Jeśli Ministerstwo Sprawiedliwości ma rację, to prawo łamie każda grupa powołana do wyjaśnienia nadużyć, która kontaktuje się z poszkodowanymi. Dotyczy to nie tylko przyszłej komisji kościelnej, ale też komisji powoływanych w diecezjach. Wszystkie one zajmują się słuchaniem skrzywdzonych, bo właśnie o to skrzywdzeni nieraz apelowali.
19 lipca Ministerstwo Sprawiedliwości wydało opinię – podpisaną przez wiceministra Arkadiusza Myrchę – na temat projektu statutu kościelnej komisji badającej przypadki wykorzystania seksualnego. Resort uznał, że projekt jest niezgodny z polskim prawem. Projekt statutu był wcześniej wysłany do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, a MSWiA przekazało go do zaopiniowania kilku innym instytucjom – byli to m.in. Rzecznik Praw Dziecka, Instytut Pamięci Narodowej, państwowa komisja antypedofilska i właśnie MS. Jedynie resort sprawiedliwości uznał zapisy statutu za bezprawne. O ile w przypadku IPN zrozumiałe jest to, że jego opinia dotyczy relacji kościelnej komisji z nim samym, o tyle w przypadku RPD czy państwowej komisji kwestia niezgodności z prawem czy ochrony poszkodowanych i świadków powinna się w opinii znaleźć – jeśli rzeczywiście doszukano by się tu problemów.
Nie wolno pytać
Zastrzeżenia dotyczą kilku kwestii (w tym np. nieprecyzyjnych definicji i błędnych sformułowań), ale przede wszystkim podstawowego zadania przyszłej komisji, jakim ma być wysłuchanie skrzywdzonych. MS stwierdza, że w polskim prawie nie ma czegoś takiego, jak „wysłuchanie”, że gromadzenie informacji o czyimś życiu seksualnym jest bezprawne, a w dodatku zadania komisji dublowałyby się z pracami wymiaru sprawiedliwości. Resort stwierdza, że wysłuchiwanie poszkodowanych poza państwową procedurą przesłuchania prowadziłoby do wtórnej wiktymizacji, czyli mówiąc prościej, dodawałoby skrzywdzonym bólu. I, według ministerstwa, nie miałoby znaczenia to, że wysłuchanie byłoby dobrowolne.
Apele skrzywdzonych
Nie zamierzam wchodzić w spór między zwolennikami „zespołu biskupa Odera” i „zespołu prymasa Polaka”, które przygotowywały statut komisji. Z kilku powodów. Po pierwsze, koniec końców oba zespoły są zespołami Konferencji Episkopatu Polski. Zostały powołane przez KEP, one odpowiadają przed KEP, KEP odpowiada za nie. Po drugie, zarzuty, jakie stawia statutowi ministerstwo dotyczyłyby komisji w każdym kształcie. Jeśli wiceminister Myrcha ma rację, to prawo łamie każda grupa powołana do wyjaśnienia nadużyć, która kontaktuje się z poszkodowanymi. Dotyczy to także komisji powoływanych w diecezjach. Wszystkie one zajmują się słuchaniem – poza procedurą karną, bo nie są częścią państwowego aparatu sprawiedliwości – osób, które ucierpiały. Stanowisko ministerstwa jest tym bardziej dziwne, że wysłuchanie przez przedstawicieli Kościoła to właśnie to, o co publicznie apelują skrzywdzeni.
Ministerialny dokument jest opinią na temat projektu, który zresztą można poprawiać. Nie oznacza jeszcze odmowy rejestracji kościelnej komisji. Jeśli jednak resort poważnie traktuje własną opinię, to jej skutki – a ściślej: skutki sposobu myślenia, jaki zaprezentowano – powinny być bardzo poważne. Nie tylko dla grupy, nad statutem której pracuje zespół bp. Sławomira Odera. Ale czy naprawdę tak jest? Pewne jest tylko jedno: negatywna opinia nie przyspieszy powstania komisji.
Ten artykuł powstał dzięki naszym Darczyńcom. Dziękujemy za Wasze wsparcie.