Jak radzić sobie w czasie wojny? Życie w parafii św. Jana Pawła II we Lwowie

„Nie wiadomo, kiedy i co spowoduje zakończenie wojny w Ukrainie, robimy wszystko, aby godnie ją przetrwać i mimo wszystko myślimy perspektywicznie” – zapewnia ks. Grzegorz Draus, proboszcz parafii pw. św. Jana Pawła II w podlwowskich Sokolnikach. Na jej terenie znajduje się Centrum im. Jana Pawła II, które od początku rosyjskiej agresji stało się domem dla 80 uchodźców, wśród których są rodziny Romów.

Parafia jest miejscem symbolicznym, upamiętnienia św. Jana Pawła II, który po drugiej stronie ulicy Stryjskiej, na lwowskim hipodromie odprawił Mszę św. w 2001 r., w której uczestniczyło blisko 1,5 mln wiernych. Było to jak dotychczas największe zgromadzenie ludzi w jednym miejscu w historii Ukrainy. „Stąd jest siedemset metrów do miejsca, gdzie na hipodromie stał ołtarz. Przed kościołem jest krzyż, wokół którego zbierała się na modlitwie grupa wiernych modląca się w intencji budowy świątyni. Dzięki amerykańskim katolikom kupiliśmy działkę i w 2016 r. postawiliśmy kaplicę. Po dwóch latach ruszyła budowa kościoła” – opowiada ks. Grzegorz Draus pochodzący z lubelskiej parafii pw. Niepokalanego Serca Maryi na Poczekajce. Przez 11 lat pracował w Równem. Jest też naczelnym rzymskokatolickim kapelanem więziennictwa w Ukrainie.

W czerwcu 2017 r. sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Pietro Parolin poświęcił teren pod budowę kościoła i kamień węgielny. W trzy lata później, w ramach 100-lecia urodzin papieża Polaka, kościół i Centrum Jana Pawła II poświęcił jałmużnik papieski kard. Konrad Krajewski.

Na niedzielnych Mszach św. jest ok. 250 wiernych, głównie z okolicy. Parafia znajduje się w Sokolnikach, 50 metrów od granicy miasta. Sokolniki się rozrastają, powstają nowe osiedla i domy. „Dzisiaj nie jest tak, że dzwon na kościele zacznie bić i ludzie przyjdą do nas. Trzeba poprzez różne działania dotrzeć do ludzi. I tak przy parafii działa Europejskie Rodzinne Centrum «Tradycja». Wzoruje się ono na podobnym ośrodku działającym od lat w parafii św. Piotra i Pawła II w Równem. Tam grupa pedagogów i rodziców, wzięła przykład z kursów prowadzonych przez Polskie Towarzystwo Pedagogów i Animatorów «KLANZA» z Lublina i prowadziła zajęcia dla dzieci opierając się na metodyce pedagogiki zabawy. Podejmujemy różne działania aktywizujące dzieci. Nie robimy jakiegoś przedszkola tylko popieramy tych, którzy sami w domu uczą dzieci. W zajęcia zaangażowanych jest dziesięciu nauczycieli. Program zajęć obejmuje: przygotowanie dzieci do szkoły trzy razy w tygodniu, przed południem, Szkołę ABC dla dzieci uczęszczających do przedszkoli, zajęcia językowe, plastyczne i logopedyczne. Najbardziej rozwijającym się programem jest «Mama i maleństwo razem» dla dzieci w wieku 2-3 lata, które pozostają z mamami w domu. Nasze działania są podobne do funkcjonowania żołądka, im więcej jesz tym bardziej żołądek się rozszerza. I tak jest u nas, pomału nasza aktywność staje się coraz bardziej dynamiczna i się poszerza” – mówi ks. Draus.

Duchowny jest także dumny z tego, że wśród wiernych tak niewielkiej parafii są młode małżeństwa mające od czwórki do ośmiorga dzieci. „Mój kolega, proboszcz z Polski powiedział mi, że w jego parafii na trzy tysiące wiernych nie ma prawie małżeństw z trójką i większą liczbą dzieci” – mówi ks. Draus.

Zaznacza, że na początku nikt nie wierzył, że wojna wybuchnie. „Ale już pierwszego dnia rosyjskiej agresji ludzie zaczęli przyjeżdżać. Drugiego dnia pytano się, czy przyjmiemy ośmioro uchodźców. Odpowiedziałem, że tak. Mamy jeden pokój gościnny. Wziąłem wszystkie pieniądze jakie miałem i kupiłem jedzenie. Później zaczęła napływać coraz większa pomoc finansowa, za którą kupiliśmy materace i inne rzeczy. Następnie jedna z parafianek zapytała telefonicznie się, czy możemy coś wysłać na granicę z Polską dla uchodźców ponieważ tam opiekuje się nimi. Wzięliśmy samochód i pojechaliśmy” – wspomina ks. Draus.

Zauważa, że największe problemy są transportami do Charkowa i innych miejsc na wschodzie Ukrainy, gdyż wiąże się to z dużymi kosztami za przewóz. „Nie robimy zapasów u siebie. Jak ktoś jedzie np. do Charkowa to pytamy się ile ma miejsca w samochodzie i jeśli jest to uzupełniamy je tym czym dysponujemy” – zaznacza kapłan.

Przez parafię i Centrum Jana Pawła II od lutego przewinęło się ok. pięć tysięcy uchodźców. „Niektórzy nawet nie nocowali. Przyjechali, zjedli coś, ogrzali się i jechali dalej. Wśród osób obecnie przebywających w większości są to ci, którzy nie mieli siły wyjechać za granicę” – zaznacza ks. Draus.

Wśród uchodźców znajduje się wielopokoleniowa rodzina z Charkowa. 85-letnia nestorka rodu, pamiętająca okupację niemiecką, powiedziała, że niestety obecne cierpienia mieszkańców bombardowanego miasta są dużo większe. Z kolei młode małżeństwo przyjechało do Lwowa na początku wojny, kobieta była już w ciąży. „We Lwowie urodziło się im dziecko, stając się symbolem życie silniejszego od śmierci i wojny” – zaznacza kapłan.

Wśród uchodźców jest grupa Romów, którzy pochodzą z terenów okupowanych lub najbardziej niszczonych, jak Charków. „Gdy zaczęli tu mieszkać to przekazali to innym romskim uciekinierom. Rozdzwoniły się telefony ponieważ myślano, że tu można po romsku mówić. Co ciekawe nie nazywają siebie Romami, lecz Cyganami i niepoprawności tu nie ma” – mówi ks. Draus.

W Centrum zorganizowano pełnoprawną I Ogólnokształcącą Romską Szkołę „Alaw”, która jest afiliowana do szkoły w pobliskiej Hodowicy, miejscowości znanej z kościoła Wszystkich Świętych, perły lwowskiej architektury z rzeźbami Jana Pinasela, nazywanego „Michałem Aniołem Baroku”, który niestety popada w ruinę.

Nauka odbywa się siłami pedagogów z parafii. Nazwa „Alaw” w języku ukraińskich Romów oznacza „słowo”. Uczniowie pochodzą z tymczasowo okupowanych miejscowości na Donbasie i z Charkowa. Szkoła jest szansą dla zaniedbanych w nauce dzieci, dzięki małym grupom i intensywnej opiece. Również dorośli podjęli naukę czytania i pisania. Szkoła nie otrzymuje państwowego finansowania. Zeszyty, przybory, szkolne ubrania oraz tradycyjne uroczyste wyszywanki zostały zebrane przez grupę przyjaciół oraz pracowników przedsiębiorstwa PPH PARYS. Szkołę wspomogła też przemyska Caritas oraz restauracja „Europa” i jej właściciel Zbigniew Cholewa z Oświęcimia. Ostatnio otrzymała finansową dotację z Caritas Archidiecezji Poznańskiej, która jest przeznaczona na pensje dla nauczycieli. Dyrektorem szkoły jest doświadczona pedagog, założyciel Chrześcijańskiego Teatru „Emmanuel” im. Karola Wojtyły, Żanna Goraj. W programie szkolnym jest też katecheza. „Wszyscy mieszkają na miejscu. W sumie jest to ok. osiemdziesięciu osób. Jest jedna sala dla starszych a reszta dla rodzin z dziećmi. Jest kilka małżeństw. Kilku ojców rodzin pracuje na budowie klasztoru albertynek w Lwowie” – mówi ks. Draus i z satysfakcją podkreśla, że ostatnio chrzest św. przyjęło m. in. kilkoro romskich dzieci jednej rodziny, w wieku od roku do dwunastu lat. Ochrzczonym został m. in. ósmy syn innej romskiej rodziny, już urodzony we Lwowie. Kolejnych dwudziestu dorosłych i dzieci przygotowuje się do przyjęcia sakramentów.

Niedługo przy parafii z inicjatywy amerykańskiej fundacji powstanie namiot, gdzie będą gotowane obiady dla uchodźców mieszkających w Centrum, w niedalekim klasztorze benedyktynek, z innych ośrodków oraz potrzebujących. Fundacja może dziennie zrobić nawet tysiąc posiłków. Będzie to największa jadłodajnia we Lwowie.

Pomoc dla uchodźców wspierają wolontariusze. „Na początku było ich dwudziestu. Niektórzy brali ubrania do prania do siebie i robili posiłki. Później część obowiązków na siebie wzięli nasi parafianie. Dwa, trzy razy w tygodniu włoska grupa medyków udziela porad i prowadzi szkolenia z zakresu udzielania pierwszej pomocy” – relacjonuje ks. Draus.

Pomoc materialną i finansową dla uchodźców parafia dostaje głównie od Caritas Spes Ukraina. Mieszkający gdzie indziej uchodźcy przychodzą też po paczki żywnościowe, które znajdują się w dużym magazynie. Ich pakowaniem zajmują się wolontariusze. „To jest ciężka praca” – zaznacza ks. Draus. Paczki wysyłane są też do innych miast. Z parafii wyjechała jak dotychczas ok. dwustu transportów, głównie na wschód kraju. „Jeszcze w kwietniu swoimi samochodami woziliśmy pomoc do Buczy, Irpienia, całkowicie zniszczonej wioski obok Czernichowa” – mówi ks. Draus dodając: „Moim ideałem jest pusty magazyn”.

Wśród najpilniejszych potrzeb wymienia lekarza wolontariusza z pielęgniarką, choćby na kilka tygodni. „W takim skupisku ludzi to jest niezbędne” – zaznacza kapłan. Ponadto potrzeba długoterminowej żywności. Parafia ma już generator prądotwórczy, więc potrzeba paliwa, a raczej pieniędzy na paliwo. Godzina jego pracy to koszt, w przeliczeniu, ok. 150 zł.

Większość uciekinierów naprawdę nie ma dokąd wrócić. „Chcielibyśmy kupić ziemię i metodą kanadyjską i wybudować choć kilka domów” – marzy ks. Draus i dodaje: „Nie wiadomo, kiedy i co spowoduje zakończenie wojny, robimy wszystko, aby godnie ją przetrwać i mimo wszystko myślimy perspektywicznie”.

Proboszcz ciszy się, że we Lwowie w niedalekiej przyszłości odbędzie się spotkanie Wspólnoty z Taizé, co obiecał mu brat Benoit, podczas odwiedzin w maju.

Marcin Przeciszewski i Krzysztof Tomasik (KAI) / Lwów

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama