J. Ratzinger i C.S. Lewis: uważajmy, by nie czytać Biblii „z zasłoniętymi oczami”

C.S. Lewis pisał, że egzegeci dopatrują się ziaren u paproci, a przeoczają stojącego nieopodal słonia. Ratzinger, że widząc wielkie drzewo, tracą z oczu cały las. Literat i teolog zachowali nie tylko wiarę, ale i zdrowy rozsądek w kwestii interpretacji Pisma św.

Naukowców, ze względu na instynkt stadny, można przyrównać do ławicy ryb poruszających się długi czas w jednym tylko kierunku. By nastąpiła gwałtowna zmiana obranego kursu, trzeba do tego wybitnych jednostek. Clive Staples Lewis, jeśli pozostać w tej ichtiologicznej konwencji, byłby może raczej delfinem wprowadzającym zamieszanie przez sam fakt wpłynięcia w środek ławicy. Takim sceptycyzmem względem sceptycyzmu krytyków Biblii mógł wykazać się chyba tylko ktoś spoza grona uczonych w Piśmie. Kulturalnie, z humorem, a przede wszystkim ze zdrowym rozsądkiem idącym pod prąd liberalnych trendów w interpretacji ksiąg natchnionych. Z kolei Joseph Ratzinger należący do świata nauki, a zarazem wyniesiony ponad niego jako następca Piotra, mógł zmienić kierunek, w którym poruszała się ławica katolickich uczonych w Piśmie. Ryb katolickich zdrowienie rozpoczęło się zatem od głowy. Zachowała ona zdrowy rozsądek i na tyle krytyczny umysł, że mógł on wezwać do dokonania samokrytyki metody historyczno-krytycznej.

Sceptycyzm względem sceptycyzmu

W powstałym na bazie wygłoszonego wykładu eseju Ziarna paproci i słonie pragnął Lewis wyjaśnić źródło swego, jak sam pisał, „sceptycyzmu ignoranta” względem autorytetu ekspertów w dziedzinie egzegezy. Nie taki oczywiście ignorant ignorancki, na jakiego się krygował. Wszak wyposażony w szeroką znajomość literatury wszelakiej, której brak jego zdaniem kalał wnioski specjalistów od badania literatury biblijnej jedynie. Czytujących tylko Pismo św. oraz innych uczonych w Piśmie, których hipotezy powtarzają lub sami kreują nowe stające się pożywką dla innych. Nie mając jednak dostatecznego literackiego wyrobienia, łatwo popadają w błąd. Na przykład nie zasmakowawszy w legendach czy mitach – epitetują opowiadania Nowego Testamentu takim mianem właśnie. A potem wkraczają na tak przygotowany teren z walcem „demitologizacji”, której najbardziej znanym wyrazicielem stał się Rudolf Bultmann (1884-1996).

Zatem zdaniem zasiadającego na katedrze literatury Lewisa to właśnie brak literackiego obycia powoduje, że uczeni zajmujący się literaturą natchnioną – nie są w stanie dostrzec istoty tego, co czytają. W konsekwencji zaś potrafią podważać wiarygodność tych czy innych fragmentów Ewangelii, które logicznie i emocjonalnie tworzą zdaniem brytyjskiego znawcy literatury bezbłędną całość.  „Jakież dziwne procesy myślowe doprowadziły tego uczonego Niemca – pisał o wyżej wspomnianym ewangelickim teologu – do tak bezgranicznego zaślepienia, że nie widzi tego, co jest jasne dla wszystkich poza nim?”. W tym właśnie kontekście pada zarzut ubrany w metaforykę wykorzystaną następnie w tytule eseju:

Ci ludzie chcą, abym uwierzył, że umieją czytać między wierszami starych tekstów. A tymczasem rzuca się w oczy ich niezdolność do czytania (w jakimkolwiek sensie wartym podjęcia dyskusji) samych linijek tekstu. Dopatrują się ziaren u paproci, a nie dostrzegają słonia, stojącego w pełnym świetle o dziesięć jardów od nich.

Metafora mocna, na miarę Jezusowej przenośni, przywołanej zresztą później przez chrześcijańskiego apologetę w kontekście podważania przez tego lub innego uczonego autentyczności opisywanych przez ewangelistę cudów: „po przełknięciu wielbłąda, jakim jest Zmartwychwstanie, napina mięśnie do walki z tak drobnym komarem, jak nakarmienie rzeszy”. Wielu interpretatorów Nowego Testamentu przyjęło założenie, że cuda, od których Ewangelie wprost pękają w szwach, po prostu się nie zdarzają. Ewentualne przepowiednie Chrystusa dotyczące przyszłości – miałyby być jedynie rzuconymi w przeszłość opisami już spełnionych wydarzeń. Jak z tego rodzaju supozycjami prującymi treść Ewangelii polemizował Lewis? Podkreślając, że zagadnienie możliwości zaistnienia cudu należy do innego obszaru wiedzy (filozofii), i w tej materii uczeni nie mają większego autorytetu niż zwykli ludzie.

