• Idziemy

Ostatni Mohikanie?

Trzeba uznać, że to Bóg powołuje, a człowiek na powołanie odpowiada lub nie. Zdolność odpowiedzi na powołanie kształtuje się głównie w rodzinie, dlatego – jak przypomina kard. Robert Sarah – jeśli chcemy mieć księży, trzeba zadbać o kondycję rodzin – pisze ks. Henryk Zieliński.

Dla przyszłości wielu seminariów duchownych w Polsce ten rok będzie decydujący. Zgodnie z najnowszymi instrukcjami Stolicy Apostolskiej minimalna liczba kandydatów do kapłaństwa, uzasadniająca samodzielne istnienie diecezjalnego seminarium, została ustalona na poziomie trzydziestu mężczyzn. Wytyczne te zostały przypomniane biskupom polskim w czasie ubiegłorocznej wizyty ad limina. Wynikają one nie tylko z potrzeby racjonalizacji kosztów, choć i te w obecnej sytuacji ekonomicznej społeczeństwa i poszczególnych diecezji są istotne. Papież Franciszek jest na tym punkcie szczególnie wrażliwy. Najważniejsze argumenty za łączeniem mniejszych seminariów zawarte są w dokumencie „Droga formacji prezbiterów w Polsce. Ratio studiorum sacerdotalis pro Polonia”, obowiązującym od ubiegłego roku, jako adaptacja watykańskiego dokumentu z roku 2016.

Dokument zwraca uwagę, że do przygotowania kandydata na księdza konieczne jest nie tylko grono odpowiednich wychowawców i profesorów, ale także seminaryjna wspólnota. To ostatnie jest szczególnie ważne, gdy coraz mniej kandydatów ma szansę wzrastać przed seminarium w wielodzietnych rodzinach. Tylko jak to zrobić, kiedy jest aż pięć diecezjalnych seminariów w Polsce, do których w ubiegłym roku zgłosił się tylko jeden albo dwóch kandydatów? Do czterech kolejnych nie zgłosił się nikt! W sumie we wszystkich seminariach diecezjalnych w Polsce jesienią 2021 r. naukę na pierwszym roku lub na kursie propedeutycznym rozpoczęło zaledwie 242 alumnów. Do zakonów męskich zgłosiło się w tym czasie tylko 114 chętnych. Aż do 19 seminariów zakonnych w Polsce nie zgłosił się nikt! Kiedy na danym roku jest jeden lub dwóch kleryków, pojawia się defetyzm, trudno też zapewnić odpowiedni poziom kształcenia, choć liczba wychowawców nierzadko przewyższa liczbę studentów. Atmosfera, w której kleryk czuje się „ostatnim Mohikaninem”, nie sprzyja jego dojrzewaniu do kapłaństwa.

Stolica Apostolska postuluje w takich okolicznościach tworzenie seminariów międzydiecezjalnych, co praktykowane jest nie tylko w Europie Zachodniej, ale i gdzieniegdzie Polsce. Dla przykładu: diecezja bielsko-żywiecka od początku ma wspólne seminarium z archidiecezją krakowską. Jednak w większości biskupi dążą do utrzymania własnego seminarium. Chodzi nie tylko o możliwość wpływania na formację przyszłych kapłanów i ich zakorzenienie w specyfice diecezji, ale także o oddziaływanie seminarium na całą diecezję. Likwidacja własnego seminarium może wpłynąć na dalszy spadek liczby kandydatów. Prócz tego w grę wchodzą także względy natury historycznej i ambicjonalnej. Bo jak zamknąć seminarium, które niedawno budowano wielkim wysiłkiem, albo to, które ma długą tradycję? Biskupi nie chcą przechodzić do historii jako likwidatorzy, każdy woli być tym, który otwiera, a nie zamyka.

Aktualna sytuacja jest jednak na dłuższą metę nie do utrzymania. Wyznaczonego przez Stolicę Apostolską minimum kleryków nie osiąga już 19 seminariów diecezjalnych w Polsce. Jeśli odpowiednich decyzji nie wymusi Stolica Apostolska, to wymusi je życie. Biskupi i władze seminaryjne jak kanie dżdżu wypatrują zmiany trendu, zgodnie z którym kandydatów do kapłaństwa wciąż ubywa. Nie tylko do kapłaństwa zresztą, bo również do małżeństwa i do wszystkiego, co wiąże się z podjęciem decyzji na całe życie. Nie wszystko da się wyjaśnić zapaścią demograficzną. Trzeba uznać, że to Bóg powołuje, a człowiek na powołanie odpowiada lub nie. Zdolność odpowiedzi na powołanie kształtuje się głównie w rodzinie, dlatego – jak przypomina kard. Robert Sarah – jeśli chcemy mieć księży, trzeba zadbać o kondycję rodzin. Bóg zaś powołuje tylu robotników na swoje żniwo, ilu uzna za koniecznych. Do obsługi kultu i urzędów kościelnych wcale ich tak wielu nie potrzeba. Do głoszenia Ewangelii ludziom, którzy Boga nie znają – również w Polsce – potrzeba bardzo wielu. Kościół albo jest misyjny, albo obumiera. Stąd dla nowych powołań ważne jest przeżywanie swojego kapłaństwa przez już wyświęconych zakonników, księży i biskupów.

Tydzień modlitw o powołania kapłańskie i zakonne mamy w Kościele co roku. Zdążył na tyle spowszednieć, że podchodzimy do niego „na niby”, jak w wierszu Jana Brzechwy „Ryby, żaby i raki”. Ale wobec zaistniałej sytuacji warto się zdobyć na taką szczerą i gorliwą modlitwę o powołania, która zdoła nas przemienić. Bóg, jeśli tylko zobaczy, że świeccy naprawdę potrzebują kapłanów, a kapłani i biskupi są rzeczywiście utrudzeni pracą na niwie Pańskiej – nie na obcej – z pewnością odpowie na te potrzeby. On posyła tylu robotników na swoje żniwo, ilu realnie potrzeba
 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama