Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Aniela Dylus

Wolny rynek - ubóstwo - uczestnictwo

"Ach, ten polski Papież!" - wzdychają z rezygnacją "postępowi" teologowie i żarliwi działacze ruchów w rodzaju "My jesteśmy Kościołem". Sfrustrowani postępującą sekularyzacją społeczeństwa, spadkiem powołań kapłańskich, malejącą liczbą kandydatów na studia teologiczne, z troską domagają się bardziej radykalnej reformy zmurszałych struktur kościelnych. Martwią się rzekomym odejściem za obecnego pontyfikatu od ducha Vaticanum II, systematycznym wzmacnianiem dyscypliny kościelnej, zapoznawaniem kolegialności i ducha dialogu, nieszczęśliwą "polityką personalną", sztywnym kursem odnośnie do celibatu i kapłaństwa kobiet, twardym stanowiskiem w kwestiach etyki seksualnej. Jan Paweł II, ich zdaniem, nie jest w stanie przekroczyć swej polskości. Z uporem lansuje i narzuca wszystkim wizję "Kościoła ludowego", właściwą być może jeszcze w jego słowiańskiej ojczyźnie, ale zupełnie nieadekwatną dla społeczeństw Zachodu. Wiele już napisano, także na tych łamach, o "antyrzymskim kompleksie" niektórych "zawodowych katolików". Nierzadko za zmasowaną krytyką papieskiego nauczania i watykańskich decyzji kryje się też bardzo uproszczona diagnoza kryzysu współczesnego chrześcijaństwa. Nie bacząc, że podobny kryzys dotknął bratnie wyznania chrześcijańskie, naiwnie sądzi się na przykład, że po zniesieniu celibatu i dopuszczeniu kobiet do święceń kapłańskich znikną trudności z brakiem robotników na "niwie Pańskiej", a świątynie na nowo się zapełnią.

Krytyczni wobec nauczania i posługi pasterskiej "Piotra naszych czasów" i w ogóle wobec Kościoła hierarchicznego są też ci wszyscy, którzy śmiertelne niebezpieczeństwo dla Kościoła widzą z kolei w jego "ustępstwach" wobec świata, w zbyt daleko idącej gotowości do ekumenicznego dialogu z innymi wyznaniami i religiami, w "nowinkarstwie" pastoralnym (za takie uznaje się zaś chociażby instytucję świeckich szafarzy, przyjmowanie Komunii św. na rękę czy dopuszczenie dziewcząt do służby liturgicznej). Ciekawe, że i ci zagorzali obrońcy zagrożonej jakoby katolickości, także w Polsce, definiują się niekiedy podobnie jak ich niemieccy czy austriaccy bracia w Chrystusie: "My jesteśmy Kościołem". Tyle tylko, że ich zastrzeżenia są mało atrakcyjne dla wpływowych mediów, a więc znacznie słabiej nagłaśniane. Poznanie skali wpływów kształtującego się w Polsce ruchu "My jesteśmy Kościołem" a rebours utrudnia szczera miłość do Papieża-Polaka i chęć zachowania, przynajmniej na zewnątrz, lojalności względem niego. Tutaj nie wypada go wprost krytykować. Co najwyżej po cichu ubolewa się, iż został otoczony ludźmi, którzy go dezinformują albo nawet nim manipulują.

Znacznie mniej kontrowersyjne, co nie znaczy: powszechnie akceptowane, jest nauczanie społeczne Jana Pawła II. Rzadko wywołuje ono burzliwe polemiki. Raczej nie mobilizuje do wychodzenia na intelektualne barykady i zwierania się w szranki naukowych potyczek. Już raczej bywa totalnie ignorowane, "przemilczane na śmierć". W wielu - także katolickich - ośrodkach uniwersyteckich cytowanie Papieża po prostu nie uchodzi, jest źle przyjmowane. Polscy teologowie lub etycy, odwołujący się np. na kongresach naukowych do tekstów papieskich, są traktowani z pewnym przymrużeniem oka. Pobłażliwie wybacza się im to naukowe faux-pas, tłumacząc je dumą narodową i atencją dla rodaka na Stolicy Piotrowej. Sama doświadczyłam tego na pewnym międzynarodowym sympozjum. Moje wystąpienie zostało skwitowane krótko: "No cóż, referat byłby niezły, gdyby nie zawierał tylu odniesień do Jana Pawła II".

Dla sprawiedliwości trzeba uczciwie przyznać, że fascynacja polskim Papieżem rodzi z kolei całkiem realną groźbę odmiennego sposobu unicestwienia jego nauczania: przez apologetyczne "zagłaskanie na śmierć". Rodzimą sztampę, lenistwo duchowe i miałkość intelektualną mają pokryć wiernopoddańcze deklaracje i "laurki ku czci". Całe biblioteki katolickich uczelni polskich czy rzymskich zapełniają już śmiertelnie nudne prace habilitacyjne, doktorskie, magisterskie, których tytuły kończy sformułowanie: "w ujęciu (według) Jana Pawła II". Nierzadko jedyną ambicją ich autorów jest wykazanie, że "myślą jak Papież". Nie kwestionuję oczywiście zasadności czerpania inspiracji z tekstów papieskich ani potrzeby ich pogłębionej interpretacji. Naprawdę rzadko zdarzają się jednak perełki autentycznego współmyślenia i oryginalnego rozwoju idei przewodnich nauczania Kościoła ostatnich 20 lat. Tymczasem wiele wątków tego nauczania w ojczyźnie Papieża ciągle czeka na odkrycie, pełniejszą recepcję i twórcze rozwinięcie.

Zawłaszczanie Papieża

Jednym z nich jest wątek społeczno-gospodarczy, obecny przede wszystkim w trzech wielkich encyklikach "społecznych": "Laborem exercens", "Sollicitudo rei socialis", "Centesimus annus", ale też w pozostałych encyklikach, w innych dokumentach papieskich i niezliczonych przemówieniach. Pomijając wspomniane wyżej krytyczne wobec "Rzymu" środowiska intelektualistów, tzw. opinia publiczna na ogół życzliwie, jeśli nie entuzjastycznie przyjmowała ogłaszane kolejno encykliki. Ten entuzjazm wynikał częściowo z wybiórczej, powierzchownej recepcji tekstów papieskich. Zakładając w trakcie ich lektury okulary "lewicowe" bądź "prawicowe", "postępowe" bądź "zachowawcze", "liberalne" bądź "konserwatywne" można było znaleźć "dla każdego coś miłego". Zorganizowane grupy interesów (partie polityczne, związki, stowarzyszenia) usiłowały wykazywać, że Papież jest po ich stronie, a jego nauka od dawna stanowi element danego programu ideowego. Socjaliści eksponowali papieską krytykę bezwzględnej pogoni za zyskiem i z zadowoleniem konstatowali spójność własnej ideologii z podstawowymi chrześcijańskimi zasadami społecznymi: sprawiedliwości społecznej i solidarności. Podobną spójność odkrywali chadecy, podkreślając z kolei krytykę systemów opartych na ideologii marksistowskiej. Związki zawodowe czuły się dowartościowane uznaniem ich znaczenia. Oburącz podpisywały się pod stwierdzeniem, że to właśnie praca jest kluczem do "kwestii społecznej", że ma wymiar podmiotowy, a ludziom pracy przysługuje szereg uprawnień, w tym: prawo do pracy w środowisku "zhumanizowanym" i prawo do strajku. Z kolei kręgi związane z kapitałem chętniej powoływały się na papieską naukę o własności prywatnej. Organizacje przedsiębiorców i pracodawców wybijały na czoło prawo do inicjatywy gospodarczej, które po raz pierwszy wprost wymieniano w dokumencie kościelnym wśród praw człowieka. Z uznaniem przyjmowały zasadę potwierdzoną już rachunkiem ekonomicznym, że to nie kapitał materialny, a "kapitał ludzki" - człowiek jest największym bogactwem w przedsiębiorstwie. Skwapliwie odnotowywały też ostrożną akceptację kapitalizmu, a raczej "ekonomii przedsiębiorczości", "ekonomii rynku" czy "wolnej ekonomii". Wygrywano przeciw sobie zwłaszcza głębokie zatroskanie skalą i zasięgiem ubóstwa, rosnącymi dysproporcjami w poziomie życia, proklamowaną przez Kościół "opcją na rzecz ubogich" z jednej strony i wyraźną aprobatę dla wolnego rynku z drugiej.

Jak wytłumaczyć tę zdumiewającą identyfikację śmiertelnie skłóconych w codziennej praktyce ugrupowań z treścią papieskiego przesłania? Wskazywano już na tych łamach na pokusę zawłaszczania jednego z nielicznych autorytetów, które się jeszcze dziś ostały (pisał o tym ks. Józef Tischner - por. "TP" nr 37/98). Wobec dotkliwego ich deficytu kusi możliwość powołania się przynajmniej na jakieś fragmenty jego nauczania. Oczywiście, osiągnięta kosztem takiej wybiórczości rzekoma spójność własnego programu z nauką podziwianego autorytetu jest złudna. Poza tym taki zabieg cechuje pewna - świadomie zaplanowana lub niezamierzona - nieuczciwość intelektualna. Już bardziej uczciwe jest zdecydowane odrzucenie nauczania Kościoła po zorientowaniu się, że jego całość nie przystaje do przyjętej przez siebie opcji ideowej. Właśnie taką postawę zadeklarował kiedyś wprost jeden z polskich polityków ludowców, który w pewnej dyskusji radiowej (lipiec 1993) wyznał, że encyklika "Laborem exercens" napełniła go nadzieją co do troski Kościoła o ubogich, jednak po przeczytaniu "Centesimus annus" został pozbawiony wszelkich złudzeń. Kościół, jego zdaniem, po raz kolejny odsłonił swe prawdziwe oblicze i nie ma wątpliwości, że - jak zawsze - stoi po stronie bogatych. Inna rzecz, że nawet wykluczając antykościelne afekty owego polityka, taki "mocny" wniosek mógł być wysunięty tylko po bardzo pobieżnej lub niekompletnej lekturze encykliki.

Pewną odmianą zawłaszczania papieskiej nauki, podejmowaną niekiedy w najlepszych intencjach, jest nieumiejętne przekładanie jej zasad na normy operatywne codziennej praktyki społeczno-gospodarczej. Właściwe strukturalne wcielanie w życie personalistycznych zasad ustrojowych wymaga niekiedy wieloletnich prac całych zespołów ekspertów różnych dziedzin. Bez minimum wiedzy ekonomicznej, prawniczej, politologicznej nie można przygotować rzetelnych projektów chociażby upowszechnienia własności, reformy ubezpieczeń społecznych czy administracji państwowej, prorodzinnego systemu podatkowego, zwalczania bezrobocia, ustroju przedsiębiorstwa i wielu innych. Oczywiście, przedkładane rozwiązania nie są neutralne etycznie, ale sama kompetencja etyczna czy teologiczna nie wystarczy ani do ich sensownego opracowania, ani do sprawiedliwej ich oceny. Wobec gwałtownego zapotrzebowania w okresie transformacji na dobre rozwiązania systemowe, zwalczające się w Polsce ugrupowania, ale też sami przedstawiciele katolickiej nauki społecznej sympatyzujący z określoną opcją ulegali pokusie "chodzenia na skróty" i szermowania zideologizowanymi hasłami papieskiego nauczania. Zapominano przy tym, że przynależność partyjna projektodawców bynajmniej nie przesądza o słuszności, względnie niesłuszności danego projektu, a kilka alternatywnych jego wersji może się z powodzeniem mieścić w szerokich ramach katolickiej nauki społecznej. Pomijając złą wolę i świadomą instrumentalizację, tylko ogólnikową znajomością tej nauki i nieuprawnioną "zdroworozsądkową" jej konkretyzacją można wytłumaczyć np. obronę likwidowanego, trwale deficytowego przedsiębiorstwa przy pomocy argumentu o pierwszeństwie pracy przed kapitałem. Z drugiej strony równie nieuprawnione jest powoływanie się nowobogackich właścicieli na samo prawo do prywatnego posiadania, stosowane niekiedy przy bolesnych redukcjach zatrudnienia czy różnych manipulacjach majątkiem zakładów pracy.

Mimo bogactwa form życia społeczno-gospodarczego i politycznego naszej planety, wyjaśnianie jego funkcjonowania ma, jak się wydaje, charakter bipolarny. Jego istotę mają tłumaczyć opozycyjne pojęcia: kapitał - praca, bogactwo - ubóstwo, a na płaszczyźnie ideowej: wolność - sprawiedliwość, kapitalizm - socjalizm, prawica - lewica itp. Za tymi biegunami stoją oczywiście zantagonizowane, zorganizowane grupy społeczne.

Jak już pokazano, tylko za cenę wyraźnego fałszerstwa da się przypisać Jana Pawła II do któregoś z tych biegunów. W komentarzach po ubiegłorocznej pielgrzymce do Polski stwierdzono m.in., że nie pozwolił się zapisać do żadnej partii (Edmund Wnuk-Lipiński). Tę niemożliwość zamknięcia nauki Papieża w partyjnych, dychotomicznych przedziałach można odnieść do całego jego nauczania, chociażby w kwestii ubóstwa. Tzw. "preferencyjna opcja na rzecz ubogich" zupełnie nie mieści się w kategoriach pojęciowych partii, która ubóstwo identyfikuje wyłącznie według kryteriów ekonomicznych, jego genezę tłumaczy wyzyskiem jednej klasy przez inną czy eksploatacją przez wolny rynek, a dysproporcje ekonomiczne współczesnego świata - teorią gry o sumie zerowej (bogactwo powstaje wyłącznie z wyzysku ubogich, a korzyść jednych zawsze jest stratą dla innych) czy pokrewną wobec niej teorią uzależnienia (rozwój Pierwszego Świata dokonuje się kosztem uzależnienia Trzeciego Świata i pozbawienia go możliwości rozwojowych). W konsekwencji opcja na rzecz ubogich nie ma oczywiście nic wspólnego z rewolucyjną walką klasową. Jest ona preferencyjna, a więc daleka od wszelkiego ekskluzywizmu, partykularyzmu czy sekciarstwa. Nie domaga się wykluczenia bogatych z kręgu tych, których należy miłować. "Nigdy nie jest wyłączna ani nie dyskryminuje innych grup". Dla Jana Pawła II nie ma też, oczywiście, miejsca w przeciwnej partii, traktującej ubogich jak ciężar, kłopotliwych natrętów czy wręcz wrogów, których trzeba się jakoś pozbyć albo przynajmniej odizolować.

Uczestnictwo

Odwołując się raz jeszcze do komentarzy po ubiegłorocznej pielgrzymce Papieża do naszej ojczyzny i rozciągając je na całe nauczanie papieskie, wypada się zgodzić z sądem o. Jana A. Kłoczowskiego OP, że Jan Paweł II mówi ponad głowami polityków, bo mówi głębiej. Założenie otwartości poznawczej, szczerego wsłuchiwania się w tę głębię, podejmowania wysiłku współmyślenia przez spolaryzowanych aktorów polityki i rynku pozwala na kolejne wytłumaczenie zaskakującego fenomenu ich wspólnego odnajdywania się w treściach papieskich nauk - tym razem pozbawionego pokusy zawłaszczania. Inną sprawą jest już wyciąganie pełnych konsekwencji z akceptacji fundamentów nauczania społecznego Kościoła i ewentualna redefinicja własnej opcji ideowej w świetle jej założeń.

