Zapytałem dwóch lektorów o to, w jaki sposób zostali przygotowani do pełnienia posługi. Przygotowanie drugiego z nich ograniczyło się do jednej lekcji. Żadnej formacji na temat tego, czym jest słowo Boże i posługa temuż. Można by mieć nadzieję, że przynajmniej błogosławiona intonacja pozwoliła słowu Bożemu działać z mocą. Ale nie, uszy siedzącego w ławce nie kłamią.
Nie pamiętam ani jej imienia, ani twarzy. Zatarła się w pamięci, wyparłem to niemiłe, a błogosławione w skutki spotkanie. Wykorzystała sytuację – zwykle zostawałem w świetlicy do samego końca, odbierany przez rodziców jako ostatni. Ani łojciec, ani matka, ani nauczycielka (a jakie za komuny to były „profesjonalistki”, doskonale pamiętam) nie podołali zadaniu nauczenia mnie czytania. To znaczy czytać się nauczyłem, i nawet byłem przekonany, że robię to dobrze. I przede wszystkim, że czytam szybko. W czasie pewnej choroby jednego dnia łyknąłem na przykład „Dzieci z Bullerbyn”. Dopiero ona, jedna ze świetliczanek, ta druga, ta błogosławiona, która nie nadrywała mi ucha w karze za moje szkolne „grzechy”, objawiła smutną prawdę, zakrytą nawet przede mną samym.
Błogosławiona osoba świetlicująca
Jakimże sposobem to uczyniła? Poleciła mi przeczytanie fragmentu lektury, a ja nie znalazłem w sobie dość asertywności, żeby w tej sytuacji „jeden na jeden” oprzeć się tonowi jej głosu.
Z prędkością karabinową wyrzuciłem z siebie tekst, oczekując na pochwałę. A wtedy ona stwierdziła, ku mojemu bezmiernemu zdziwieniu, że nie umiem czytać.
Pokazała mi, co to znaczy intonacja, i jaką rolę pełnią te malutkie znaki zwane interpunkcyjnymi. Krótkie i darmowe korepetycje miały wpływ, jestem dziś przekonany, decydujący dla moich dalszych losów. Wystarczyło kilka-kilkanaście minut, które mogła przecież zmarnować na skrolowanie (papierów, bo komórek wtedy nie było).
O, błogosławiona świetliczanko (osobo świetlicująca)! O ty, której twarzy nie pomnę! Niewiasto, która wykorzystałaś chwilę mojej słabości i sytuację dziecka odbieranego punkt szesnasta! Dzięki tobie jestem tym, kim jestem. Dzięki tobie autor, którego książkę biorę do ręki, może mieć nadzieję, że go odczytam tak, jak chciałby być odczytany. A jeśli tekst żyje własnym życiem – to niechże to będzie jego życie, a nie życie równoległe. W imieniu swoim i autorów wszelakich, włączając w to Boskiego Autora Pisma Świętego, dziękuję! Niech Ci Bóg błogosławi po stokroć, świetliczanko! Jeśli nie utraci swojej nagrody ten, kto podał kubek wody uczniowi Chrystusa (por. Mt 10,42), tym bardziej ty przecież!
Przypomniała mi się ta dykteryjka, kiedy siedziałem sobie w kościelnej ławce, próbując usłyszeć słowo Boże czytane przez ministrantów słowa. Nie dane im było spotkać ani błogosławionej świetliczanki, ani błogosławionego proboszcza czy choćby kumatego zakrystianina. Znać, że czytają bez zrozumienia, słychać, że intonują wbrew tym małym znakom pozostawionym na kartach Księgi.
Sami nie rozumieją i nie pozwalają rozumieć innym tego, co czytają – jeśli czytaniem to-to można nazwać. A do tego przyzwyczajeni zapewne do skrolowania, nie nabrali nawyku ogarniania wzrokiem tekstu drukowanego. Trzeba przecież pewnej praktyki, żeby odczytywaną frazę od razu ogarniać „tyłem głowy” w większym kontekście.
Skrępowane słowo
Te wydawałoby się techniczne niuanse czynią jednak różnicę. Jest to różnica, której nie należy bagatelizować, decyduje ona w pewnym sensie o „być albo nie być” słowa Bożego. Przesadzam? Może tak, może nie. Czytam w konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym: „święte Pisma zawierają bowiem słowo Boga, a jako natchnione rzeczywiście są słowem Boga” (Dei verbum). Jeśli dobrze odczytuję (intonując właściwie), Pismo już jest słowem Boga jako natchnione – czy jednak jest ono dalej słowem Boga, gdy jest czytane czy zwiastowane w taki sposób, że nie sposób uchwycić tego, co autor natchniony chciał przekazać? Czy w tej bylejakości jest jeszcze „zawarte słowo Boga”? Oto jest pytanie dla teologów i świetliczanek!
Zapytałem dwóch lektorów o to, w jaki sposób zostali przygotowani do pełnienia posługi. Przygotowanie drugiego z nich ograniczyło się do jednej lekcji. Żadnej formacji na temat tego, czym jest słowo Boże i posługa temuż. Można by mieć nadzieję, że przynajmniej, jak w moim przypadku, krótkie i darmowe korepetycje techniczne wystarczyły do tego, by błogosławiona intonacja pozwoliła słowu Bożemu działać z mocą. Ale nie, uszy siedzącego w ławce nie kłamią. Może ksiądz dobrodziej nie miał talentu błogosławionej świetliczanki, a może po prostu „ławka rezerwowych” ministrantów była tak krótka, że nie było z kogo wybierać. A co z pierwszym ministrantem? Otóż pewnego razu wszedł do zakrystii i został zapytany przez proboszcza, czy chciałby już ubrać albę. Chciał. Założył. Czyta. Taka katolicka odmiana sola gratia.
Czy jednak bez świetliczanki będziemy mogli powiedzieć z ręką na sercu, że „słowo Boże nie uległo skrępowaniu”? (2 Tm 2,9).
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.