Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Julia Hartwig

BYWAŁY TAKŻE DNI SZCZĘŚLIWE

Nie umarł cały, i tak właśnie pragnęłabym o Nim myśleć, wskrzeszając aurę otaczającą Jego osobę, wspominając Jego twarz, gestykulację, słowa poważne i żartobliwe; Jerzego siedzącego w fotelu, zdejmującego z ramienia ciężką czarną torbę wypchaną książkami w naszym przedpokoju, witającego nas w swoich własnych progach na Lenartowicza.

Od lat pięćdziesiątych znajomi, a potem coraz serdeczniej zaprzyjaźnieni, oboje, z Arturem, komunikowaliśmy się z Nim na tyle często, by móc przekazywać sobie dość regularnie wydarzenia życia, żywym głosem lub listownie. Znaliśmy i kochaliśmy całą Jego rodzinę, żonę Annę, córki - Joannę, Magdalenę i Elżbietę, wtajemniczani byliśmy w ich sukcesy, a potem śledziliśmy dorastanie wnuków. Jerzy zaś z kolei obdarzał swoimi na wpół już rodzinnymi uczuciami naszą córkę Danielę, którą znał od dzieciństwa, a odwiedzał w Stanach, kiedy tam studiowała, a On otrzymywał doktorat honorowy uniwersytetu w Yale.

Znałam wartość Jego osoby, autorytet społeczny, jakim się cieszył, coraz wyraźniej ważąc na życiu naszej kultury i świadomości oświeconej części naszej społeczności. Wiedziałam, że był cenny jak kryształ, nie do zastąpienia, że był jakby jednym z kamieni węgielnych naszej współczesności i rozumiałam, jaką szansą stało się w moim i Artura życiu to, że mogliśmy się z Nim zaprzyjaźnić. Nigdy jednak ten ciężar misji publicznej, jaką spełniał, nie zaciążył na naszej przyjaźni. Szedł za swoją piękną naturą tak po prostu, jakby szlachetność była tak oczywistą jego przynależnością jak część Jego ciała, nos lub ręka. Wspaniały kruszec. A przecież w przyjaźni tak oddany, ciepły, uważny, tak żywy w swoich zachwytach, refleksjach, w opowieściach z rozlicznych podróży, ze spotkań z ciekawymi i znakomitymi ludźmi, z zetknięć ze sztuką, z malarstwem, które tak kochał, z literaturą, której był oddanym czytelnikiem.

Nie było w tym jego stosunku do sztuki nic wymyślonego: ciekawił go nie tylko teatr, ale także kino i telewizja. Należąc do najwyższej elity umysłowej, trafiał do tych sztuk i rozrywek drogą zwykłych ludzi, których czuł się bratem. Umiar i stanowczość, połączona ze zrozumieniem racji drugiego, sumienność znajdująca wyraz w wywiązywaniu się z zobowiązań wobec ludzi, wstręt do jakiegokolwiek szowinizmu, ciekawość życia, od najdrobniejszych perypetii i anegdot do wielkiej polityki, prostota i zadziwiająca skromność - to wszystko przyciągało do niego i budziło podziw. Reszta była już po prostu przyjaźnią, uczuciem, serdecznością.

Wielokrotnie namawialiśmy Jerzego, żeby pisał pamiętniki: podróżował przecież więcej niż inni, a były to zawsze podróże pracowite, na konferencje, zjazdy, synody, znał wielu ludzi znakomitych. Ale on nie kwapił się jakoś do spisywania pamiętników. Wyraźnie nie leżało to w jego temperamencie. A przecież zachowały się jakieś fragmenty jego przeżyć i wrażeń, w nieregularnie, ale stale przesyłanych listach do przyjaciół. Pisanych często pod wrażeniem chwili, albo sprawozdających dni minione. W tych listach zachowała się jakby część jego życia. Więc do nich sięgnęłam dziś, kiedy nie możemy Go już usłyszeć. W tych listach słyszę pogłosy Jego pogwarek i tu, w Warszawie, gdzie tradycyjnie pojawiał się za każdym niemal przyjazdem, żeby zjeść z nami kolację, z równie tradycyjnym śledziem, a przedtem posiedzieć w fotelu ze szklaneczką whisky - a także długich naszych nocnych rozmów w Stony Brook, w Stanach, jesienią ’73 roku, gdzie spędził kilka dni w naszym domu. Listy adresowane są często na Paryż, na Iowę, Stony Brook czy Waszyngton, do miejsc, gdzie zatrzymaliśmy się na czas jakiś w latach 70. i 80. Pisane zaś są przez Jerzego z Krakowa a także z najróżniejszych miejsc w podróży, głównie z Rzymu, ale również ze Szwajcarii, Austrii, Anglii, a nawet z Brazylii.

*

Zawitawszy po raz pierwszy do Rzymu, pisał:

Asyż, 5 maja ’57: "Dziwna to dosyć rzecz, ale od 2 tygodni z górą jestem we Włoszech (po raz pierwszy). Kraj cudowny (zresztą zna go Pani lepiej ode mnie), a »szok zachodni« dosyć silny. Dotąd byłem w Rzymie i okolicy, teraz półtora dnia w prześlicznym Asyżu. Jutro jadę »obwąchać« Florencję, pojutrze wieczór wracam do Rzymu i powoli trzeba się będzie zbierać do kraju".

A po trzydziestu sześciu latach z tego samego Rzymu:

Roma, 31 maja ’93: "Więc jesteśmy znów w Rzymie, ja już - if am not mistaken - po raz chyba 35, poczynając od r. 1957 (przeciętnie raz w roku). Pogoda wspaniała, słońce, upał (aż za nadto). Chodzimy po mieście, odwiedzamy przyjaciół".

Kiedy po roku ’68 wyjeżdżamy z Arturem i naszą córką do Stanów, gdzie spędziliśmy następnie cztery lata, przy ośrodkach uniwersyteckich, pisuje do nas Jerzy regularnie.

Bez daty, rok 1971: "U nas wszystko po staremu, młyn się obraca, ja byłem z końcem marca 8 dni w NRF na obradach World Conference of Religion for Peace - koło Düsseldorfu, potem 2 dni w Bonn i 2 dni we Frankfurcie - właśnie były tam rozruchy studenckie. Poszedłem na »Last Tango in Paris«, ale prawdę mówiąc wolałbym pojechać do Stony Brook! Anna zaś za 10 dni wyrusza najpierw do Belgii, a potem do Prowansji kościółki romańskie podpatrywać. Czyli się ruszamy póki co! A u Was co słychać? Ogromnie się za Wami stęskniliśmy".

14 stycznia 1971: "Wenecja cudowna, upał jak diabli, pełna po brzegi turystów, zwłaszcza całe tabuny teen-agers, dosyć to było fascynujące, acz z forsą było krucho (jak to zwykle, nasi za granicą). Wróciłem śmiertelnie zmęczony (w Wenecji od rana do wieczora na nogach, a potem pociąg), ale nafaszerowany różnymi energiami intelektualno-duchowymi, z którymi nie wiadomo potem, co zrobić".

Raz po raz wraca w listach do spraw "Tygodnika".

Kraków, 21 stycznia 1971: "W najbliższym numerze wg wszelkiego prawdopodobieństwa będzie już felieton Kijka, Kijek pięknie się spisuje (raczej: wypisuje) i śmiało, i jakoś mu to uchodzi. Ucieszyła mnie bardzo nagroda PEN Clubu dla Ciebie [mowa o Arturze Międzyrzeckim - J.H.], bardzo serdecznie ci gratuluję".

Kraków, 29 maja 1971: "»Tygodnik« jako tako prosperuje, dostaliśmy wreszcie 8 stron (zamiast 6), trochę to może ożywiło i wzbogaciło pismo. Kisiel pisuje, trochę bryka, ale inaczej niż dawniej, Andrzej [Kijowski, przyp. J.H.] miał parę znakomitych felietonów..."