W arsenale papieskich pojęć "głębokich" znajdujemy m.in.: "podmiotowość", "prawa człowieka" oraz kluczowe w podejściu do problemu ubóstwa - a wypracowane jeszcze w książce Karola Wojtyły "Osoba i czyn" - "uczestnictwo". W świetle tego aparatu pojęciowego ubóstwo materialne nie wyczerpuje jego istoty, a wyzysk jego genezy, ubodzy nie są brzemieniem lub zagrożeniem bogatych, zaś rewolucyjne przemiany strukturalne są najgorszym z możliwych scenariuszy rozwiązania problemu. Ubóstwo ekonomiczne sprowadza się do "pozbawienia własności prywatnej", do odcięcia od możliwości czerpania korzyści z wolnej gospodarki. Wynika właśnie z wykluczenia, z odsunięcia na margines. Przezwyciężenie ubóstwa musi więc polegać na ponownym włączeniu zmarginalizowanych w system rynkowy, na stworzeniu im możliwości pełnego uczestnictwa w jego dobrodziejstwach. Dotyczy to i ubogich jednostek, i całych gospodarek, których "największym problemem jest uzyskanie równoprawnego dostępu do rynku międzynarodowego". W perspektywie "podmiotowości" i "uczestnictwa", a także przeświadczenia, że "człowiek jest (...) darem otrzymanym od Boga", możliwa jest wiara "w ludzkie możliwości człowieka ubogiego", w jego "zdolność do polepszenia własnej sytuacji przez (...) pozytywny wkład w dobrobyt gospodarczy". Wbrew obiegowym sądom, w ubogich tkwi zatem ogromny potencjał, stanowią oni nie odkryte jeszcze bogactwo naszych społeczeństw (pisał na ten temat m.in. Richard Neuhaus; por. "Biznes i Ewangelia", Poznań 1983, zwłaszcza rozdział: "Potencjał ubogich"). Wolny rynek bynajmniej nie jest ich przeciwnikiem. Przeciwnie, rozwiązanie problemu polega właśnie na przesunięciu ubogich z obrzeży rynku (gdzie dzięki środkom pomocy socjalnej mogą występować co najwyżej w roli podrzędnych konsumentów) do samego jego centrum, gdzie jako producenci i (współ)właściciele zostaną włączeni w proces rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego, czyli dopuszczeni do pełnego "uczestnictwa", do współtworzenia dobra wspólnego.

Choć jest to program długofalowy, zakrojony być może na całe pokolenia, nie można mu zarzucić utopijności. W ramach systemu tzw. społecznej gospodarki rynkowej z powodzeniem podejmowano już próby właśnie takiego formułowania podstawowych celów polityki gospodarczej i społecznej (nie mam tu zamiaru dokonywać jeszcze jednej próby zawłaszczania papieskiej nauki). O powodzeniu tego systemu, przynajmniej w pierwszej fazie jego realizacji (dziś, w epoce globalizacji gospodarki, także on przeżywa kryzys), przesądziła chyba właśnie jego antydualistyczna filozofia, próba pogodzenia "wody z ogniem": harmonijne zintegrowanie pracy z kapitałem oraz wolności gospodarczej ze sprawiedliwością społeczną. Taką też wizję przezwyciężenia ubóstwa - choć nie na płaszczyźnie polityki gospodarczej czy społecznej, lecz "głębiej" - rysuje Jan Paweł II: pełne uczestnictwo wszystkich w wolnym, ale sprawiedliwie ukształtowanym porządku rynkowym.

Aniela Dylus, profesor nauk społecznych, kierownik Katedry Etyki Gospodarczej ATK. Ostatnio wydała książkę "Zmienność i ciągłość".



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: socjologia polityka ekonomia sprawiedliwość nauczanie papież Jan Paweł II społeczeństwo gospodarka kapitał wolny rynek