanęło pod znakiem zapytania. Po gorących modlitwach do Maryi ujrzał Ją na własne oczy. Matka Boża, wskazując na część jego habitu (długi wierzchni płat materiału spływający na piersi i plecy), powiedziała: „Umiłowany synu! Przyjmij Szkaplerz Twojego Zakonu. Przywilej dla ciebie i Karmelitów. Kto w nim umrze, to jest w Szkaplerzu, nie zazna ognia wiecznego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Szkaplerz został później zatwierdzony przez Stolicę Apostolską. Dziś ma postać dwóch małych brązowych płatków materiału z wizerunkami Maryi i Serca Jezusa, połączonych sznureczkami, lub również metalowego medalika.
Wielka obietnica
Ze szkaplerzem wiążą się określone warunki i przywileje. „Powinien być przyjęty w formie płóciennej, ale potem można go zastąpić medalikiem. Obie formy są równoważne. Nałożyć go może karmelita albo każdy inny kapłana. Kolejnym ważnym obowiązkiem jest jego noszenie. Nie można przyjąć szkaplerza, a potem schować do szuflady lub do portfela. Mamy go nosić na sobie. Ostatnio odkryłem małą książeczkę z nowenną ku czci Matki Bożej Szkaplerznej, wydaną we Lwowie w 1937 r. Przypomniano w niej, że w 1322 r. Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII i przyrzekła, że „wyzwoli z czyśćca zaraz w pierwszą sobotę po śmierci te dusze, które za życia były wpisane do tego Szkaplerza, nosiły go przez całe życie i mając go na sobie, zeszły z tego świata” – cytuje o. Mariusz.
To tzw. „przywilej sobotni”. Został on zatwierdzony przez Kongregację Świętego Oficjum w 1613 r.
W zasięgu wzroku
„Jeśli ktoś przyjął szkaplerz, ale przez długi czas go nie nosił, powinien uroczyście przyjąć go ponownie. W przeciwnym razie traci związane z nim przywileje. Tak napisano w książeczce, o której już wspominałem – dodaje zakonnik.
Rozmawiając o obowiązku noszenia szkaplerza, wspomina dwa wyjątkowe świadectwa.
„Blisko naszego klasztoru w Woli Gułowskiej działa dom pomocy społecznej. Sprawujemy opiekę duchową nad jego podopiecznymi. W tym gronie jest pewna starsza pani, przykuta do łóżka, która przyjęła szkaplerz jeszcze w młodości. Dziś jest unieruchomiona. Poprosiła, by zawiesić go na wieszaku od kroplówki, tak by mogła na niego patrzeć w każdym momencie. Chciała, by był w zasięgu wzroku. Za każdym razem, gdy udzielam jej Komunii Świętej, widzę z jaką wiarą na niego spogląda” – opowiada zakonnik.
Potem wspomina Maćka, 20-letniego chłopaka, który przyjął szkaplerz w marcu ubiegłego roku. On również jest przykuty do łóżka.
„Nie porusza ani rękami, ani nogami, przestał już mówić, porozumiewa się tylko za pomocą mowy niewerbalnej, np. prze mrugnięcie okiem. Oddycha za niego respirator. Po przyjęciu szkaplerza nosił go na sobie, ale potem, ze względu na aparaturę medyczną, został on zawieszony przy obrazie nad jego łóżkiem. Ostatnio Maciek poprosił mamę, by ponownie nałożyła mu ten znak opieki Maryi na piersi” – mówi o. Mariusz.
Nosić i działać
Przyjęcie szkaplerza karmelitańskiego wiąże się z konkretnymi zobowiązaniami. - Papież Pius XII mówił: „Szkaplerz święty jest rzeczywiście znakiem i gwarancją szczególnej opieki Najświętszej Dziewicy, ale niech nikt nie sądzi, że nosząc tę szatę, można oddać się opieszałości serca i obojętnym duchem czekać na zbawienie”. Osoby, które go przyjęły, powinny naśladować cnoty Maryi i szerzyć Jej cześć oraz również troszczyć się o bliźnich. Dodatkowo każdego dnia należy modlić się wybraną modlitwą za wszystkich noszących szkaplerz. Zazwyczaj zachęca się, by w tym celu odmawiać Pod Twoją obronę” – wskazuje karmelita.
Dodaje, że mamy naśladować Matkę Bożą zgodnie z naszym powołaniem i stanem życia, kierując się Słowem Bożym.
„Codzienne odmawianie Pod Twoją obronę traktuję zarówno jako obowiązek, jak i przywilej. Modlę się za miliony osób, które przyjęły szkaplerz, a one za mnie. Świadomość bycia otoczonym tym ogromnym wieńcem modlitwy daje mi wiele radości, otuchy i siły. Szkaplerz łączy nas w jedną rodzinę – jednoczy konsekrowanych i świeckich” – zauważa o. Mariusz.
Owocne nawiedzenie
Na zakończenie o. M. Płuciennik przywołuje świadectwo kobiety, która nawróciła się dzięki pielgrzymce do sanktuarium w Woli Gułowskiej. Trzy miesiące po jego nawiedzeniu przesłała świadectwo do oo. karmelitów.
„Przybyła do nas z grupą pątników ze swojej parafii. Nie spodziewała się po tym wyjeździe niczego szczególnego. Ktoś zaproponował jej udział w pielgrzymce, a ona po prostu dała się namówić. Jak napisała, miał to być jedynie odpoczynek od codziennych obowiązków. Na miejscu poczuła jednak potrzebę spowiedzi. Przyznała, że wcześniej przystępowała do niej co kilka miesięcy albo raz na pół roku. W konfesjonale usłyszała, że powinna zmienić swoje życie. Spowiednik zachęcił ją, by nie wyjeżdżała z Woli Gułowskiej bez konkretnej decyzji o nawróceniu. To była odpowiedź na to, o czym opowiedziała przy kratkach konfesjonału. Wyznała również, że pracuje w sklepie, a środowisko, w którym się obraca, ma na nią zły wpływ. Wspomniała także o swoim uwikłaniu w ezoterykę. Coraz częściej opuszczała niedzielną Mszę św., a w rodzinie zaczęły pojawiać się konflikty. Dopiero w sanktuarium zrozumiała, że wraz ze zmianą pracy weszła w przestrzeń, w której zabrakło Boga” – opowiada karmelita.
Podczas pielgrzymki przyjęła szkaplerz, choć nikt jej do tego nie namawiał. W drodze przypomniała sobie tajemnice Różańca, którego od dawna nie odmawiała. Po powrocie zrezygnowała z pracy i znalazła nowe zatrudnienie. Zaczęła codziennie modlić się na różańcu. „Napisała, że to właśnie szkaplerz dał jej odwagę do wprowadzenia tych zmian. W świadectwie wyznała: „Wiem, że Maryja jest przy mnie. To Ona pomogła mi postawić wszystko na jedną kartę” – przytacza o. Mariusz.
Nic nie tracisz!
O. Płuciennik przyznaje, że zainteresowanie szkaplerzem rośnie. „W ubiegłym roku w naszym sanktuarium przyjęło go ponad 600 osób. Często jestem zapraszany przez księży z diecezji siedleckiej do głoszenia rekolekcji i kazań poświęconych szkaplerzowi. Podczas tych spotkań przyjmuje go bardzo wielu ludzi. O jego wielkiej wartości dowiadują się również z artykułów publikowanych w „Echu Katolickim”. Wiem o tym, bo mówią mi o tym” – zaznacza zakonnik.
Podkreśla, że świadomie przyjęty i noszony szkaplerz prowadzi do sakramentów, szczególnie do spowiedzi i Eucharystii. „Jeszcze raz chcę podkreślić: to nie jest „nabożeństwo do trumny”. Jak wypełnić związane z nim obietnice, jeśli otrzymamy go dopiero po śmierci? Zawsze powtarzam: przyjmując szkaplerz, niczego nie tracisz, a możesz bardzo wiele zyskać. Jestem o tym przekonany także z własnego doświadczenia. Noszę szkaplerz od 21 lat. Przez ręce Maryi otrzymałem w tym czasie bardzo wiele” – podsumowuje o. Mariusz.
Źródło: Echo Katolickie 28/2026