S. Teresa Aletheia: kiedy katolicki influencer przynosi więcej szkody niż pożytku...

S.Teresa ze smutkiem zauważa, jak często katolicy działający w mediach dają się zwieść światowemu sposobowi myślenia i wartościowania. Stanowczo zbyt często katolickie kanały są formą autopromocji, a nie prawdziwej duszpasterskiej troski. Zamiast być miłosiernymi Samarytanami, jesteśmy raczej lewitami z ewangelicznej przypowieści, odwracającymi wzrok od potrzebujących naszej pomocy.

S. Teresa Aletheia jest jedną ze współzałożycielek zgromadzenia Sióstr Małej Drogi. Pierwsze kilkanaście lat życia zakonnego spędziła w zgromadzeniu sióstr paulistek, które koncentrowało się na ewangelizacji poprzez media. Choć wydawało się, że prowadzi tam działalność zgodną z duchowymi wskazówkami założyciela, bł. Jakuba Alberione, przez lata dojrzewało w niej przekonanie, że czegoś jednak w tym wszystkim brakuje.

„Moja wczesna praca medialna była kształtowana przez dwa kryteria przewodnie Alberione. By dotrzeć do jak największej liczby osób i robić to skutecznie. Priorytetowo traktowałam to pierwsze, by dotrzeć do jak największej liczby osób, a temu drugiemu poświęcałam mniej uwagi. Z czasem moje internetowe spotkania z osobami doprowadziły mnie do dostrzeżenia większego znaczenia skuteczności w komunikacji, szczególnie w prezentowaniu wiary w sposób rezonujący z dzisiejszym kontekstem kulturowym.  Ta rosnąca świadomość była jednym z wielu czynników, które skłoniły mnie i siostrę Danielle Victorię Lucier do założenia nowej wspólnoty zakonnej, Sióstr Małej Drogi Piękna, Prawdy i Dobra”.

Misja założonego przez nią zgromadzenia skupia się nie tyle na ilości, co na jakości. Siostry uwagę poświęcają tym, do których trudno dotrzeć, którzy czują się słabi, odrzuceni i zranieni. Korzystają przy tym z różnych mediów, starają się jednak unikać w tym wszelkiej światowości i efekciarstwa.

Ostrożne podejście do mediów nie jest niczym nowym w Kościele. Siostra Teresa opisuje to podejście od czasów wynalezienia druku aż do współczesności, wskazując, że ostrożność ta miała głębokie uzasadnienie. Wszelkiego rodzaju technika, choć sama w sobie neutralna moralnie, nie jest jednak neutralna w sensie psychicznego oddziaływania na nas. Możliwości stwarzane przez nowe formy medialne nieraz przerastają nas. Zostajemy niejako zanurzeni w oceanie form i treści, nad którymi nie umiemy zapanować.

„Młodsze pokolenia to ryby pływające w wodzie, którą ledwo rozpoznają jako wodę. Dla nich cyfrowy kontynent nie jest tyle osobną przestrzenią, co rzeczywistością, która teraz zamieszkuje nasze życie i świat, splecioną ze wszystkim. To woda, którą oddychamy.  Dlatego cyfrowa ewangelizacja nie może być postrzegana jedynie jako kolejna forma ewangelizacji. To nowa warstwa rzeczywistości świata. Technologia cyfrowa nie tylko przekształciła komunikację, ale także wpłynęła na to,  jak doświadczamy rzeczywistości, w tym Kościoła. I tak jak ziemia pod Kościołem przesunęła się po wynalezieniu druku i późniejszej reformie, tak obecnie grunt znów się przesunął.”

Problem pierwszy: skandalizujące media

Jednym z przejawów tego osunięcia się gruntu jest zmieniony obraz Kościoła w powszechnej świadomości będący rezultatem stałego nagłaśniania przez media skandali. Oczywiste jest, że media nie zachowują właściwych proporcji, ale chętnie wyolbrzymiają to wszystko, co wzbudza sensację. Fala przypadków kościelnych nadużyć opisywanych szeroko przez media niekoniecznie odzwierciedlała rzeczywistą skalę problemu, wpłynęła jednak bardzo mocno na świadomość społeczną. Na to Kościół zupełnie nie był przygotowany – zauważa s. Teresa.

„Każda dyskusja na temat definicji właściwej roli katolickich influencerów musi zaczynać się od świadomości tego kontekstu. W oczach wielu obecność Kościoła na świecie wiąże się teraz z jego niepowodzeniem w ochronie najbardziej bezbronnych, tych najmniejszych. Każda autentyczna rozmowa o cyfrowej ewangelizacji musi uznać tę rzeczywistość.”

Problem drugi: katolicki celebrytyzm

Negatywny obraz Kościoła w mediach to jednak nie jedyny, a może nawet nie największy problem. Zgodnie z powiedzeniem Marshalla McLuhana, obecnie „samo medium jest przesłaniem”. Rzecz w tym, że forma, w jakiej przekazujemy treści i medium, za pośrednictwem którego je przekazujemy, ma bardzo istotne znaczenie, równie istotne, jak same treści.

„Jeśli więc katolicki influencer korzysta z tych samych platform i strategii co świecki influencer i zachowuje się praktycznie tak samo, to prawdziwy przekaz nie polega [tylko] na tym, co mówi, lecz na tym, jak to mówi. Nie chodzi tylko o to, do ilu osób docierasz czy jakie treści udostępniasz, ale także o to, jak do nich docierasz i co to komunikuje.”

Problem trzeci: wiara to nie marketing

Trudno tworzyć treści na wysokim poziomie, nie mając zaplecza finansowego. Tworząc treści, trzeba utrzymać siebie (i swoją rodzinę czy też zgromadzenie zakonne) i zapewnić odpowiednią strukturę techniczną. Rodzi to jednak konkretny problem: czy naszą główną motywacją jest dzielenie się wiarą, czy raczej religijny marketing. Czy promujemy to, co jest najcenniejsze duchowo, czy raczej to, co ma szansę dobrze się sprzedać.

„Spostrzeżenia McLuhana są tu szczególnie istotne, ponieważ jeśli będziemy używać mediów cyfrowych w sposób stawiający na wyniki, marketing i monetyzację, nawet w dobrych celach, to może to stać się naszym przesłaniem, zamiast treści, które udostępniamy. McLuhan kiedyś twierdził, że często wygłaszamy katechezę tak, jakby to był orzech, który podajemy człowiekowi do połknięcia, nie rozbijając najpierw skorupy. Taki sposób katechizacji, według McLuhana, nie daje ludziom smaku doktryny, lecz każe ją jedynie przełknąć”.

Gdy głównym celem staje się dostarczanie treści jak największej liczbie odbiorców, pojawia się ryzyko, że przekaz wiary zostanie pochłonięty przez medium, które stawia na show, marketing i rozrywkę. Jeśli bezkrytycznie przyjmujemy strategie innych influencerów, możemy sądzić, że głosimy ewangelię, podczas gdy w rzeczywistości możemy zniekształcać zarówno siebie, jak i przesłanie, które chcemy przekazać.

Właściwy kierunek: promować nie siebie, ale Chrystusa

Jeśli mamy rzeczywiście wpływać na innych w duchu ewangelicznym, musimy nauczyć się, jak prowadzić innych do Chrystusa, jak skupiać ich na Chrystusie, a nie na sobie samym.

„W rzeczywistości celebryta z dziesiątkami tysięcy obserwujących i polubień może mniej wpływać na ludzi do Chrystusa niż ktoś z ich bardzo niewielką liczbą. Niektórzy katoliccy influencerzy mają obecnie większy zasięg i widoczność niż ich lokalni biskupi. Z tą mocą wiąże się ogromna odpowiedzialność, by wpływać na innych wiodąc ich ku Chrystusowi. Same wskaźniki nie są wiarygodnym wskaźnikiem tego, czy wpływ jest pozytywny.”

Niedostatek ducha ewangelicznego może dotyczyć zarówno influencerów, jak i tych, którzy sprawują jakikolwiek urząd w Kościele. S. Teresa odwołuje się do spostrzeżeń filozofa Bernarda Prusaka (John Carroll University w Ohio), wskazujących na „ślepotę moralną”, jako jeden z głównych problemów, które legły u podstaw skandali seksualnych. Skupienie się na normach prawnych, na formalnej poprawności procedur może ukrywać prawdziwy problem: brak wrażliwości na krzywdę i cierpienie osób słabych i wykorzystanych. W tym przypadku duch Ewangelii oznacza postawę miłosiernego Samarytanina, który potrafił dostrzec pokrzywdzonego, podczas gdy żydowski kapłan i lewita skupili się jedynie na własnej czystości rytualnej niezbędnej do sprawowania ich funkcji.

Jeśli chcemy skutecznie ewangelizować, musimy intencjonalnie przeciwdziałać naszej tendencji do moralnej ślepoty, moralnej niewrażliwości – podkreśla s. Teresa.

Grunt cyfrowy sprzyja niewrażliwości

Niestety grunt cyfrowy nie tylko nie sprzyja wrażliwości, ale wręcz ma wszelki potencjał, aby wzmacniać w nas niewrażliwość.

„Katoliccy influencerzy odczuwają dużą presję, by prezentować pewność, wiedzę i autorytet w pogoni za cyfrowym kapitałem, polubieniami, opiniami i obserwującymi odbiorcami. Jednak dążenie do bycia postrzeganym jako ekspert wiary często stoi w sprzeczności z wrażliwością potrzebną do ujawnienia ograniczeń, lęków i wad. Wpływowe osoby katolickie w internecie, zwłaszcza te, które chcą się finansowo utrzymać poprzez swoją pracę, często rezygnują z możliwości znaczącego kontaktu z innymi. Zamiast tego mają powierzchowne interakcje.”

Perspektywa duszpasterza oraz influencera jest zasadniczo odmienna. Ten pierwszy przebywa z ludźmi, słyszy ich głos, stara się odpowiadać na ich pytania i towarzyszy im w życiu. Ten drugi funkcjonuje w świecie mediów, z dala od codziennych kontaktów z ludzkimi sprawami, niejako „ponad” ludźmi, a nie u ich boku.

„Formaty dialogowe, krytyczne opinie i przestrzenie do wzajemnej transformacji są rutynowo poświęcane na rzecz efektywnej, konsumowalnej i rynkowej treści. Narzędzia takie jak moderacja komentarzy, filtrowanie treści czy blokowanie mogą chronić twórców przed dyskomfortem, ograniczając ich spotkania z osobami zranionymi na cyfrowej autostradzie. Jednym z praktycznych wskaźników oceny naszej wierności paradygmatowi wrażliwości jest to, czy jesteśmy gotowi ponieść koszty.  Czy jesteśmy gotowi ponieść koszty, jeśli opieka nad osobami bezbronnymi zmniejsza nasze zyski lub popularność? Nasze zaangażowanie wobec osób wrażliwych jako chrześcijan musi przewyższać dążenie do tzw. cyfrowego sukcesu” – wskazuje s. Teresa.

Świat cyfrowy nie może istnieć samoistnie

Ostatecznie więc świat cyfrowy nie może istnieć samoistnie, w oderwaniu od świata rzeczywistego, od rzeczywistych relacji międzyludzkich. Dotyczy to zarówno świata ogólnie, jak i świata katolickich mediów. Nie da się na dłuższą metę żyć clickbaitowymi nagłówkami, nieustannie wzbudzając żądzę sensacji i niezwykłości. Chrześcijaństwo jest religią Wcielenia i nie możemy o tym zapomnieć.

„Prawdziwe zaangażowanie w skuteczną ewangelizację musi być nie tylko strategiczne i cyfrowe, ale także ucieleśnione, poświęcające i zakorzenione w przeżywanych ludzkich spotkaniach.”

Ludzi potrzebujących, słabych, skrzywdzonych, wrażliwych dostrzeżemy wtedy, gdy wyjdziemy ze świata wirtualnego, z „podnoszących na duchu narracji i duchowych treści, oderwanych od bolesnej rzeczywistości doświadczeń ludzi”.

„Jeśli odważymy się żyć w tym paradygmacie wrażliwości i nie odwrócimy wzroku, otwieramy się na głębsze zaangażowanie w serce ewangelii. Tylko wtedy nasza ewangelizacja może stać się naprawdę wiarygodna i transformująca.”

„Kiedy więc katolicki influencer naprawdę staje się katolickim influencerem?” – pyta s. Teresa. Miarą nie jest z pewnością popularność jego kanału ani liczba polubień. Właściwą miarą jest przede wszystkim jego własne życie, jego relacja z Chrystusem przeżywana na co dzień, jego własne nawrócenie, prowadzące do wrażliwości na innych.

„Jesteśmy powołani do ucieleśniania przesłania ewangelii. Prawdziwy wpływ nie jest autoreferencyjny ani performatywny.  Jest skupiony na Chrystusie, daje Chrystusa. Gdy jesteśmy zjednoczeni z Chrystusem, nie przekazujemy po prostu treści. Stajemy się naczyniami jego światła. Jak gwiazdy zachodzące na nocnym niebie, możemy promieniować nie tylko światłem komputerów i smartfonów, ale także światłem Chrystusa.”

Rethinking Catholic Influencer Culture Through Vulnerability
Sisters of the Little Way
« 1 »