Wizyta Leona XIV w Annabie, czyli starożytnej Hipponie, w której św. Augustyn przez dziesięciolecia zmagał się z herezją donatystów, każe się zastanowić nad współczesnymi formami neo-donatyzmu, równie groźnymi jak te sprzed wieków. I jak Augustyn uchronił kiedyś Kościół przed herezją, tak jego duchowy syn powinien dziś ochronić nas przed doktrynalnymi skrajnościami – pisze George Weigel.
Weigel rozpoczyna swój felieton od krótkiej recenzji książki Catherine Conybeare „Augustyn – Afrykańczyk”, w której autorka przedstawia św. Augustyna jako przedstawiciela odległej rzymskiej prowincji, stojącego w intelektualnej opozycji do centrum imperium. Według niej spory, jakie toczył biskup Hippony, były w istocie walką o władzę. Takiemu ujęciu Weigel zdecydowanie się sprzeciwia, wskazując, że spór z donatystami był czymś znacznie poważniejszym niż tylko polityczne rozgrywki: gdyby donatyzm zwyciężył, „cała ekonomia sakramentalna Kościoła, jak ją rozumie katolicyzm, zostałaby zniszczona (z powodu twierdzenia donatystów, że tylko bezgrzeszni duchowni mogą odprawiać ważne sakramenty); skuteczność boskiej łaski zostałaby zakwestionowana (ponieważ grzech, według donatystów, mógł zniwelować skutki chrztu); a chrześcijaństwo zostałoby sprowadzone do małej sekty bezgrzesznych i doskonałych, zamiast wspólnoty świętych i grzeszników, w której Boskie miłosierdzie jest silniejsze niż Szatan, zło i grzech.”
Dla przypomnienia – donatyści byli kościelnym odłamem zapoczątkowanym przez biskupa Donatusa z Kartaginy po jednym z najkrwawszych prześladowań chrześcijan za cesarza Dioklecjana (303-305 p.Ch.). Uważali oni, że ci, którzy dopuścili się apostazji pod wpływem prześladowania, przestają być chrześcijanami i ważność traci w ich przypadku nawet sakrament chrztu. Kościół powszechny tymczasem nauczał, że sakramenty zależą od łaski Bożej i ich ważność nie ustaje w przypadku popadnięcia w grzech – nawet tak poważny, jak grzech apostazji. Donatyści odrzucali to nauczanie i uważali, że jedynym Kościołem, który nie utracił świętości (a co za tym idzie – udziela sakramentów w sposób ważny) jest ich własny Kościół.
Choć sama sekta donatystyczna wygasła w kolejnych wiekach, postawa donatystów wciąż powraca – zauważa George Weigel. Obecnie „istnieją dwa sektory Kościoła, które wykazują niewątpliwą donatystyczną tendencję do wyobrażania sobie siebie jako jedynych «prawdziwych» katolików.”
Dwa oblicza neo-donatyzmu
Pierwszym z nich jest ruch lefebrystów, którego głównym przedstawicielem jest Bractwo św. Piusa X (SSPX). Niedawne ogłoszenie planów nielegalnego konsekrowania nowych biskupów bez zgody papieża uzasadnia ono rzekomą niemożnością poważnego dialogu teologicznego z Watykanem. Bractwo stale powołuje się na argumenty, że teksty Soboru Watykańskiego II zawierają istotne błędy doktrynalne, podobnie jak encykliki Jana Pawła II Redemptor Hominis i Ut Unum Sint. Choć formalnie ich zarzuty doktrynalne są odmienne od donatystycznych, postawa jest podobna: samych siebie uznają za „prawdziwych” katolików, odrzucając jako herezję nauczanie papieża i soboru powszechnego.
Drugim przedstawicielem neo-donatyzmu jest niemiecka „Droga Synodalna”, proponująca przekształcenie struktur rządzenia Kościoła katolickiego, zmianę nauczania o życiu moralnym, by dostosować się do rewolucji seksualnej, oraz model posługi duszpasterskiej, przed którym przestrzegał papież Franciszek, prowadzący w praktyce do powstania „kolejnego Kościoła protestanckiego”. Przed realizacją tego programu ostrzega także kilku niemieckich hierarchów, w tym bp Stefan Oster z Pasawy, który nazwał go procesem „samo-sekularyzacji”. Pod pretekstem walki z nadużyciami seksualnymi usiłuje się zdekonstruować zarówno doktrynę, jak i dyscyplinę Kościoła.
Dlatego Weigel nie waha się określić tego, co dzieje się obecnie w Niemczech w ramach „Drogi Synodalnej” mianem „drogi donatystów”, której milczącym założeniem jest, że „prawdziwym Kościołem” jest katolicyzm w ich wersji, niemal nie do odróżnienia od liberalnego protestantyzmu. Innymi słowy, w mniemaniu przedstawicieli tego nurtu tylko ci katolicy, którzy dostosowują Kościół do wymagań świeckiej kultury XXI wieku, są prawdziwymi katolikami.
Efekt podkowy
Choć obydwa nurty są swym doktrynalnym przeciwieństwem, łączy je przekonanie o własnej ortodoksyjności wbrew temu, czego naucza Kościół katolicki – czy to poprzez magisterium papieża, czy soboru powszechnego. Ten dziwny paralelizm można określić jako „efekt podkowy”: w chwili kulturowych zawirowań, zamiast być na przeciwnych krańcach spektrum, przedstawiciele środowisk skrajnie konserwatywnych oraz skrajnie liberalnych zbliżają się do siebie. Obie grupy dzielą świat na „nas” oraz „ich”, traktując samych siebie jako nieomylnych, jako małą trzódkę, która pozostała wierna Chrystusowi, podczas gdy olbrzymia większość Kościoła pobłądziła. Jak podkreśla Weigel, taka mentalność jest poważnym zniekształceniem katolickiego rozumienia Kościoła.
Swój felieton Weigel kończy jednak słowami zachęty. Każdy kryzys ma charakter oczyszczający i może się stać okazją do jaśniejszego przedstawienia prawdy oraz odcięcia się od błędnych interpretacji. I tego właśnie powinniśmy oczekiwać teraz od Rzymu.
Źródło: georgeweigel.com