Kolejna pretensja brytyjskiego pisarza dotyczyła absurdalnego mniemania teologów liberalnych przekonanych, że im dopiero udało się pojąć Chrystusowe nauki w sposób właściwy. Mylili się ówcześni Jemu, wychowani w tej samej kulturze, ukształtowani tymi samymi obyczajami, „a dopiero nowożytni uczeni ekshumowali je i przywrócili im właściwy sens”. I znów w sukurs Lewisowi przyszła literatura, w której to dziedzinie też pojawiają się kolejni twardogłowi uczeni odkrywający na nowo prawdziwy sens sztuk Szekspira, zakryty przed poprzednimi pokoleniami. Gębę dorabia się też nieżyjącym (tylko żywi mają rację) filozofom, tak że nawet Platon może nagle okazać się heglistą, przynajmniej do momentu, kiedy znów przestanie nim być.

Najcięższe zaś z wytoczonych przez autora Opowieści z Narni oskarżeń dotyczy rekonstrukcji dokonywanych przez badaczy próbujących dociekać genezy natchnionych tekstów. Na kim się opierali, pisząc; gdzie i kiedy tworzyli swoje dzieła; do kogo i w jakim celu były one adresowane – to niektóre z pytań, na które udziela się hipotetycznych odpowiedzi. Przy czym, co ważne, jedna hipoteza rodzi kolejną, w rezultacie czego komentator oplata biblijne przesłanie łańcuchem hipotez. Nie wystarczy domniemanie, że któryś z bohaterów Nowego Testamentu nie powiedział tego, co powiedział; trzeba jeszcze uzasadnić, w jaki sposób jego niewyznane wyznanie znalazło tak szeroki rozgłos. Jak wskazuje elementarna matematyka, prawdopodobieństwo ciągu hipotez maleje, a w przypadku wielostopniowych rekonstrukcji wręcz zbliża się do zera.

W ocenie założonej przez badaczy metody i tym razem Lewis posłużył się doświadczeniem literackim, a dokładniej: perypetiami związanymi z krytyką jego własnych tekstów oraz publikacji przyjaciół, których warsztat pracy dobrze znał. Na oczach twórcy fantastyki powstawały iście fantastyczne historie mające się nijak do rzeczywistego pochodzenia omawianych dzieł, mimo że ich recenzenci oddychali tą samą co autor atmosferą (język, kultura, wykształcenie). Te fantasmagorie prowadziły go do sceptycyzmu względem przyjętej przez krytyków tekstu metody, co wyraził w charakterystycznym dla siebie stylu: „Nie przypominam sobie ani jednego trafienia. Ponieważ jednak nie prowadziłem ścisłej obserwacji, moje wrażenie może być mylne. Z całą pewnością mogę powiedzieć tylko, że zazwyczaj się mylą”.

Lewis rozprawia się ponadto z tego rodzaju myśleniem, które pozostaje podejrzliwe wobec wszystkich teologicznych treści, od których historyczne opisy miałyby pozostawać rzekomo wolne. Sugerowanie, że teologia została później „nadpisana”, „po pierwsze zakłada, że wiemy, iż w tych sprawach w ogóle miał miejsce jakiś postęp, i po drugie – że wiemy, jak szybko się dokonywał”. Dodatkowo – punktował obrońca wiary – przyjmuje się tutaj „niezwykłą jednolitość i ciągłość tego rozwoju”, zaś „zdecydowanie wyklucza, żeby jeden myśliciel mógł wyraźnie wyprzedzić drugiego”. Pierwotny charakter – moglibyśmy dodać – mogą mieć jedynie elementy proste, bo tak każe darwinistyczny odruch. Jednak kto doktrynę wywodzi z prostej komórki teologicznej, ten dziedzinę ludzkiego ducha sprowadza do procesów przyrodniczych.

„Nie chciałbym, byście tłumili sceptycyzm w waszych umysłach. Sugeruję tylko, byście tego sceptycyzmu nie ograniczali do Nowego Testamentu i chrześcijańskich dogmatów” – w ten nieco przewrotny sposób zdroworozsądkowy literat zachęcał anglikańskich duchownych do swego rodzaju agnostycyzmu względem ówczesnej egzegezy biblijnej. Teologia liberalna zaprezentowana zwykłemu człowiekowi „może dać tylko jeden z dwóch skutków: stanie się on albo rzymskim katolikiem, albo ateistą”. W tym proroctwie Lewis nie uwzględnił jednak, że podobny kryzys dosięgnie również katolickiej interpretacji Biblii.

Krytyka wymierzona w krytykę

Bodaj największą batalię o kształt współczesnej egzegezy biblijnej stoczył Joseph Ratzinger – późniejszy papież Benedykt XVI. Co ciekawe, również w jego postulatach pod adresem interpretatora ksiąg biblijnych dostrzec można podobną anglikaninowi zdroworozsądkowość, tyle że wkomponowaną w teologiczne i naukowe rozważania. Jest charakterystyczne dla katolickiego teologa, że swoje poglądy formułował tak z pozycji wiary, jak i z pozycji nauki – żądając od metody historyczno-krytycznej samokrytyki dokonanej na mocy samego rozumu. Należący do świata nauki, a zarazem wyniesiony ponad niego jako następca Piotra, dzięki zasiadaniu na jego katedrze mógł zmienić kierunek, w którym poruszała się ławica katolickich uczonych. Ryb katolickich zdrowienie rozpoczęło się zatem od głowy.

Gdyby jakiś krytyk zestawił poglądy Lewisa („sceptycyzm względem sceptycyzmu”) i Ratzingera („krytyka krytyki”), odkryłby z pewnością daleko idącą zbieżność przekonań. Bodaj najmocniej wybrzmiała ona w prelekcji dotyczącej kontrowersji związanych z nowożytnymi metodami egzegezy, którą kardynał wygłosił w luterańskim Center on Religion and Society w Nowym Jorku (1988 rok). Prelegent wskazywał wtedy na hipotetyczność wyników badań prowadzonych metodą historyczno-krytyczną, kwestionował „samą podstawową ideę, opartą na zwyczajnym przeniesieniu ewolucyjnego modelu nauk przyrodniczych na historię ducha”, odsłaniał aprioryczne założenia, a nawet filozoficzne uwarunkowania towarzyszące egzegetom, krytykował odrzucanie świata nadprzyrodzonego w interpretacji Biblii i postulował uznanie wiary za jedyne „kryterium rozumienia, które na Biblii nie wywiera dogmatycznego gwałtu”.

Co jeszcze ciekawsze, swoje wystąpienie rozpoczął kardynał od odwołania się do literatury (co prawda zorientowanej teologicznie). W Krótkiej opowieści o Antychryście Władimir Sołowiow prezentował Antychrysta jako słynnego egzegetę ze stopniem naukowym otrzymanym na Uniwersytecie w Tybindze. W ten sposób prawosławny pisarz – w interpretacji byłego profesora wspomnianej uczelni – „drastycznie wyraził swój sceptycyzm w stosunku do pewnego typu erudycji biblijnej tamtych czasów”, której rzekomo ściśle naukowa egzegeza, w której Bóg nie ma już nic do powiedzenia, „może w rzeczywistości stać się narzędziem Antychrysta”. To nie jedyne odwołanie do literatury w Ratzingerowej spuściźnie. Dla przykładu: do autorów kolejnych rekonstrukcji historycznego Jezusa można „odnieść słowa, które Faust wypowiada do wierzącego w naukę Wagnera: «Duch czasów czy Duch Dziejów, jak mówicie, to jest wasz własny duch, mój drogi! A czasy mają swoje w nim odbicie»”.

Sprowokowany tym podobieństwem zdroworozsądkowej myśli Lewisa i Ratzingera, a także posiłkowaniem się literaturą w uzasadnianiu stanowiska zajmowanego wobec egzegezy biblijnej, mógłby jakiś badacz dokonać rekonstrukcji wskazującej na to, że teolog z Niemiec spożytkował myśli brytyjskiego pisarza. A choć prawdopodobieństwo trafienia nie było duże, tym razem hipoteza okazałaby się trafiać o dziwo w tarczę! Kardynał rzeczywiście znał i cenił treść eseju Ziarna paproci i słonie, na co dowód zostawił w przywołanym wystąpieniu. Po wstępnym zarysowaniu kondycji egzegezy konstruującej coraz to bardziej rozgałęziające się hipotezy stające się w końcu dżunglą pełną sprzeczności – Ratzinger już w pierwszym przypisie odsyłał do powstałego trzy dekady wcześniej tekstu: „W świeży i bezpośredni sposób, także jednak z dużą kompetencją literacką, sytuację tę odmalowuje C.S. Lewis”.

 

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..