Co czynić należy? Odpowiedź Ratzingera. Nie ma ważniejszej misji niż głoszenie

„Potrzebujemy czegoś w rodzaju wysp, gdzie żyje wiara w Boga, trwa wewnętrzna prostota chrześcijaństwa i stąd może ono promieniować w świat” – mówił przed laty kard. Ratzinger. To wskazanie jest coraz bardziej aktualne. Tworzenie wysp nie oznacza ucieczki za świata, budowania oblężonych twierdz; chodzi o mądrą troskę o własną tożsamość – zwraca uwagę o. Dariusz Kowalczyk SJ.

Miło było spotkać się w Warszawie z różnymi autorami portalu Opoka na debacie pt. „Mój Kościół. Czego najbardziej potrzebuje?”. Na tak sformułowane pytanie padają bardzo różne odpowiedzi. Ta różnorodność wynika z faktu, że Kościół jest katolicki, czyli powszechny, a zatem w globalnej wspólnocie Kościoła są różne środowiska, różni ludzie, którzy mogą „pięknie się różnić”. Niestety, czasem różnią się brzydko, a mianowicie w sposób, który po prostu zagraża jedności Kościoła i jasności jego przesłania. W tym zamęcie, bo niewątpliwie mamy dziś w Kościele zamęt, warto powracać do słów, tekstów Josepha Ratzingera / Benedykta XVI. Są one zakorzenione w autentycznym dziedzictwie chrześcijańskim, w Biblii i Tradycji, a zarazem świadome tego, co dzieje się we współczesnym świecie.

W książce-wywiadzie „Światłość świata”, Benedykt XVI stwierdza:

„Naszym wielkim zadaniem jest ukazanie na nowo pierwszeństwa Boga”; „Obecnie potrzebujemy przede wszystkim duchowych ruchów, dzięki którym Kościół znowu postawi w centrum kwestię obecności Boga”.

Tak! O pierwszeństwie Boga trzeba przypominać, bo Kościół nie ma ważniejszej misji, niż głoszenie, że Bóg, który objawił się najpełniej w osobie i czynach Jezusa Chrystusa, stworzył świat, a w nim człowieka, i że oprócz życia doczesnego oferuje nam życie wieczne, we wspólnocie z Nim. Ta – wydawałoby się – oczywista prawda jest dziś zapominana. Tak jakby czymś ważniejszym była walka z globalnym ociepleniem, rozwiązywanie problemów migracji, czy też otwarcie się na osoby LGBTQplus.

Nie wiemy, jaka będzie kondycja Kościoła za 100 lat. W każdym razie Jezus nie obiecywał wierzącym w Niego spektakularnych sukcesów. Raczej mówił o czekających ich prześladowaniach. W ewangelii Mateusza czytamy „Wydadzą was na cierpienia i na śmierć. I będą was nienawidzić wszystkie narody z powodu mojego imienia. Wówczas wielu upadnie” (Mt 24,9). Stąd słowa umocnienia i pocieszenia: „Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33). Z jednej strony mamy wezwanie: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,18-19). I rzeczywiście Kościół rozprzestrzenił się na cały świat. W każdym prawie zakątku sprawowana jest Eucharystia. Z drugiej jednak strony Jezus stawia retoryczne, niepokojące pytanie: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie” (Łk 18,8).

Ratzinger powtarzał, że dziś

„potrzebujemy czegoś w rodzaju wysp, gdzie żyje wiara w Boga, trwa wewnętrzna prostota chrześcijaństwa i stąd może ono promieniować w świat”.

Ta diagnoza przypomina VI wiek i Benedykta z Nursji. Europa, w tym Kościół, po najazdach barbarzyńców znalazła się w kryzysie. W odpowiedzi na tę sytuację powstają klasztory benedyktyńskie, które są „wyspami” chrześcijańskiej kultury, nauki, liturgii, modlitwy. Chodziło o to, by zachować i przenieść w przyszłość, kolejnym pokoleniom, to, co najcenniejsze. Dziś też potrzeba takich wysp, co nie znaczy, że nie należy otwarcie konfrontować się ze światem, światem w sensie janowym, czyli tym, co jest domeną diabła.

Benedykt XVI przestrzegał niejednokrotnie przed tym co w jednym z wywiadów nazwał „światową dyktaturą ideologii pozornie humanistycznych, których  zanegowanie grozi wykluczeniem z podstawowego społecznego konsensusu”. „Współczesne społeczeństwo – podkreślał Ratzinger – jest bliskie sformułowaniu antychrześcijańskiego credo, a jeśli ktoś będzie przeciwny, to zostanie uderzony ekskomuniką. Strach przed tą duchową władzą Antychrysta jest zatem zrozumiały…”. Trzeba robić swoje (głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów, dzieła caritas), ale jednocześnie nie wolno udawać, że nie widzimy przeciwnika, który coraz bardziej silny i bezczelny, chce stworzyć nowego człowieka i nowy świat bez Boga, gorzej – wbrew Bogu. W roku 2004, w wywiadzie dla włoskiego dziennika „La Repubblica” Ratzinger wskazał, że

„laicyzm nie jest już elementem neutralności, która otwiera przestrzenie wolności dla wszystkich. Zaczyna przekształcać się w ideologię, która narzuca się poprzez politykę i nie przyznaje przestrzeni publicznej katolickiej i chrześcijańskiej wizji. […] W tym sensie istnieje walka i trzeba bronić wolności religijnej przeciwko narzucaniu ideologii, która prezentuje się jako jedyny głos racjonalności, gdy tymczasem jest to jedynie wyraz «pewnego rodzaju» racjonalizmu”.

Tworzenie „wysp” nie oznacza więc jakiejś ucieczki za świata, budowania oblężonych twierdz; chodzi o mądrą troskę o własną tożsamość, by – jeśli trzeba, a trzeba – konfrontować się z antychrześcijańskimi ideologiami świata. Głoszenie Jezusa Chrystusa, głoszenie prymatu Boga nie może uniknąć cywilizacyjnych sporów. Bo istotą cywilizacyjnych sporów jest w gruncie rzeczy to, jak chcemy odpowiedzieć pradawnemu wężowi, który kusi, by zerwać zakazany owoc i samemu – w opozycji do Stwórcy i Zbawiciela – decydować, co dobre, a co złe.

Debata portalu Opoka "Mój Kościół. Czego najbardziej potrzebuje?":

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama