Ks. prof. Waldemar Rakocy wyraża w kompetentny sposób to, co czuje wielu wiernych, spoglądając krytycznie na nadmiernie optymistyczny sposób prowadzenia dialogu z judaizmem, pomijający prawdę, że nie ma dwóch alternatywnych dróg zbawienia: z Chrystusem i bez Niego. Potrzebujemy „dialogu na temat dialogu z judaizmem”, zauważa Sławomir Zatwardnicki.
Takie właśnie popularno-naukowe książki jak Waldemara Rakocego Judaizm po nieprzyjęciu Chrystusa należy pisać: krótkie (ze dwie godziny nieśpiesznego czytania), treściwe i klarowne (sugestywne tytuły rozdziałów), niewielkie rozmiarowo (można schować lub ukryć w kieszeni marynarki), przystępne (zero przypisów, zrozumiały język) i odważne (otwarta przyłbica). Oczywiście każdy kij i każda książka mają dwa końce – zwartość treści i dosadność wywodu sprawiają, że główne tezy Rakocego brzmią nazbyt chyba apodyktycznie, a bardziej zorientowany w temacie czytelnik pozostanie z poczuciem niedostatku teologicznego niuansowania. Dobrze jednak, że dziełko to powstało, a nawet więcej: uważam, że nie mogło nie powstać, chyba że nie znalazłby się nikt, kto by je napisał.
Non possumus
Traktuję tę publikację jako głos nie tyle na temat dyskusji między Kościołem katolickim a judaizmem, ile raczej jako wezwanie do dialogu wewnątrzkatolickiego – do dialogu na temat dialogu z judaizmem, a jeszcze głębiej: do dialogu na temat własnej tożsamości. Czytam tę monografię jako osobiste non possumus wyznawcy Chrystusa, katolika i biblisty. Tam, gdzie zwolennicy dialogu z judaizmem traktują Nostra aetate jako „punkt wyjścia” do działania w „duchu” soborowym, tam Rakocy zawraca ich do litery soborowej deklaracji, która jego zdaniem „powinna być nieprzekraczalnym modelem postrzegania i przedstawiania sytuacji religijnej judaizmu” (s. 52). Notabene w dokumencie tym, jak twierdzi profesor, nie ma „potwierdzenia tez głoszonych obecnie przez zwolenników dialogu z judaizmem” (s. 51).
Gdy zwolennicy dialogu próbują swoje tezy wtłaczać tyleż łopatologicznie co paternalistycznie (rzekome wtajemniczenie, którego nie posiadł Kowalski-katolik), tam musi pojawić się reakcja na akcję. Takie jest prawo, z którego słusznie korzysta Rakocy. Oczekiwanie, że wahadło wychylone w jedną stronę uczony pchnie akurat z taką precyzją, by znalazło się w stanie idealnej równowagi, byłoby w takiej sytuacji wygórowane. Nie mam pretensji, że Rakocemu zdarza się prezentować swoje stanowisko w sposób czy to przejaskrawiony, czy nazbyt uproszczony. Jak na przykład wtedy, gdy ustawia sobie adwersarza w roli tego, który z ideologii wyprowadzić próbuje na siłę teologię (czy raczej, jak pisze uczony, pseudo-teologię, „która wiedzie ku herezji” – s. 77).
Tam, gdzie propagatorzy dialogu wygłaszają pewne chwytliwe hasła, traktując je jako punkt dojścia, a nie punkt wyjścia do dalszych dociekań, tam Rakocy w sposób kategoryczny formułuje swoje przekonania, podobnie traktując je nie jako punkt wyjścia, ale punkt dojścia w dyskusji. W ten à rebours sposób wykreślone zostaje pole do dialogu – między samymi katolikami zajmującymi odległe pozycje. Nie, nie chcę przez to powiedzieć, że prawda leży gdzieś pośrodku – tak zresztą nie bywa prawie nigdy. Rzecz w tym, że pojawił się ktoś, kto przypomniał o kamieniach granicznych doktryny katolickiej, a tendencyjnym interpretatorom pewnych passusów Nowego Testamentu powiedział „sprawdzam”. Wywołani po imieniu winni się teraz odwrócić i podjąć rozmowę nie tylko z Rakocym, ale i ze wszystkimi, w imieniu których zabrał on głos.
Katolicki patriotyzm
Jestem wdzięczny zakonnikowi za tę książeczkę, w której zbiera i uzupełnia wcześniej publikowane w internecie poglądy. Szanuję odwagę, a to, co najbardziej mnie ujmuje – to rodzaj dobrej dumy z tego, że jest się katolikiem. Rakocy to katolik-patriota, wyznawca Chrystusa, który nie wstydzi się być tym, kim jest. Jak sam wyznaje: „wszystko to, co napisałem, napisałem z chrześcijańskiego punktu widzenia, ale nie znam innego, bo nie znam innego Zbawiciela niż Jezus Chrystus” (s. 78). Właśnie ta tożsamość z jednej strony, a judaizujące chrześcijaństwo z drugiej sprawiają, że Rakocy jawi się jako prorok prostujący sofistyczne ścieżki zwolenników dialogu, a nawet jako demaskator manipulacji (jedna z nich polega na przykład na wyprowadzaniu wniosku, że przymierze na Synaju trwa nadal, z przesłanki, iż Bóg tego przymierza nie odwołał).
Profesora zajmują dwa zasadnicze i powiązane ze sobą poglądy rzeczników dialogu: „Kościół nie zajął miejsca Izraela w Bożym planie, przez co Izrael pozostaje nadal ludem wybranym oraz że Żydzi kroczą własną drogą do Boga poza Chrystusem” (s. 11). W części poświęconej ocenie interpretacji Nowego Testamentu propagowanej przez dialogistów zwracają uwagę zwłaszcza dwa teksty: że Bóg nie odrzucił swego ludu, Izraela, i że Boże wezwanie względem niego jest nieodwołalne, przy czym, jak twierdzi biblista, „oba są błędnie interpretowane” (s. 45). Są w publikacji profesora rozdzialiki zdecydowanie lepsze, np. „Mit narodu wybranego” czy właśnie „Ocena argumentów z Pisma św.”, ale są również słabsze. Do tych ostatnich zaliczam „Ocenę wypowiedzi Magisterium Kościoła”.
Z nazbyt krótkiego przeglądu wynikałoby, że dominujący jest w stanowisku Kościoła czynnik ludzki, na pierwszy plan wysuwa się kurtuazja i koncyliacyjny ton. Prowadzi to zdaniem Rakocego do sytuacji, w której ocena judaizmu jest nie tylko niepełna, ale może wręcz odbiegać od stanowiska hagiografów Nowego Testamentu. Teza bynajmniej zadziwiająca jak na katolickiego egzegetę, dla którego jednym z podstawowych założeń hermeneutycznych powinno być czytanie Pisma w ramach żywej Tradycji Kościoła. Oczywiście jest prawdą, że w okresie posoborowym podejmowane są starania „turbodoładowania” i tak już akcentujących jedną stronę medalu wypowiedzi soborowych, ale przecież jest również prawdą, że u źródła poważniejszych wypowiedzi Kościoła stoi jednak pewne przekonanie teologiczne. Rakocy nie dostrzegłszy teologicznych przesłanek w stosunku Kościoła do Żydów, musi interpretować jedne wypowiedzi papieskie drugimi, i bronić Kościoła przed nim samym.
Dialog wewnątrzkościelny
Wracam do tego, co wydaje mi się w omawianej pozycji najważniejsze. Rakocy w imieniu wielu wiernych krytykuje sposób prowadzenia dialogu z judaizmem, a nawet więcej: zauważa, że katolicy wręcz nie akceptują samego dialogu, przynajmniej w tej postaci, jaką on przyjął. W tym kontekście pojawia się bodaj jedno z najmocniejszych twierdzeń autora Judaizmu po nieprzyjęciu Chrystusa:
Winni nieakceptacji owego dialogu przez wiernych są ci, którzy go prowadzą, bo sposób jego prowadzenia jest niezrozumiały i nieakceptowany wśród wiernych. Nie może grupa osób narzucać swojego myślenia społeczności wierzących – tym bardziej, że poglądy tej grupy są czasami błędne, czasami jednostronne czy też sofistyczne. Zamiast uczynić krok wstecz i zapytać wiernych, czego nie rozumieją, co widzą inaczej i dlaczego, oni prą na siłę do przodu. Siłowa postawa rozbudza w wiernych antykościelne i antyżydowskie nastawienie. Rozbudzają oni nastroje, z którymi (rzekomo) walczą. W ten sposób sami szkodzą dialogowi z judaizmem (s. 73).
A przecież wierni katolicy naprawdę są zainteresowani odkrywaniem żydowskiego dziedzictwa, o czym świadczą choćby popularne książki czy wystąpienia Branta Pitre'a (np. o żydowskich korzeniach Eucharystii czy Maryi). Być może sensus fidei pozwala katolikom-patriotom w jakiś intuicyjnie nadprzyrodzony sposób rozpoznawać, gdzie mają do czynienia z odkrywaniem ciągłości historii zbawienia, a gdzie propaguje się dwie alternatywne historie zbawienia, jedną z Chrystusem, a drugą bez Niego. „Między chrześcijaństwem a judaizmem występuje bowiem rozdźwięk w najistotniejszej kwestii, kwestii wiary w Chrystusa jako Mesjasza” (s. 66) – przypomina Rakocy.
Zamiast dialogu z „w pewnym sensie można by powiedzieć naszymi starszymi braćmi” (Jan Paweł II), trzeba by zacząć od dialogu z prawdziwymi braćmi. Zarówno z braćmi-rówieśnikami, jak i ze starszymi braćmi, czyli poprzednimi pokoleniami Kościoła Chrystusowego. Bo zdania są podzielone zarówno synchronicznie, jak i diachronicznie: nie ma zgody między dzisiejszymi katolikami, a tym bardziej trudno, jak dowodzi tego Rakocy, uzgodnić stanowisko między takim na przykład apostołem Pawłem a współczesnymi propagatorami dialogu z Żydami. Marzyłoby mi się, żeby Magisterium, podobnie jak czyniło to przed ogłoszeniem dogmatów maryjnych, analogicznie szeroko zasięgnęło opinii ludu Bożego w sprawie dialogu z Żydami. Dlaczego głos babci Kowalskiej w tej sprawie miałby się mniej liczyć niż zdanie teologicznego wykształciucha?
Nie wiem, jak miałyby w praktyce wyglądać takie konsultacje z wiernymi, ale, raz jeszcze, jawią się one nieodzowne, czego wymownym świadectwem jest dziełko Rakocego, a głębiej: to, co wywołało jego uzasadniony gniew.