Duchowy wymiar ekshumacji niewinnie pomordowanych

Sama ekshumacja ofiar zbrodni wołyńskiej nie wystarczy do pojednania Polaków i Ukraińców. Potrzebna jest jeszcze dobra wola, uczciwe zmierzenie się z prawdą i odrzucenie politycznego wykorzystywania historii – przekonuje w felietonie o. Jacek Salij OP, przywołując doświadczenia ekshumacji katyńskich jako lekcję na dziś.

Dokonanie ekshumacji na Wołyniu wydaje się wielką szansą dla polsko-ukraińskiego pojednania. Bo ukrywanie i zakłamywanie zbrodni nie pozwala zabliźnić się ranom, jakie ona pozostawiła. Bez rzetelnej o niej pamięci te rany będą jątrzyły. Jednak nawet dokonanie ekshumacji i uczczenie pomordowanych należnym im pogrzebem niewiele zmieni, jeżeli nie będzie nam naprawdę zależało na pojednaniu z Ukraińcami.

Przypomnę tu trzy zupełnie różne ekshumacje grobów katyńskich. Ufajmy, że to pomoże nam uczciwie i racjonalnie rozeznać się w naszych problemach obecnych.

Pierwszej ekshumacji grobów naszych oficerów dokonali już w roku 1943 Niemcy. Nie ukrywali oni swojej satysfakcji, że udało im się w samym środku wojny ujawnić tak koszmarną zbrodnię dokonaną przez ich śmiertelnych wrogów. Niemcy nie mieli powodów, żeby cokolwiek na temat tej zbrodni ukrywać, toteż zadbali o to, żeby ją rzeczowo przedstawiać i jak najgłośniej rozpropagować. Jednak dla wszystkich było to czymś oczywistym, że czynią to w swoim wojennym interesie.

Po wojnie Stalin zarządził upozorowanie ekshumacji następnej, której zadaniem było zrzucenie na Niemców winy za dokonane na polskich jeńcach ludobójstwo. Prowadziła ją tzw. komisja Budrenki, zainteresowana przede wszystkim negowaniem prawdy o dokonanej przez Sowietów zbrodni. Szkoda słów na ocenianie pracy i wyników tej komisji.

Wreszcie ekshumacji naprawdę rzetelnej dokonano w roku 1991. Podjęto ją dzięki porozumieniu władz polskich z władzami wtedy jeszcze sowieckimi, a przeprowadziły ją – co dzisiaj może zaskakiwać – wspólnie i w pełnej ze sobą zgodzie eksperckie zespoły obu stron. Wszystkie fakty dotyczące tej ekshumacji podaję za książką księdza prałata Zdzisława Peszkowskiego „... i ujrzałem doły śmierci".

Rotmistrz Peszkowski był jeńcem przetrzymywanym w Kozielsku, który tylko tajemniczym zrządzeniem Bożej Opatrzności nie znalazł się wśród swoich kolegów w katyńskich dołach. Był jednym z ostatnich zaledwie 232 jeńców, których Sowieci wywieźli z Kozielska nie do katyńskiego lasu, ale do innego obozu. Dzięki temu znalazł się w armii Andersa, a jego szczególność podczas prac ekshumacyjnych pogłębiał fakt, że w dziewięć lat po wojnie został on katolickim księdzem.

Jako kolega pomordowanych, który aż dziw, że nie znalazł się w tym samym co oni grobie, ksiądz Peszkowski został spontanicznie przez organizatorów i uczestników ekshumacji uznany za gościa wyjątkowego.  Szczególnie przejmującym był dla niego moment odkopania pierwszej czaszki:

„Jest pierwsza czaszka. Podają mi ją do rąk. To przecież pierwszy z moich najbliższych Braci, z którymi byłem razem w obozie w Kozielsku... Kim jesteś, Bracie mój?"

Czytajmy dalej: „Na stołach i na brezencie rozłożonym na ziemi, leżą już wydobyte z pierwszych dołów czaszki i kości oraz strzępy polskich mundurów, guziki metalowe z polskimi orłami, różne militaria i pamiątki osobiste, a także fragmenty listów i dokumentów. Eksperci objaśniają mi, co dotąd udało się wydobyć, co teraz czynią ze szczątkami ludzkimi i przedmiotami, które już wydała ziemia. Usiłuję zrozumieć, co mówią do mnie, ale niełatwo w takim momencie pozbierać myśli. Ogarnia mnie ponad wszystko świadomość, że oto oglądam Moi Bracia, świadectwo Waszej męki, wdeptane w ziemię Wasze ciała zmieszane z błotem i gliną... Czuję, że wszyscy patrzą na mnie, czy się nie załamię, czy wytrzymam tę konfrontację. Przecież jestem jednym z Was... (...)

W najgłębszym milczeniu wracam pod krzyż, gdzie zostawiłem swoje rzeczy. Zakładam białą stułę – znak zmartwychwstania i wracam do Was, moi Bracia. Wybaczcie, jeśli nie umiałem zatrzymać się tak po ludzku nad Waszym ogromnym cierpieniem, poniżeniem i udręką, ale prawie natychmiast odczułem, że ciągle dla mnie żyjecie. Jakby Wasze kości wołały »Nie zginęliśmy, jesteśmy w Bogu, ale dobrze, że jesteś tutaj z nami«".

Pełne religijnego pietyzmu modlitwy i gesty, jakie Prałat wykonywał na oczach ludzi przeprowadzających ekshumację, stanowiły poniekąd potwierdzenie godności ludzkiej pomordowanych i obwieszczały całemu światu, że na naszej ziemi żaden złoczyńca nie ma władzy pozbawić kogokolwiek ludzkiej godności.

I jeszcze dowód, że niemożliwe jednak czasem się zdarza: „O godzinie 18 płk Tretiecki ogłasza urzędowo, w wojskowym stylu, koniec dnia pracy. Ustaliliśmy, że po zakończeniu pracy odprawię Mszę Świętą przy brzozowym krzyżu. Myślałem, że przyjdzie tylko polski zespół. Z radosnym zdziwieniem widzę, że wokół polowego ołtarza staje wielu członków prokuratorskiej ekipy radzieckiej, a także kilku żołnierzy oraz przedstawiciele Memoriału (...) Szybko ustalił się zwyczaj, że teksty liturgiczne po polsku czytał zwykle prokurator Stefan Śnieżko, a po rosyjsku płk Tretiecki".

Zdaniem ks. Peszkowskiego, nie było w tej grupie napięć polsko-rosyjskich, a rosyjscy uczestnicy ekshumacji nie czuli, żeby to naród rosyjski był obwiniany o dokonaną tu zbrodnię. Wręcz przeciwnie, polsko-rosyjska zgoda osiągnęła w tej grupie, jak się wydaje, stan bliski ideałowi.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..