reklama

George Weigel: Robert Kennedy Jr w roli ministra zdrowia to narodowa hańba

Opieka zdrowotna w USA zorganizowana jest zupełnie inaczej niż w Polsce. Niewątpliwie jednak jedno nas łączy w ostatnich latach: brak szczęścia, jeśli chodzi o personalia osób zarządzających systemem tej opieki. George Weigel nie waha się wręcz nazwać nominacji R.F. Kennedy’ego narodową hańbą.

MG

dodane 28.02.2025 12:03

Skąd taka surowa opinia? Weigel ma na myśli zarówno osobiste przymioty nowego szefa amerykańskiego Departamentu Zdrowia, jak i jego kompetencje zawodowe.

Jeśli chodzi o cechy osobiste i umiejętność poruszania się w świecie polityki, można powiedzieć, że nazwisko Kennedy zobowiązuje w USA. Tymczasem od R.F. Kennedy’ego juniora odcina się jego własna rodzina. Świadczy o tym m.in. druzgocący list wysłany przez jego kuzynkę Caroline (córkę zmarłego prezydenta Kennedy'ego) do każdego senatora. To coś naprawdę niezwykłego w przypadku rodziny Kennedy, która jak dotąd stała murem za swoimi członkami i – jak zauważa Weigel – powinno to być ostrym światłem alarmowym.

Wystąpienie samego Roberta Keneddy’ego podczas przesłuchania zatwierdzającego go w roli szefa departamentu potwierdziło to, co najgorsze. Okazał się aroganckim bufonem, kompletnie niezdolnym do radzenia sobie z krytycznymi uwagami, nieumiejącym udzielić merytorycznej odpowiedzi.

Poważna debata medyczna kontra osobiste korzyści

Charakter to jedno. Można by ścierpieć trudnego w obyciu polityka, gdyby cechował się innymi kompetencjami. Tymczasem w przypadku Roberta Kennedy’ego mamy pokaz medycznej ignorancji. Warto tu zaznaczyć, że sam Weigel nie był i nie jest entuzjastą amerykańskiej polityki zdrowotnej z czasu pandemii, uosobionej przez doktorów Fauci’ego i Collinsa. Przyznaje, że 

„Antyszczepionkowe pasje odzwierciedlają upadek zaufania do tradycyjnych zawodów zaufania publicznego, częściowo spowodowany tym, że niektórzy ich przedstawiciele stają się snobistyczni, autorytarni i «przebudzeni»”.

Uważa jednak podejście obecnego szefa Departamentu Zdrowia za coś jeszcze gorszego i groźniejszego. Kwestionowanie skuteczności szczepień przeciw COVID (podobnie jak krytyka procedur medycznych związanych z masowymi szczepieniami, bez zwracania uwagi na możliwe skutki uboczne u poszczególnych osób) ma rację bytu, ale podważanie skuteczności szczepień w ogóle – to coś zupełnie innego.

„Kennedy, wbrew trzem dekadom dowodów naukowych zebranych w różnych specjalnościach akademickich w badaniach przeprowadzonych w kilku krajach, twierdzi, że szczepionki dla dzieci są powiązane z autyzmem”.

W związku z tym propaguje odejście od szczepień, co grozi powrotem chorób, które od wielu dziesięcioleci zostały niemal całkowicie wymazane z kart pacjentów. Weigel zatytułował swój felieton: „Ponowne wkładanie Amerykanów w żelazne płuca” – co jest aluzją do choroby Heine-Medina (polio), która trapiła ludzkość przez wiele pokoleń, okaleczając młodych ludzi do tego stopnia, że wielu z nich, aby przeżyć, musiało być umieszczane w specjalnym urządzeniu do oddychania, zwanym „żelaznym płucem”. Dziś mało kto o tym pamięta. Rezygnacja ze szczepień może oznaczać, że Ameryka zmuszona będzie kolejny raz powrócić do tego wynalazku.

Głoszenie poglądów antyszczepionkowych w social mediach stało się obecnie dość modne. Co innego jednak, gdy tego rodzaju posty zamieszcza „pani Janina z Pcimia”, a co innego, gdy poglądy takie przedstawia sekretarz ds. zdrowia. Według Weigla jest to skrajna nieodpowiedzialność:

„Nieodpowiedzialne, nakierowane na własny zysk kampanie antyszczepionkowe Kennedy'ego już zwiększyły prawdopodobieństwo, że niektóre grupy Amerykanów będą mniej zdrowe, a zdrowie publiczne (które jest wystarczająco złe) ulegnie dalszemu pogorszeniu. Rozważmy możliwe skutki, gdy dzieci nie są szczepione przeciwko takim chorobom, którym można zapobiec, jak polio (niewydolność oddechowa; trwały paraliż, częściowy lub całkowity); odra (zapalenie mózgu, powodujące trwałe uszkodzenie mózgu w jednej czwartej przypadków; „amnezja immunologiczna”); świnka (bezpłodność i nabyta głuchota); wirusowe zapalenie wątroby typu A (niewydolność wątroby, czasami wymagająca przeszczepu); wirusowe zapalenie wątroby typu B (przewlekła choroba wątroby, niewydolność wątroby, rak wątroby); tężec, błonica i ospa (wszystkie mogą powodować śmierć lub, w przypadku osób, które przeżyły ospę, znaczne blizny)”.

Weigel nie wchodzi tu w debaty medyczne na temat skuteczności konkretnych szczepionek (a jest tu szerokie pole do dyskusji!), wskazuje jedynie na zagrożenie płynące z nieodpowiedzialności polityka, który neguje wszystkie szczepienia en masse.

Polityk powie to, co chcą usłyszeć wyborcy

Równie poważnym problemem senatora Keneddy’ego jest jego chwiejność, jeśli chodzi o obronę życia. Można wręcz powiedzieć, że mówi to, co konkretni wyborcy chcą usłyszeć, żeby potem wycofać się z tego, co powiedział. Dziwi więc naiwność katolickich i pro-liferskich wyborców, którzy dają się nabierać na puste deklaracje. Weigel pisze o niezrozumiałej gotowości tych środowisk do akceptacji „zmiękczonego” pro-life, które prezentuje obecnie Partia Republikańska. Jest to:

„wycofanie, które ilustruje platforma partyjna zachęcająca do zapłodnienia in vitro (dzięki której około 1,5 miliona maleńkich ludzi żyje obecnie w kriogenicznym zawieszeniu animacji) oraz JD Vance popierający łatwy dostęp do „pigułki aborcyjnej” Mifepristone. To, że platforma Partii Demokratycznej i jej kandydaci byli o rzędy wielkości gorsi, nie może usprawiedliwiać liderów pro-life kłaniających się tym, którzy właśnie ich oszukali”.

Polityka nie może oznaczać relatywizacji i rezygnacji z wartości

Otóż to! Niestety wielu katolików i pro-liferów daje się nabrać na Bismarckowskie hasło „polityka jest sztuką tego, co możliwe” – w tym sensie, że trzeba głosować na mniejsze zło i rezygnować z obrony wartości, które rzekomo byłyby niemożliwe do zrealizowania. To kłamstwo, często powtarzane przez oportunistycznych i populistycznych polityków, które trzeba stanowczo odrzucić. Dużo lepiej byłoby przyjąć wersję Vaclava Havla: „polityka nie jest sztuką tego, co możliwe, lecz tego, co niemożliwe”!

Dla Weigla poparcie udzielone przez pro-liferskie organizacje Kennedy’emu to dopełnienie ich procesu samozagłady.

„Podpisanie się pod zatwierdzeniem Kennedy'ego – bezwstydnego, nieskruszonego zwolennika zgody na aborcję przez dziesięciolecia – prawie zakończyło proces samozagłady. Niezależnie od kroków podjętych przez administrację w celu uwolnienia rządu federalnego od ideologii gender i „transpłciowości”, prawdopodobnie zawiodą wszelkie nadzieje na miejsce przy stole w dyskusjach Departamentu Zdrowia, na które mogli mieć liderzy organizacji pro-life. Raz utracona polityczna dźwignia zakotwiczona w mocnym trzymaniu się zasad jest trudna do odzyskania”.

Te słowa należałoby wydrukować wielkimi literami i zawiesić w biurze każdej organizacji pro-life: „Jeśli zrezygnujesz z trzymania się zasad dla doraźnych korzyści politycznych, utracisz wiarygodność i moc oddziaływania”. Warto o tym pamiętać nie tylko w kontekście nominacji R.F. Kennedy’ego.

Źródło: www.georgeweigel.com

1 / 1

reklama