Rzym 21 X 1971: "Ja niestety im [tj. córce i żonie, przyp. J.H.] nie towarzyszę, choć radbym, bo biegam koło synodu. Ale dziś rano urwałem się i pojechaliśmy we trójkę do Ostii, która jest piękna i bogatsza niż pamiętałem. Zresztą na 14 musiałem wracać do Rzymu, więc widzieliśmy zalewie połowę tego, co tam było do oglądania. Pogoda była śliczna, słońce, jaszczurki, świerszcze, stokrotki 4 x większe niż w Polsce. (...) Ja mam robotę ciężką, biskupi się uwzięli i obradują rano i po południu, wskutek tego 2-3 x dziennie są konferencje prasowe, do tego również odczyty, co tydzień zbieram ze 200 stron różnych dokumentów, ich studiowanie zajmuje cały dzień, a pisanie cotygodniowej korespondencji dalsze pół nocy albo więcej. Do tego dwa telefony (z Krakowa, dla przekazania korespondencji). Zawsze są kłopoty i nerwy, np. w ostatni poniedziałek niemal cały dzień siedziałem przy telefonie bezskutecznie. Ale narzekać nie mogę, choć Synod jest pod pewnymi względami décevant, ale gromada miłych i serdecznych przyjaciół z Solon. Tylko jeść nie ma kiedy, bo konf. prasowe są na ogół do 13-16 oraz o 20! Trzeba mieć do tego końskie zdrowie, a1e widocznie je mam?"

Kraków, 17 marca 1972 (do Stony Brook - przyp. J.H.): "A ja? No cóż, żyję w obłędzie, którego elementy są wam zapewne znane od Marka S. Ostatnio w W-wie i Krakowie odbywaliśmy nieskończoną ilość zebrań i konwentykli, na których zupełnie bezskutecznie usiłowaliśmy rozwiązać kwadraturę koła, »Tygodnik« wychodzi, boryka się z różnymi trudnościami, ale ostatecznie nie jest taki zły, jaki mógłby być. Powiedzmy średni. Zresztą ufam, że go dostajecie, więc wiecie sami. (...) A do U.S. wybieram się, co nie znaczy, że pojadę, jednak dopiero jesienią, ściślej w połowie września. Z czego wynika, że się tam możemy nie spotkać, co mnie martwi, bo byłoby to spotkanie na szczycie (w sensie np. szczyt napięcia, radości etc.) i bardzo oryginalne. A u was?? Cieszę się, że się tam cała grupka naszych przyjaciół, współpracowników »TP« zebrała w tej Jałowej, wy, Marek S., Marek N. - a może jeszcze ktoś dojedzie? Nawet pisałem do Spodka, że może byście napisali taki wspólny reportaż z Iowy na cztery ręce, czy cztery pióra, z tym, żeby każde napisało osobny rozdziałek: Julia, Artur, Marek S., Marek N.".

Louvain, 12 września ’72: "Nie macie pojęcia, jak się na spotkanie z Wami cieszę, aczkolwiek - muszę przyznać w skrytości serca, że przed całą tą podróżą mam diabelnego pietra!"

Zakopane (bez daty): "O Ameryce myślę ze zdumieniem, czy ja tam naprawdę byłem?? A najserdeczniej, najczulej i najmilej Was wspominam. Na razie ta karteczka, a list dłuższy w drodze".

Kraków, l stycznia ’73: "Moje zdjęcia zrobione w Stony Brook wypadły nie najgorzej, przyślę jak tylko będę mógł powiększenia. A wy? Miło mi, że znając Wasze realia mogę sobie wyobrazić, jak żyjecie - wigilia z Kijkiem, Artur przygotowuje wykłady i szuka miejsca na parkingu, skunks grasuje koło garażu, Julia zamyka i otwiera bramę, Daniela urządza i maluje swój pokój i ogląda filmy. A co poza tym? Może byście jakieś wierszyki przysłali do »TP«?"

Londyn, 17 października ’73: "W Londynie nie byłem 12 lat, oglądam Piccadilly i Soho (by night), zmianę gwardii pod Buckingham Palace, w niedzielę słucham mówców w Hyde Parku. Poza tym spotykam przyjaciół - Polaków i Anglików. Wygłosiłem odczyt (dla Polaków) o Maritainie, na najbliższy weekend wyskoczę do Szkocji, potem na tydzień do Irlandii (Dublin, nie Belfast!), w międzyczasie skoczę do Oxfordu zobaczyć Leszka K. A poza tym co?? Śledzę z niepokojem wojnę na Bliskim Wschodzie, z nadzieją, że nie będzie z tego światowej draki. Nie muszę mówić, po której stronie są moje sympatie. Że Spiro Agnew wyleciał, to mnie nie zmartwiło. Bardziej się przejmuję sprawą Sacharow-Sołżenicyn. Czy zachód (tj. raczej zach. Europa) zdoła wymusić jakieś ustępstwa na Wielkim Bracie? Nie mam wielkiej nadziei, ale może chociaż coś..."

Kraków, 25 marca ’73 (do Stony Brook - przyp. J.H.): "Z opóźnieniem jak zwykle, ale nie mniej serdecznie, życzymy Wam wszystkiego, co najlepsze, aby się Wam wiodło we wszelkiej pracy twórczo-naukowej, aby benzyna potaniała i Long Island Railroad nie strajkowała, aby się nam świat do reszty - jak zdechły pies - nie przewrócił do góry nogami, na co się coraz bardziej zanosi".

Kraków, 24 lipca ’75: "Właśnie skończyłem w męce artykuł o Mounierze - po francusku dla Francuzów (!?) jeszcze bym powinien napisać referat o polskim katolicyzmie dla... Amerykanów, a w ogóle to odpocząć by warto".

Kraków, 2l września ’75: "Gościliśmy tu w Krakowie - jak wiecie - Antoniego S. - celebrowaliśmy jego obecność na różne sposoby, wydaje mi się, że był zadowolony. Teraz myślimy o jego nadchodzącym 80-leciu".

Kraków, 22 marca ’78: "Będę miał
3-dniowy meeting chrześcijański w Hadze, ale chcę skoczyć do Rotterdamu Zadkine’a odwiedzić, a potem po Amsterdamie połazić. Z góry cieszę się na Vermeera, a nawet (?) na Rembrandta".

Rzym, 10 października ’78: "Miałem wracać 3 dni temu, ale papież umarł, więc oczywiście zostaję aż do wyboru jego następcy. Bardzo są to emocjonujące przeżycia, od niedzieli na Placu Św. Piotra będę wypatrywał białego dymu!"

Bolonia, 29 stycznia ’79: "Moi kochani, no i chodzę tu po śladach Artura. Bolonia piękna, wieże, arkady - tylko pogoda brzydka, deszcz siąpi, ale cieplej chyba niż w Warszawie. Moje colloquium się odbyło, interesujące acz kontrowersyjne, no, i oczywiście, referacik trzeba było wygłosić. Po południu wracam do kraju".

Kraków, l8 marca ’79: "Otóż melduję, że Anna, małżonka moja, leci do Rzymu 29 bm., toteż 28 (środa) będziemy oboje w Warszawie. Gdybyście i Wy wtedy byli w stolicy, to miło by nam było, tradycyjnym zwyczajem, Was odwiedzić, np. wieczorem. (...) Poza tym niczego szczególnego nie mam do doniesienia (acz gdy się [if] spotkamy, to tematów do omówienia będzie sporo!)".

Kraków, 23 listopada ’82 (do Waszyngtonu - J.H.): "W Rzymie mieszkaliśmy ciasno lecz pięknie, na placu Sta Maria in Trastevere. Turystyki czy zwiedzania było niewiele, żadne muzea, teatry czy kina, tylko spotkania z mnóstwem ludzi, obiady, kolacje, ze starymi lub nowymi przyjaciółmi. Ojca Świętego widzieliśmy kilka razy, co zawsze jest wielką radością!"

Kraków, 15 stycznia ’83 (do Waszyngtonu - przyp. J.H.): "Stan wojenny zawieszony, wiele się zmieniło, ale przynajmniej internowanie się skończyło. Widziałem Tadeusza Mazowieckiego z brodą, w dobrej formie, bardzo się nim cieszyliśmy. Widuję też Witka Woroszylskiego, Andrzeja Drawicza i in. Geremka nie widziałem, ale też wrócił do domu".

Kraków, 9 lutego ’83 (do Waszyngtonu - przyp. J.H.): "W »Tygodniku« business as usual, cenzura rąbie, Urban i inni napadają, ale i tak »TP« osiąga szczyty popularności. Prenumerata wzrosła, z kiosków »TP« niemal zniknął, ludzie walczą, błagają o abonament, porywają z rąk do rąk. Różni nowi autorzy się pchają do nas, no i dobrze, ale dla Was pełno miejsca!"

Kraków, 5 maja ’83 (do Paryża - przyp. J.H.): "A u nas cóż? Co się dzieje de publicis to wiecie, ciągle coś się dzieje, dość burzliwie i niewesoło. Czekamy na przyjazd J.P.II, chyba jednak przyjedzie, jak to będzie wyglądało it’s not easy to imagine. Wait and see. (...) W »Tygodniku« nas często odwiedzają warszawiacy, dziś był u nas Wiktor W. i Andrzej Drawicz, Kijek z Kazią też byli w Krakowie. Andrzej nie u nas lecz na klinice, z jego oczami niezbyt dobrze, ale on się dobrze trzyma".

Wiedeń, 13 września ’83 (do Paryża - J.H.): "Moi kochani, dziś się skończyła papieska »trzydniówka«, szaleństwo jak zwykle, choć nieco spokojniej niż gdzie indziej. Jutro jadę do Rzymu, a stamtąd na Sardynię, odpocząć nieco i się wyspać".

Londyn, 25 września ’84: "Już jestem po Oxfordzie, gdzie było interesująco i miło, wielu przyjaciół, Czesław, Leszek, Jakub Karpiński i inni. Jutro lecę do Rzymu, z pocz. października w Polsce, plan maessig. Ze smutkiem przeczytałem dziś w »Timesie«, że Pierre nie żyje [Pierre Emmanuel - przyp. J.H.]. Cieszyłbym się, gdyby któreś z Was napisało o nim do »TP« w tej sprawie, a może i kilka wierszy przełożyć. Pomyślcie o tym i zadzwońcie do »TP«, choć pewnie ja wcześniej wrócę nim ta kartka do Was dotrze".

Kraków, 13 lutego ’86: "No, dosyć już tego pisania o zdrowiu i chorobach jak stara baba! W tej sytuacji nie wiele mam do napisania, bo się niewiele dzieje. (...) Z redakcją mam kontakt telefoniczny, przysyłają mi korespondencję i gazety, czytam jakieś artykuły, piszę listy. Z kultury to (w przerwach między leniuchowaniem) byliśmy z Anną na »Woyzecku« Büchnera w teatrze, oraz ja sam na nowym spektaklu Kantora (w teatrze Słowackiego!!). Kantor jak Kantor, spektakl niby wspaniały, ale co chce powiedzieć - nie wiadomo. Wiele imprez uciekło mi przez te choróbska, wernisaż gobelinów (!) Tadzia Brzozowskiego, bal »Piwnicy pod Baranami« (jubileusz 30-lecia!)

Natomiast ta nasza sytuacja sprzyja lekturze (...) Cieszę się, że wylądowaliście na Surcouf, bo łatwiej nam Was sobie wyobrazić w tym miłym miejscu i okolicy. O kongresie nowojorskim słyszeliśmy dużo na falach eteru i o tym, że Ty Arturze tam byłeś, acz potem ogarnęły nas wątpliwości czy tak było, dopiero teraz mamy pewność. Bardzo to dobrze, że się udało i że Danielę zobaczyłeś, a także Czesia i Susan Sontag (widziałem ich obojga fotkę w »Newsweeku«).

Kochani, choć źle, że was tu nie ma, ale dobrze, że jesteście w Paryżu (dobrze Wam tak!), Julio, nie miej żadnych wyrzutów sumienia. Korzystajcie. Pozdrówcie od nas przyjaciół, tych na Surcouf, od x. Zenona aż do brata Leona, Zbyszków, Kaziów, kogo tam jeszcze. A jak Ty i Artur coś ładnego napiszecie, to przyślijcie co rychlej".

Kraków, 17 lipca ’86: "W Rzymie dobrze było i pięknie, odbyłem jedno sympozjum, zjadłem obiadek z ks. Zenonem, o czym wiecie, odbyłem ten »kongres pokoju« z udziałem licznych znakomitych (i nie znakomitych) osobistości, mój udział raczej bierny, o czym »na gębę« przy okazji (kiedy??), zaś z moich spotkań rzymskich niezwykłe i niespodziewane: Czesio Miłosz, w drodze z Belgradu do Florencji na Congressus poetów. Spotkałem go szczęśliwie (bo mogliśmy się nie spotkać!), wypiliśmy niejeden kieliszek wina, Czesław b. był miły, przeczytał mi swoje nowe wiersze, a co najważniejsze, mogłem go zaprowadzić do Palazzo Apostolico do J. P. II na kolacyjkę! Bardzo było miło, rozmowa o poezji, Cz. rad, a gospodarz chyba też".

Kraków, 9 sierpnia ’86 (do Paryża - przyp. J.H.): "Skoro o kolaboracji (naszej, tj. Waszej z »TP«) mowa, to od razu i przypadkiem otworzyłem niedawno radio i - o dziwo - słyszę głos Artura, który mówi o Antonim! Radość wielka ten głos słyszeć, a i tekst piękny i od razu myśl, że może by to w »TP« wydrukować, zwłaszcza, że nam wymawiają, żeśmy jakoby 10 rocznicy śmierci Antoniego nie zauważyli (co prawda zauważyliśmy i uczcili 5-tą, której wówczas nikt inny nie zauważył). Próbujemy dzwonić w tej sprawie na Surcouf, ale czy się uda? (...) Tegoż dnia słyszałem też piękne wiersze Zbyszka H, przez tegoż Zbyszka b. pięknie czytane. Nie wiem, gdzie Zbyszek się obraca w Paryżu (może też w Cité des Arts?), ale jak go zobaczycie, powiedzcie mu proszę, żeśmy go słuchali z radością i że miłą od niego karteczkę już też żeśmy dostali. Wróciłem z Rzymu 8 lipca i dowiedziałem się, że mam niemal natychmiast jechać do Genewy, na spotkanie związane ze (znaną Wam chyba) aferą klasztoru karmelitanek w Oświęcimiu. Przez 10 dni musiałem stawać na głowie, aby zdobyć paszport, bilet na samolot, wizy itp. no i 20 lipca poleciałem na tydzień do Genewy, gdzie odbyło się dość niezwykłe spotkanie »na szczycie« (w Chateau Rotschild nad Lemanem!): 4 kardynałów (w tym oczywiście Macharski), 5 Żydów - prezydentów różnych znanych międzynarodowych organizacji (m.in. Grand Rabin de France) - oraz młody jezuita z Krakowa z naszej redakcji i ja! Spotkanie trwało parę godzin w bardzo kurtuazyjnej atmosferze, wydaje się, że uczestnicy (z obu stron) byli zadowoleni, co nie znaczy, że sprawa jest zamknięta! Trudno tu szerzej o tym pisać, jeśli »TP« czasem widujecie, to był na ten temat artykuł z końcem czerwca, a ostatnio obszerny komunikat po genewskim spotkaniu.

A co u Was? Byliście zdaje się w Normandii na wakacjach? A teraz Cité des Arts - bardzo mnie intryguje, co to takiego, nazwa bardzo stosowna. A jak Wasze zdrowie, bo o Arturze tu jakieś nienajlepsze wieści dochodziły, uważaj na siebie, Arturze, wprawdzieś młody w porównaniu ze mną, ale znowu nie najmłodszy. Kochani, ściskam Was najserdeczniej i kiedy się do jasnej cholery zobaczymy?

PS: Jak zobaczycie Zenona M., to zapytajcie, proszę, czy ma jeszcze płatne egzemplarze książki J. F. Sixa »Karol de Foucauld«, wydaną przez nich w serii »Znaki czasu« (nie te Micewskiego!) nr 25 w r. 1973. Pewnie już nie ma, ale jeśli ma, może mógłby mi przysłać 1 egzemplarz?"

*

Kiedy czytam te urywki listów, wracają strzępy przeszłości. Dziwić może, że tyle w tych listach odległych adresów, nazw miast pięknie brzmiących. To prawda, ale przecież ta korespondencja trwała kilka dziesiątków lat, na które składały się różne przypadki życia i historii, również podróże. Podróże, więc i listy. Z Krakowa do Warszawy i z Warszawy do Krakowa nie trzeba było korespondować, były telefony, były spotkania i rozmowy. Rozmów nie da się wskrzesić, bodaj trochę listów zostało.



---
Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć kultura praca literatura Tygodnik Powszechny wspomnienie Jerzy Turowicz gazeta redakcja epitafium Julia Hartwig
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W