„Broniłem się. Doświadczyłem podwójnego powołania. Dlatego stawiałem opór, a potem kiedy zrozumiałem jego sens, przestałem się buntować” – notował hiszpański święty, który zainicjował powstanie jednej z najważniejszych współczesnych wspólnot w Kościele.
Kiedy św. Josemaría Escrivá pewnego razu miał wizję, w której otrzymał zbawienną odpowiedź na dręczące pytanie: „czego oczekujesz ode mnie Panie?”, była ona dla niego absolutnym zaskoczeniem, czymś, co jemu samemu nigdy nie przyszło do głowy: załóż organizację w Kościele o niewiadomej jeszcze strukturze, która będzie przeznaczona dla „wielkich rzesz ludu Bożego”, w pierwszym rzędzie dla osób świeckich, aby pomóc im w dojściu do Boga – a nawet, jakkolwiek zuchwale i nieprawdopodobnie by to brzmiało, do świętości – poprzez zwykłą pracę i wypełnianie codziennych obowiązków. Inaczej mówiąc, załóż Opus Dei! Początkowo sprzeciwiał się temu wezwaniu.
„Opierałem się temu, jak tylko mogłem – wspominał. – Broniłem się. Doświadczyłem podwójnego powołania: pierwszego na początku drogi, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, o co chodziło. Dlatego stawiałem opór, a potem [...] kiedy zrozumiałem jego sens, przestałem się buntować”.
Wezwanie z góry
Początków jego życiowego dzieła, Opus Dei, i jednocześnie jego świętości nie można odnaleźć w młodzieńczych doświadczeniach ani w życiu duchowym czy zainteresowaniach. Kilku jego wujów było w tym czasie księżmi, w jego środowisku nie było to zatem czymś niezwykłym, ich przykład nigdy go jednak nie inspirował.
W późniejszym czasie z łatwością można było stwierdzić, że posiadał wprawdzie cechy i predyspozycje do realizowania zadania, które zostało mu powierzone, jednak on sam nigdy do niego nie dążył i sam nigdy by tej drogi nie wybrał. Sprawa przedstawia się całkiem prosto. Zaledwie szesnastoletni chłopiec zostaje, jak współczesny Dawid „zabrany spośród owiec”, to znaczy nagle wyrwany ze zwykłej codzienności i, aby jeszcze raz podkreślić, że inicjatywa ta pochodzi „z góry”, przez dziesięć lat musi pozostawać w niepewności co do swojej misji. I w ciągu tych dziesięciu lat nie myślał o tym, żeby „coś założyć”, dopóki – w 1928 roku, a miał wówczas 26 lat – Bóg mu tego wyraźnie nie objawił. To, co miał zrobić, nie było zgodne z jego pragnieniami, jakkolwiek wielkie i piękne by było. Był to krzyż, który musiał na siebie wziąć, a miał do wyboru tylko dwie drogi: „Drogę Krzyża, wypełniania Woli Boga poprzez założenie Dz. [Dzieła], która to droga poprowadzi mnie do świętości [...] oraz szeroką – i krótką – drogę zatracenia, poprzez wypełnianie mojej własnej woli”. (W czasie, kiedy to sobie zapisał, był młodym, bardzo zapracowanym, żyjącym w cnocie, zdrowym psychicznie księdzem, który na niejednym robił wrażenie świętego). Pozwolił, aby jego drugie i decydujące doświadczenie powołania najpierw przez pewien czas dojrzewało i podzielił się nim jedynie ze swoim kierownikiem duchowym, ojcem jezuitą, który „miał dar rozpoznawania duchów” i nie wątpił w autentyczność tego, co usłyszał. Sam powołany pojął w tej drugiej wizji, jakiej „organizacji” Bóg pragnął (w sensie ideowym, a nie od strony formy, jaką należałoby jej nadać). Bóg miał go wspierać w tym działaniu krok po kroku. Miał co do tego pewność, dlatego zanotował: „nawet gdybym [...] pozostał sam w całym przedsięwzięciu, [...] nie zwątpię w boskość Dzieła ani w jego wprowadzenie w życie!”.
Cały tekst o św. Josemaríi Escrivie przeczytasz tutaj:
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.