Pięćdziesiąt lat temu Liban można było porównać do Paryża, a jedynie niektóre napisy na afiszach pozwalały się zorientować, że nie jest to Europa. Luksusowe banki, stabilna demokracja i ulice tętniące życiem były codziennością. Dzisiaj Republika Libanu jest krajem, w którym ojciec z synem napadają na bank, by odzyskać własne oszczędności niezbędne do operacji dziecka. O dramacie kraju pogrążonego w kryzysie opowiada ks. Jan Żelazny – fizyk, patrolog, dyrektor Sekcji Polskiej Pomocy Kościołowi w Potrzebie.
Upadek Libanu nie nastąpił z dnia na dzień. Był to proces, który ks. Żelazny porównuje do efektu gotującej się żaby. „Chociaż kryzys ekonomiczny 2008 roku, z powodu odmiennego systemu bankowego nie dotknął Libanu, to początkiem schyłku była wojna w Syrii i masowa migracja” – mówi dyrektor Sekcji Polskiej Pomoc Kościołowi w Potrzebie. W wyniku wojny w Syrii Liban musiał zmierzyć się z migracją sięgającą czterech milionów osób. Udzielona Syryjczykom pomoc pozwalała im decydować się na pracę za bardzo niskie kwoty. Niestety pierwotna radość z niższej ceny świadczonych usług, przerodziła się w gorzki smutek spowodowany wyparciem z rynku pracy Libańczyków. Oni, nie mając zapewnionego utrzymania, nie mogli sobie pozwolić na tak niskie stawki.
Dramatyczne wybory
„Proszę sobie wyobrazić – mówi ks. Jan – że około 5 lat temu dwóch mężczyzn: ojciec i syn, napadło na bank, ponieważ chcieli odzyskać własne oszczędności potrzebne do operacji dziecka z ich rodziny. Ten kryzys trwa nadal”.
Wiele rodzin nie jest w stanie utrzymać się wyłącznie z pracy podejmowanej w Libanie. „Obecna sytuacja Libańczyków przypomina sytuację naszego społeczeństwa z początku lat 2000, kiedy to wiele rodzin żyło z pieniędzy przysyłanych z zagranicy” – porównuje kapłan.
Innym problemem, z którym mierzy się społeczeństwo jest depresja mężczyzn spowodowana niemożliwością utrzymania przez nich rodziny. „W kulturze Libanu to mąż i ojciec powinien utrzymać rodzinę, a jak ma to zrobić 50 letni rolnik, którego wysiedlono z gospodarstwa i przeniesiono na północ kraju? Jak on ma sobie poradzić?” – pyta się ks. Żelazny.
Jaka pomoc jest potrzebna?
Ks. Jan Żelazny w swojej działalności humanitarnej wykorzystuje nietypowe narzędzie – wykształcenie z zakresu fizyki doświadczalnej. Jak sam przyznaje, fizyka nauczyła go dzielenia problemów na małe kawałki i rozwiązywania ich po kolei, co pozwala mu nie poddawać się w sytuacjach pozornie bez wyjścia.
Duchowny ostrzega również przed „nierozważną pomocą”. Zwraca uwagę na błędy, takie jak dostarczanie żywności tam, gdzie nie ma możliwości jej ugotowania, i podkreśla, że pomoc powinna być impulsem do odzyskania normalnego życia.
Komentarz do Ewangelii pisany życiem
Pomimo kryzysu, 300 000 chrześcijan znalazło schronienie u współwyznawców. Dla wyznawców Islamu był to czytelny znak wzajemnej troski. Ks. Jan Żelazny opisuje spotkanie z muzułmanką, która podzieliła się swoim świadectwem. Kobieta, widząc duchownego pod koloratką, wyznała: „Ojcze, ja wasz Kościół noszę w sercu. Byliście jedynymi, którzy przyszli nam pomóc. Nie dostaliśmy tej pomocy od naszych współbraci, a dostaliśmy ją od was. Zazdroszczę tego, że potrafiliście swoich współwyznawców przyjąć do domu. Pokazaliście mi, co to znaczy wzajemnie się miłować”. Noszę w sobie te zdania do dziś, ponieważ jest to komentarz do Ewangelii św. Jana pisany życiem. Dodatkowo jest to komentarz muzułmanki – podkreśla kapłan.
Twarze nadziei
Pomimo, że Izrael prowadzi konflikt z Hezbollahem, to niestety ofiarami zostają zwykli Libańczycy. Jednak nawet w tej trudnej sytuacji znajdują się ludzie stający w obronie niewinnych. Ks. Żelazny spytany o osoby niosące nadzieję w Libanie bez dłuższego zastanowienia wymienia imiona i dokonania niektórych z nich.
Pamiętam siostrę Marię – mówi kapłan – która stawiła czoła oddziałowi Hezbollahu! Pomimo niskiego wzrostu wybiegła do nich z jakimś czerpakiem i wykrzyczała: „Chcieliście wojny z Izraelem, to teraz walczcie. Nie chowajcie się pod spódnicami swoich żon. Zostawcie je tutaj, a wy idźcie stąd”
Inną osobą przywołaną przez polskiego księdza jest ksiądz Fedi, który pomimo dramatycznej sytuacji spowodowanej zniszczeniem gajów oliwnych oraz systemu studni pozostał ze swoją wspólnotą. „Są tam razem, wspólnie uprawiają ziemię i próbują przywrócić normalność” – mówi ks. Żelazny.
Warto również dodać, że wizerunkami nadziei w Libanie są również twarze Polek i Polaków wspierających swoimi datkami potrzebujących. Dyrektor Sekcji Polskiej PKWP zapowiada m.in. zakup solarów słonecznych na dach klasztoru sióstr Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Harissie. Siostry przyjęły do siebie uchodźców wewnętrznych z południa Libanu - 41 osób (14 rodzin z małymi dziećmi), których domy zostały zniszczone w czasie działań wojennych. W Libanie nie ma stałych dostaw prądu, a przy tylu osób zapotrzebowanie jest duże, natomiast paliwo do generatorów jest bardzo drogie.
Kolejnym projektem jest sprzedaż mozaik wykonywanych własnoręcznie przez ks. Józefa Derghama oraz jego parafian. Oprócz planowanych akcji pomocowych, wiele z nich już się odbywa. Wystarczy wspomnieć o seminarium duchownym, gdzie alumni modlą się w języku Jezusa, a które jest utrzymywane właśnie przez Sekcję Polską PKWP.
W opowieściach ks. Jana Żelaznego Liban nie jest jedynie krajem pogrążonym w kryzysie. To miejsce, w którym obok ruin, biedy i ludzkiej desperacji wciąż można spotkać ludzi gotowych ryzykować dla innych, dzielić się ostatnim kawałkiem chleba i pozostać tam, skąd wielu już uciekło. To oni – cisi bohaterowie codzienności – sprawiają, że nawet w cieniu katastrofy nie gaśnie nadzieja.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.