Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Janusz Tazbir

Zapomniane kartypolskiego katolicyzmu

Pontyfikat Jana Pawła II przebiega pod znakiem rozliczeń Kościoła z własną historią, w której nie wszystkie karty można uznać za chlubne. Ten wielki "rachunek sumienia" ma uwieńczyć krytyczna ocena działalności inkwizycji, w Rzeczypospolitej XVI-XVII stulecia praktycznie nieobecnej. W dziejach katolicyzmu polskiego istniały wszakże karty godne przypomnienia choćby z tego względu, iż mało się o nich zwykło pamiętać lub w ogóle pozostały nieznane.

Ambona w obronie chłopa

Na czoło wysuwają się tu wystąpienia autorów duchownych w obronie chłopów pańszczyźnianych. To prawda, iż paulin Andrzej Gołdonowski, wzywając w XVII stuleciu do sprawiedliwego traktowania poddanych, nie wahał się wyjaśniać, iż nie idzie mu wcale o zbytnią i niewczesną łagodność. Albowiem gdyby chłopi "nad sobą nie czuli karności, spysznieliby, gnojami upornymi by się stali. Kara robić nauczy; jako naszy Polacy mówią: rózga dzieci rozumu i roboty uczy, a dębowy kij chłopa". Tym okrutnym, w naszym odczuciu, słowom można wszakże przeciwstawić liczne wystąpienia wskazujące na ciężką dolę poddanych. I aż dziw bierze, iż nie zostały one dotąd ujęte w formę antologii, zatytułowanej na przykład: Ambona w obronie chłopa. A byłby to tom wcale obszerny.

Obok drukowanych współcześnie kazań trafiłyby do takiej antologii teksty z różnych przyczyn pozostawione przez autorów w rękopisie. Dopiero po przeszło trzystu latach ukazał się na przykład "Dyskurs kapłana jednego polskiego [...] w którym pokazuje, za co Bóg Koronę Polską karze i jako dalszego karania ujść mamy" pióra jezuity Jana Chądzyńskiego (1657). Klęskę poniesioną w pierwszym okresie najazdu szwedzkiego autor wywodził stąd, iż Polska zawiniła szczególnie przed Bogiem. I to wcale nie niedowiarstwem, bo jest w niej przecież więcej katolików aniżeli w innych państwach, i nie pijaństwem, ponieważ jej sąsiedzi też nie wylewają za kołnierz. Główna wina polega na ucisku chłopa, który żyje w straszliwych warunkach. "Trzeba by to piekło zburzyć panom Polakom - grzmiał Chądzyński - a Rzeczpospolitą Polską po ludzku postanowić, żeby i kmiotkowie nie byli w opresyjej nie tylko od obcych, ale i od panów własnych". Ta sama Rzeczpospolita, która przypuszcza do klejnotu szlacheckiego nawet Tatarów i Żydów (a więc wyznawców innych religii), poddanych chrześcijańskich traktuje jak bydło, uzurpując sobie nad nimi władzę absolutną, a nawet prawo karania śmiercią.

Warto w związku z tym przypomnieć, iż wielokrotnie przedrukowywany "Lament chłopski na pany" pochodzi z dramatu "Antithemius", wystawionego pod koniec pierwszej ćwierci XVII stulecia na deskach teatru jezuickiego w Poznaniu. Wówczas też członkowie Towarzystwa Jezusowego nie poprzestali na wyrazach współczucia oraz apelach do sumienia szlachty. W r. 1640 Marcin Śmiglecki wystąpił bowiem z konkretnym projektem ograniczenia wymiaru pańszczyzny do 3-4 dni tygodniowo, niepodwyższania czynszów oraz należności w naturze. Co najważniejsze, postulował zapewnienie poddanemu prawa do swobodnego odejścia ze wsi. Co prawda, na warunkach bardzo dla chłopa niedogodnych. Musiałby on zwrócić panu dom, rolę oraz inwentarz żywy i martwy, a także dostarczyć następcę na swoje miejsce. O wiele dalej szedł ksiądz Szymon Starowolski, nawołując do realizacji wzorców zagranicznych, gdzie poddani tylko połowę plonów oddają dziedzicowi, a poza tym "w wolności jako i panowie siedzą". Należy chłopom zezwolić na to, aby "grunty i domy swoje innym przedawszy" mogli opuścić rodzinną wieś w poszukiwaniu "lepszego szczęścia".

Głosy w obronie tolerancji

O ile wystąpienia przeciwko nadmiernemu uciskowi poddanych nie mogły budzić zastrzeżeń władz duchownych, to z wypowiedziami na temat swobód dla "kacerzy" sprawa przedstawiała się zgoła inaczej. O katolickich obrońcach tolerancji pisałem przed laty obszernie w książce "Arianie i katolicy" (1971). Tu więc pragnę jedynie przypomnieć, iż w XVI stuleciu znajdowano ich nawet na szczytach hierarchii duchownej. Wielu z jej przedstawicieli żywiło słuszne przekonanie, że tylko wyrzeczenie się użycia siły w sporach religijnych może uchronić Rzeczpospolitą przed katastrofą, jaką byłoby rozpętanie w wielowyznaniowym i wieloetnicznym państwie wojen religijnych.

Współcześni dobrze wiedzieli, iż Mikołaj Kossobudzki, świecki polityk i publicysta, wyraża opinie swego kuzyna i protektora, biskupa Stanisława Karnkowskiego, broniąc w 1575 r. tak gorąco zasad zgody wyznaniowej. Kossobudzki przypominał, że za pomocą ognia i miecza nie zdołano utrzymać Anglii w posłuszeństwie wobec papieża. To samo da się powiedzieć o znacznej części Francji. Pan Bóg najwyraźniej nie sprzyja tym poczynaniom: herezja jest bowiem chorobą duszy, a nie ciała, i bez leczenia tej pierwszej nic się nie osiągnie. Właściwa droga do pokonania reformacji wiedzie więc poprzez nauczanie, modlitwę, dobre uczynki i praktykowanie cnót chrześcijańskich.

W tym samym czasie Marcin Białobrzeski, opat klasztoru cystersów w Mogile, w mowie pogrzebowej wygłoszonej na cześć Zygmunta Augusta chwalił króla za utrzymanie pokoju wyznaniowego w państwie. Umiał on ochronić Rzeczpospolitą od krwawych i wyniszczających wojen domowych, choć pojawiło się w niej tyle nowych wyznań. Broniąc swego podpisu na akcie konfederacji warszawskiej (1573) biskup Franciszek Krasiński tłumaczył, że ta tolerancyjna ustawa nie zwalcza przecież prawdziwej wiary i nie znosi kultu prawdziwego Boga. Przeciwstawia jedynie większemu złu, jakim byłby rozlew krwi, mniejsze, w postaci przyznania różnowiercom pewnych uprawnień. Toczące się na zachodzie Europy wojny świadczą wymownie, iż protestantyzmu nie da się wykorzenić mieczem. Nic tu nie pomogą stosy czy ścinanie głów, ponieważ u heretyków, jak u hydry, wyrastają wciąż nowe. Jedynie dobry przykład i słowo Boże są w stanie zahamować postępy reformacji.

Wypowiedzi te, podszyte politycznym realizmem, nie wykraczały poza granice katolickiej ortodoksji. Nie da się tego samego rzec o zaiste zadziwiającej na swoje czasy opinii franciszkanina Mikołaja Ławrynowicza, zawartej w jego panegiryku na część Tomasza Zamoyskiego (1639). Autor tłumaczył czytelnikom, iż podobnie jak w przyrodzie ogień z wodą, tak i w społeczeństwie ludzkim zawsze będą istnieć żywioły skrajnie sobie przeciwne. Tak więc choć na świecie nie ma chyba żadnej sekty, która by nie znalazła schronienia i w Polsce, a nawet przetrwało w niej pogaństwo, to jednak wychodzi to na chwałę Stwórcy. Podobnie bowiem jak różnice w przyrodzie nic światu nie szkodzą, a z rozmaitych dźwięków rodzi się piękna harmonia, tak i wielość sekt działających na terenie Rzeczypospolitej nie stwarza żadnego zagrożenia. Wręcz przeciwnie nawet, albowiem daje sposobność do ścierania się różnych poglądów, co wychodzi z pożytkiem dla "rozumów gorących katolików".

Nic nam nie wiadomo, aby streszczona powyżej broszura znalazła się na indeksie kościelnym, a autor poza nawiasem zgromadzenia ojców franciszkanów, choć jego poglądy pozostawały w wyraźnej dysharmonii z ogólnym tenorem ówczesnej propagandy katolickiej. Nie mogła ona przystać na traktowanie herezji jako jednego z elementów mieszczących się w ogólnym porządku świata i w niczym nie zakłócających jego ogólnej harmonii. Wręcz prowokacyjnie brzmiała też opinia Ławrynowicza, iż istnienie rozmaitych wyznań chrześcijańskich na terenie tego samego państwa jak dotychczas "Koronie nic nie szkodziło i nie szkodzi".

Czy poza Kościołem jest zbawienie?

Jeszcze bardziej prowokacyjnie zabrzmiała teza zawarta w broszurze "Straszliwe widzenie Piotra Pęgowskiego" (1608), której prawdziwy autor z tego może względu wolał pozostać anonimowy. Zwrócenie uwagi na to arcyciekawe dziełko zawdzięczamy Jackowi Sokolskiemu, który całkiem niedawno (Wrocław 1998) przedrukował je w całości. Zawiera on wizję sądu ostatecznego, często powielaną przez literaturę doby kontrreformacji. Sprawuje go Chrystus, skłonny do bezapelacyjnego potępienia wszystkich niekatolików. Jako pierwsi zostają skazani na piekło zwolennicy pogaństwa za to, iż czcili diabłów pod postacią bożków. Nie wszyscy jednak, gdyż "Indowie", z wyjątkiem oczywistych bluźnierców, trafiają w końcu do nieba, ponieważ nie było im dane zapoznanie się ze światłem Ewangelii. Zbawieni okażą się także cnotliwie żyjący wyznawcy judaizmu, choć początkowo Pan Jezus chciał ich wysłać do piekła. Uległ jednak perswazji Boga-Ojca, który mu tłumaczy:

Trapili się ustawnie po Twem zmartwychwstaniu,
Wszystek ten czas strawili w nędzy i płakaniu.

Zbiorowe potępienie nie objęło także wyznawców prawosławia, Stwórca nakazuje tylko Michałowi Archaniołowi odłączenie od nich zatwardziałych grzeszników, w tym zwłaszcza Rosjan, jako mężobójców i zdrajców.

W podobnie dobrotliwy sposób trybunał sądu ostatecznego traktuje wyznawców protestantyzmu; również i oni trafiają w końcu do nieba, poza "kacermistrzami" oraz tymi, którzy brali czynny udział w wojnach religijnych. Stosunkowo sporo miejsca poświęcono arianom; tylko ich duchowi przywódcy i teologowie mają powędrować do piekielnych kotłów. Zwykli członkowie Kościoła braci polskich posiadają pełne szanse na zbawienie:

Bo byli miedzy nimi drudzy sprawiedliwi,
Nad upadłemi ludźmi byli litościwi,
W trzeźwości się kochali, tańce i biesiady
W nienawiści miewali i wszelakie zwady.

Pan Jezus najostrzej właściwie potraktował tych katolików, którzy nie skorzystali z udzielonej im możliwości poznania Prawdy. W tym zwłaszcza księży, co zamiast wieść wiernych ku zbawieniu, stali się powodem do zgorszenia. Złym katolikom nie pomaga nawet wstawiennictwo wszystkich świętych oraz Matki Boskiej. Znaczną ich część św. Piotr, który "barzo się frasował, bo mu Pan fantazyją do kęsu zepsował", musi przekazać wysłannikom szatana.

Być może dalsza kwerenda źródłowa pozwoli na znalezienie wypowiedzi zbliżonych do opinii tajemniczego Piotra Pęgowskiego. Jeszcze bardziej prawdopodobne jest, iż natrafimy w niej na polemikę z poglądami tak szeroko uchylającymi wrota raju przed wyznawcami innych konfesji chrześcijańskich czy nawet odmiennych religii. W każdym razie zasługują one na przypomnienie dziś, kiedy wśród teologów przeważa pogląd, iż do zbawienia może prowadzić wiele bram, natomiast do piekła jest się raczej trudno dostać. W dobie kontrreformacji sądzono wprost przeciwnie i na tym właśnie tle "straszliwe widzenie" wydaje się szczególnie godne uwagi. Jego autor kazał Indianom w takich oto słowach bronić swego prawa do zbawienia:

Zaczym tak powiedzieli: "Myśmy dzicy ludzie,
Nie przywykliśmy nigdy nijakiej obłudzie
W prostości żywot wiedziem, robiąc na każdy dzień
Nie znaliśmy miesiąców i wiele dni w tydzień".

Może to chyba znaczyć, iż nie świętowali niedziel. "Pągowski" nie był jedynym z pisarzy katolickich, którzy wystąpili w obronie czerwonoskórych mieszkańców Ameryki.

"Czarna legenda" konkwistadorów

Podobnie jak obronę chłopów godzono z aprobatą dla dalszego istnienia systemu pańszczyzny i poddaństwa, a pochwałę przejściowej tolerancji z dążeniem do całkowitej rekatolizacji Rzeczypospolitej, tak i potępienie Corteza czy Pizarra nie przeszkadzało w aprobacie dla podboju Ameryki przez arcykatolickie mocarstwo (Hiszpanię). W XVIII stuleciu, pod niewątpliwym wpływem idei Oświecenia, zaczęto nader krytycznie pisać o metodach, jakie temu podbojowi towarzyszyły. Już z podręcznika geografii (1740) pióra księdza Władysława Łubieńskiego, późniejszego prymasa Polski, uczniowie dowiadywali się o Meksyku, iż Hiszpanie zastali ten kraj gęsto zaludniony i "dobrze rządzony". Tyrania i okrucieństwo Corteza oraz rządy hiszpańskie znacznie zmniejszyły liczbę jego ludności. W podobnym świetle przedstawiały podbój Meksyku podręczniki historii dla szkół pijarskich, pisane przez członków tego zakonu.

Remigiusz Ładowski wspominał, iż Meksyk miał przed wtargnięciem Hiszpanów "swoich rządców i udzielnych monarchów". 600 hidalgów, z Cortezem na czele, podbiło ten kraj "z tak dzikim i niesłychanym okrucieństwem, że nie tylko króla meksykańskiego, ale też i ludzi na kilkakroć sto tysięcy wyrżnęli". Konfrater Ładowskiego, Antoni Mikucki, podwyższył nawet tę liczbę do paru milionów Amerykanów, których najeźdźcy "wygubili".

W pierwszej polskiej powieści pokazującej podróż na księżyc ("Wojciech Zdarzyński życie i przypadki swoje opisujący", 1785) jej autor, pijar Tadeusz Krajewski (imię zakonne: Dymitr) każe mieszkańcom Planety cieszyć się z faktu, że to właśnie Polacy, a nie na przykład Hiszpanie pierwsi postawili na niej nogę. Gdyby bowiem na księżycu znalazł się któryś z odkrywców Ameryki, to "mielibyście Ferdynandów Kortezów, którzy by was kuli w łańcuchy i wystawiali na wzgardę i śmierć od własnego ludu; Pizarrów, którzy by was wyrzynali i łupili z majątków (...) Almagrów, którzy by zbroczyli tę ziemię krwią ziomków waszych, tak jak Meksyk i Peru spłynął krwią niewinnych Indianów".

W innej ze swoich powieści ("Podolanka", 1784) Krajewski pisał, iż miło jest czytać historię Polski. Są to bowiem dzieje "najspokojniejszego ludu w świecie. Nie ma w nich ani rzezi Św. Bartłomieja, ani nieszporów sycylijskich, ani podbicia Ameryki...". Był on współtwórcą polskiego "alibi kolonialnego". Przypominanie, iż nie braliśmy udziału w krwawym podboju innych kontynentów miało w przyszłości posłużyć utkaniu egzotycznego kostiumu polskich dążeń do niepodległości. Odwróciło się koło historii: o ile dawniej uczestników dymitriad chętnie porównywano do konkwistadorów, to na przełomie XVIII i XIX stulecia w zaborcach ujrzano następców Corteza i Pizarra, w Polakach natomiast - Indian. Dzięki sięgnięciu do tych właśnie analogii mógł m.in. Wojciech Bogusławski w dramacie "Iskahar" (1797), mówiącym o podboju Meksyku, ukazać krwawe stłumienie powstania kościuszkowskiego.

Przed prof. Swieżawskim był Bogucicki

Wszyscy mamy w pamięci artykuł prof. Stefana Swieżawskiego, ogłoszony na łamach "Tygodnika Powszechnego", w którym autor postulował nie tylko rehabilitację Jana Husa, ale i wyniesienie go na ołtarze. Choć nie wiadomo, czy wniosek ten kiedykolwiek doczeka się realizacji, to warto przypomnieć, że przed przeszło dwustu laty podjęto u nas próbę zakwestionowania "czarnej legendy", jaka w kołach katolickich otaczała czeskiego reformatora. Uczynił to profesor Akademii Krakowskiej Józef Bogucicki (1747-1798). Ten katolicki ksiądz przygotowywał kilkutomową historię Kościoła, utrzymaną w oświeceniowym duchu. Jego poglądy na Husa, osobę i doktrynę, weszłyby niewątpliwie do tej ambitnie (opinia Hugona Kołłątaja) pomyślanej pracy.

Synteza pozostała wszakże nieukończona. Jedyny jej fragment, jaki ukazał się drukiem, to wykład o Husie i problemach reformy Kościoła na przełomie XIV i XV stulecia. Bogucicki wygłosił go 19 czerwca 1787 r. podczas uroczystego posiedzenia Szkoły Głównej, które odbyło się z racji przyjazdu do Krakowa Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz jego brata Michała, będącego wówczas od trzech lat prymasem. Bogucicki przemawiając w ich obecności nie zawahał się nazwać Husa "pobożnym", "niewinnym i cnotliwym". Choć przyznawał, że niektóre z jego nauk można było uznać za heretyckie, to jednak surowo potępiał posłanie Husa na stos. Egzekucja, jaka miała miejsce w Konstancji anno Domini 1415, dała krakowskiemu profesorowi - i księdzu - sposobność do wygłoszenia płomiennej pochwały tolerancji religijnej i potępienia przymusu w sprawach wiary.

Wykład okazał się tak śmiały, iż dopiero w blisko pół wieku po śmierci autora doczekał się druku (1844), a i to ze skreśleniami cenzury. Pełny tekst opublikował w roku bieżącym (na łamach "Przeglądu Humanistycznego" nr 2/1998) Marian Skrzypek, wytrawny badacz dziejów myśli filozoficznej doby Oświecenia. Krytyczną wobec polityki wyznaniowej papiestwa postawę Bogucickiego tłumaczono po części jego pochodzeniem. Syn żydowskiego karczmarza, Kazimierza Berka Lewkowicza, przyjął (1758) chrzest razem z rodzicami. Imię Izrael zamienił na Józefa, nazwisko przybrał od miejsca pochodzenia (Bogucice).

Oburzenie, jakie zapanowało po jego wykładzie, było tak duże, iż Bogucicki uznał za stosowne złożyć na ręce rektora Szkoły Głównej (był nim wówczas Feliks Oraczewski) obszerne wyjaśnienie. Tłumaczył w nim, że chciał tylko oddać sprawiedliwość tym polskim teologom, którzy przed wiekami odznaczyli się na soborze w Konstancji "przywiązaniem do swego króla i ojczyzny, prawdziwą miłością religii i ludzkości". Uczynił to dla dobra Kościoła rzymskokatolickiego, który winien był przestrzegać zasad tolerancji, zgodnych z nauką Chrystusa. Jeśli zwierzchność, pisał dalej Bogucicki, uzna, iż mówiąc o Husie głosił błędne poglądy, to jest gotów je odwołać. Rektor poprzestał na tym wyjaśnieniu i zostawił go na katedrze.

Nie uchroniło to jednak Bogucickiego od różnorakich przykrości. Kręgi ortodoksyjne żądały nie tylko zwolnienia go ze stanowiska profesora, ale i pozbawienia funkcji kapłańskich, a nawet wygnania z Polski jako "wielkiego bluźniercy". Mimo to na emeryturę przeszedł dopiero w r. 1797, a więc na rok przed śmiercią. Gdyby kiedykolwiek wszczęto proces beatyfikacyjny Jana Husa, do jego akt należałoby załączyć omawiany wykład pod nader uczenie brzmiącym tytułem: "Dysertacja. Uwagi nad niektórymi znakomitszymi dziejami... w wieku XV Kościoła przypadłymi".

Janusz Tazbir



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: Jan Paweł II pontyfikat katolicyzm chłopi tolerancjia Arianie Jan Hus
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W