Tego potrzebuje człowiek: skrucha i żal, nie krzykliwa awangarda. Bachowska Pasja czy dionizyjski free jazz?

Pasja wszechczasów Johanna Sebastiana Bacha kontra jazgot „awangardowego jazzu”. Nic chyba dobitniej nie ilustruje rozdźwięku współczesnej kultury, która zamiast być ukojeniem duszy coraz bardziej staje się żywiołowym wyrazem duchowej pustki.

Pasja wg św. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha nie bez powodu zwana jest „Pasją wszechczasów”. Jest to dzieło wybitne nie tylko w wymiarze muzycznym, ale także – a może przede wszystkim – w duchowym. W sobotę 23 marca miałem szczęście uczestniczyć w jej niezwykłym wykonaniu. Gościem NOSPR-u w Katowicach był Philippe Herreweghe wraz z Collegium Vocale Gent. Jego ujęcie wspaniałego dzieła bachowskiego słusznie uznawane jest za wzorcowe. Nie było tu miejsca dla operowych popisów wokalnych, ale całość wykonania – od pierwszego taktu do ostatniego – podporządkowana była narracji Męki Pańskiej, poruszającej aż do największych głębin duszy.

Każdy głos i każdy instrument miał należne sobie miejsce, bez zbędnej przesady, bez jakiegokolwiek niepotrzebnego show, a jednocześnie – z wyrazistością, która poruszała duszę każdego słuchacza. Rozmieszczenie dwóch chórów pod dwóch stronach sceny, dzielenie orkiestry na różne sekcje, dwa portatywy organowe realizujące partię basso continuo – wszystko to w sposób dyskretny, ale wymowny wprowadzało w dramaturgię Męki Pańskiej. Muzykologowie nieraz pastwią się nad poszczególnymi wykonaniami tego dzieła, zastanawiając się czy aby w partiach wokalnych nie było nadmiernego wibrato, czy smyczki brzmiały dostatecznie „barokowo”, czy obojowe staccatto nie było nazbyt ostre. Nie jestem muzykologiem, ale teologiem z, jak mniemam, sporą wrażliwością muzyczną i sądzę, że pod względem formalnym nie było tu nic, do czego można by mieć zastrzeżenia.

Szczególna pochwała należy się Julianowi Prégardienowi, który wyśpiewał partię Ewangelisty. Nie była to sucha relacja, co zdarza się innym wykonawcom, nie był to popis wokalny, ale prawdziwa narracja: poruszająca opowieść, wokół której osnute były kolejne arie i chorały. Podziw wzbudzała niesamowita umiejętność operowania różnymi timbrami głosu, a także olbrzymi zakres dynamiki. Scena pojmania Jezusa w Ogrojcu rozpoczynała się od wokalnego pianissimo, niemal szeptu, tak jakby patrząc z perspektywy uczniów jedynie z oddali można było dostrzec zbliżającego się Judasza i kohortę. Kończyła zaś olbrzymim fortissimo, na granicy krzyku – gdy zdrada Judasza stała się jawna. Podobny zakres dynamiczny wyrażał moment śmierci Jezusa: od lirycznego, cichego „Und vor der sechsten Stunde” (od szóstej godziny do dziewiątej) aż do przeszywającego: „Aber Jesus schrice abermal laut” (lecz Jezus zawołał głośno).

Niezwykle przejmujące były także dwie liryczne partie, w których głosowi wokalisty towarzyszyła jedynie wiola i basso continuo. Na czas ich wykonania dyrygent usiadł dyskretnie, aby nic nie przeszkadzało w ich dotykającym głębin serca odbiorze. Oczywiste było, że całe wykonanie było podporządkowane jednemu celowi: przekazać opowieść o Męce Pańskiej w taki sposób, aby poruszyła serca słuchaczy.

Znawcom muzyki dawnej nie trzeba zapewne przedstawiać struktury bachowskiej Pasji. Opowieść Ewangelisty przeplatana jest ariami i chorałami, które niosą ze sobą zarówno treść teologiczną, wyjaśniającą sens Ofiary Chrystusa, jak i wezwanie do skruchy i przemiany życia. Powracający wielokrotnie temat hasslerowskiego „O haupt voll Blut und Wunden” (O głowo uwieńczona) ewoluuje subtelnie w kolejnych chorałach, sięgając coraz głębszych przemian harmonicznych, wyrażających dramat Pasji.

Nie da się streścić przesłania bachowskiego dzieła w kilku zdaniach, ale z pewnością jeden wątek jest szczególnie jasny: to wezwanie do skruchy i żalu w obliczu Męki Chrystusa. Zapowiada go już początkowy chorał:

„Przyjdźcie, córki, pomóżcie mi opłakiwać?
Kogóż? Oblubieńca?
Spójrzcie na niego. Oto jest jak baranek.
Oto jego cierpliwość.
Oto nasza wina.
Oto On, z miłości i łaskawości
Sam poniósł drzewo krzyża”.

 

Wątek ten powraca w arii altu (10.):

„Wina i ból
Niech złamią grzeszne serce
A krople łez mego płaczu
Najcenniejszy kojący balsam
Tobie ofiaruję, umiłowany Jezu”

 

Kolejne arie i chorały raz po raz podejmują ten temat skruchy, żalu i płaczu nad własnymi grzechami. Nie chodzi jednak tylko o emocjonalne wzruszenie, ale o prawdziwe nawrócenie, o przylgnięcie do Chrystusa, jak mówi aria sopranu (19.):

„Oddam Tobie me serce;
Zatopię się w nim, mym Zbawieniu.
Zanurzę się w Tobie.
A jeśli świat jest zbyt mały dla Ciebie,
Ach, dla mnie jednego Ty sam
Będziesz czymś więcej niż świat i niebo”.

 

To przesłanie bachowskiej Pasji jest kierowane do każdego z nas, od roku 1729, kiedy to pierwszy raz została wykonana publicznie, aż po wsze czasy. To, co oferuje nam świat, to utopie, złudne nadzieje wolności i świeckiego zbawienia, które kończą się tak, jak zakończyło się Oświecenie, które nastało krótko po bachowskim baroku: krwawą rzezią rewolucji. W imię jakichś „wyższych ideałów” poświęcono setki tysięcy istnień ludzkich, oferując im „równość, wolność, braterstwo”, ostatecznie zaś doprowadzając do jeszcze większego zniewolenia. Bachowska Pasja została zapomniana na niemal sto lat, aż do czasu odkrycia jej przez Felixa Mendelssohna w 1829 r. Do dziś wykonywana jest przez najlepsze orkiestry i chóry świata jako wyraz uznania dla geniuszu Bacha, ale także dla tego, co jest najwyższym przejawem europejskiej kultury wyrosłej z chrześcijaństwa.

Właściwie na tym można by zakończyć. Jednak chcę nawiązać do jeszcze jednego wydarzenia. Otóż nieco ponad miesiąc wcześniej dane mi było wysłuchać innego koncertu, który miał miejsce w tym samym budynku (choć w innej sali). 6 lutego swą twórczość prezentował Otomo Yoshihide wraz z New Jazz Quartet. Osobiście lubię i cenię sobie jazz, ale to, w czym uczestniczyłem, było raczej demonicznym jazgotem niż muzyką. Jazz awangardowy ma tyle wspólnego z głównym nurtem jazzu, wyrosłym przecież na pełnej ducha muzyce Spiritual i bluesie, co hardcorowy heavy metal z siostrą Rosettą Tharpe, która jako jedna z pierwszych wprowadziła gitarę elektryczną do muzyki chrześcijańskiej. Podobieństwo instrumentarium niewiele tu mówi. To samo narzędzie może budować i niszczyć. Awangardowy jazz w wydaniu Yoshihide był wyładowaniem jakichś najdzikszych instynktów, aktem dionizyjskiego szału. Owszem, emocji w tym było wiele, ale muzyki znacznie mniej niż w kuźni.

 

Oto dwa kierunki kultury: jeden sięgający głębin duszy, aby ukazać skrywającą się w nich ambiwalencję i poprowadzić człowieka ku temu, co najszlachetniejsze. Stawiający go w prawdzie o własnej słabości i grzechu, skłaniający do skruchy i żalu, a następnie – do zwrócenia się ku nieskończenie miłosiernemu Bogu, który oddał własnego Syna, aby ten grzech odkupić. Prawdziwe duchowe oczyszczenie. I drugi kierunek: dobywające się z głębi duszy wycie, pełne rozpaczy, frustracji, buntu, wyrażone w bardzo ekspresywny sposób, ale bez nadziei na odkupienie. Niestety, jeśli patrzeć na to, co oferuje nam obecnie kulturowy mainstream, ten drugi kierunek dominuje. Do nas należy jednak wybór, czy pójdziemy za przesłaniem bachowskiej Pasji, czy damy się pochłonąć dionizyjskiemu szałowi awangardy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama