Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Edmund Wnuk-Lipiński

Banalny romans biurowy, który wstrząsnął światem

Poetyka raportu Starra jest współczesnym tarzaniem nieszczęśnika w smole i pierzu

Nie jest pewne, czy Clinton przetrwa burzę, którą zresztą sam rozpętał Wiadomo jednak, że przetrwa system amerykańskiej demokracji, który potrafi być niezwykle wymagający dla swoich liderów, a w przypadkach skrajnych - może być okrutny.

Clinton rozpoczął swoje urzędowanie w Białym Domu od zawieszenia na ścianie sloganu: "Przede wszystkim gospodarka, głupku!" Obok niego powinien powiesić jeszcze jeden slogan: "I zapomnij o panienkach!" Gdyby jeszcze potraktował to drugie wskazanie równie serio jak pierwsze, prawdopodobnie przeszedłby do historii USA jako jeden z bardziej udanych prezydentów. A tymczasem - wstyd na cały świat i w dodatku zupełnie poważne zagrożenie procedurą, zwaną po angielsku "impeachment", a polegającą w skrócie na zdjęciu prezydenta z urzędu i to w niesławie. Jak wiadomo, Nixon - zagrożony impeachmentem - wolał sam zrezygnować niż poddać się tej procedurze i przejść do historii Stanów Zjednoczonych jako drugi prezydent, który w ten sposób zakończył urzędowanie w Białym Domu.

Część komentatorów uważa, że oto jesteśmy świadkami kryzysu amerykańskiej demokracji, a w każdym razie - kryzysu prezydentury w tym kraju. Na pierwszy rzut oka istotnie tak to wygląda. Prezydent największego mocarstwa upokorzony został maksymalnie, niczym chłopak przyłapany na gorącym uczynku manipulowania pod kołdrą. Średniowieczny pręgierz, w który kiedyś wkładano ludzi, uznany został za barbarzyński sposób wymierzenia kary, bowiem naruszał sam rdzeń godności człowieka, uprzedmiotowiał go i czynił zeń obiekt zabawy pospólstwa. A przecież tamten pręgierz jest kaszką z mlekiem w porównaniu z globalnym pręgierzem, pod którym umieszczono Clintona. W końcu wtedy nie było globalnej telewizji ani internetu i upokorzenie delikwenta nie przekraczało granic społeczności lokalnej. Teraz, w najbardziej oddalonych zakątkach globu można poczytać raport prokuratora Starra i wyławiać zeń co smakowitsze kąski. Na dodatek nikt nie zarzuci czytelnikowi, że sięga po pornografię, bo jakby nie było - jest to dokument urzędowy. Rozwija się już całkiem spory przemysł gadżetów nawiązujących do sprawy: ubiory z imitacją spermy prezydenta, koszulki z odpowiednimi napisami etc. Wydaje się więc, że jesteśmy świadkami scen, które jako żywo przypominają ostatnie lata istnienia Imperium Romanum, kiedy degeneracja ośrodków kierowniczych osiągnęła apogeum, a pospólstwo ochoczo wzięło udział w zabawie, która zakończyła się ostatecznym upadkiem Rzymu i przez późniejszych historyków uznana została za kres starożytności.

Sądzę jednak, że te apokaliptyczne wizje są przesadzone. W moim bowiem przekonaniu nie mamy do czynienia z kryzysem prezydentury w USA, ani tym bardziej - z kryzysem demokracji, a co najwyżej - z kryzysem administracji Clintona, która może nie przetrwać do końca kadencji. Kryzys ten, obok swych niewątpliwych implikacji politycznych, ma także aspekt obyczajowy i moralny, który jest chyba nie mniej ważny niż czysta polityka.

Przede wszystkim odpowiedzieć sobie trzeba na pytanie, czy polityk najwyższego szczebla, zajmujący swe stanowiska z powszechnych wyborów, ma prawo do życia prywatnego, czy też 24 godziny na dobę żyć musi w szklanej klatce: bez firanek, a każde jego zachowanie powinno być rejestrowane przez kamery i mikrofony? Odpowiedź wydaje się oczywista, choć w świetle tego, co dzieje się z Clintonem, wcale oczywista nie jest. Tak, polityk ma prawo do życia prywatnego, ma prawo do fragmentów dni czy nocy, które są zastrzeżone i niedostępne oczom i uszom opinii publicznej. Ma do tego prawo choćby z powodu higieny psychicznej. Ma prawo, ale pod jednym warunkiem: podejmowane w owym zastrzeżonym azylu prywatności działania nie mają związku z pełnioną przezeń rolą publiczną, a zwłaszcza - nie wiążą się w żaden sposób z bezpieczeństwem państwa. Jeśli tak, to działania prezydenta w owej sferze prywatnej (włączając w to ewentualne romanse ze stażystkami) nie podlegają ocenie publicznej, a są jedynie sprawą sumienia danego polityka i mogą interesować jego żonę, nie zaś pannę Smith z pralni w Cincinnati czy lidera opozycyjnej większości w Kongresie (naturalnie, jeśli owa stażystka nie jest przypadkiem kadrowym oficerem wywiadu innego państwa). Panna Lewinsky, jak wykazało dochodzenie prokuratora Starra, była istotnie tylko stażystką.

Tu pojawia się jednak pewna komplikacja. Otóż związek prezydenta Clintona z Monicą Lewinsky był banalnym romansem biurowym. Dział się w pomieszczeniach biurowych, a prezydent Clinton i Monica Lewinsky spotykali się, wykorzystując do tego celu swoje role zawodowe. Prokurator Starr miał więc silne formalne podstawy, aby prześwietlić ten związek. Czy jednak powinien to zrobić w taki brutalny sposób? Tu zgadzam się z dyplomatycznym stwierdzeniem Václava Havla, który, występując z Clintonem na pierwszej konferencji prasowej po ujawnieniu szczegółów afery, powiedział: "Są to sprawy, których nie rozumiem".

Zadaniem prokuratora Starra było ustalenie, czy Clinton kłamał pod przysięgą, czy też nie. I nic ponadto. Do udowodnienia prezydentowi mijania się z prawdą wystarczyło bezsporne ustalenie faktów, bez wchodzenia w ginekologiczne szczegóły. Lektura raportu, dostępnego na całym globie poprzez internet, wskazuje jednak na coś innego. Szczegóły zbliżeń seksualnych tych dwojga ludzi stają się głównym przedmiotem zainteresowania. Wielka polityka miesza się z poetyką magla i pisemek pornograficznych. Odnosi się wrażenie, iż celem raportu jest nie tyle ustalenie pewnych bezspornych faktów dotyczących prawdomówności lub kłamliwości prezydenta, co upokorzenie człowieka, który popełnił ewidentny błąd, odarcie go z godności i wystawienie na pośmiewisko gawiedzi. Poetyka raportu Starra jest współczesnym tarzaniem nieszczęśnika w smole i pierzu.

Nie zamierzam bronić Clintona, bronić go będą prawdopodobnie całe zastępy najwybitniejszych prawników amerykańskich. Chcę jedynie zwrócić uwagę na fakt, iż przy tej okazji nie tylko została przekroczona granica dobrego smaku, ale także pewna norma, która nie pozwalała w walce politycznej schodzić poniżej pewnego poziomu. Teraz już wszystkie chwyty są dozwolone, jeśli tylko prowadzą do celu, czyli moralnego zniszczenia przeciwnika politycznego. Nawet, a może zwłaszcza - chwyty poniżej pasa.

Banalny romans biurowy, który wstrząsnął światem, będzie zatem miał konsekwencje nie tylko dla samego Clintona, ale także dla obyczajowości politycznej. Kandydatów na najwyższe urzędy oczywiście nie zabraknie, ale ci, którzy po walce wyborczej te urzędy zajmą, będą już wiedzieli, że każdy moment ich życia, łącznie z momentami najbardziej intymnymi, może stać się przedmiotem publicznej rozrywki. A coś, co kiedyś mogłoby być co najwyżej problemem wewnątrzrodzinnym i tematem plotek prasy brukowej, teraz stać się może elementem gry politycznej, prowadzonej całkowicie serio i w majestacie instytucji konstytucyjnych. Demokracja amerykańska nie poniesie szwanku, instytucja prezydenta w tym kraju też nie zostanie naruszona. Okaleczony będzie jedynie Clinton i jego rodzina. A panna Monica Lewinsky prawdopodobnie zrobi karierę i zarobi fortunę, o jakiej nie śniło się naszej rodzimej Anastazji P., jej nieudanej prekursorce.



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: demokracja Clinton Starr Biały Dom Monica Lewinski
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W