Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Piotr Gutowski

Tadeusz Szubka

PRZYPADEK, ZŁO I EWOLUCJA

 

 

Peter van Inwagen, God, Knowledge, and Mystery: Essays in Philosophical Theology, Ithaca - London: Cornell University Press 1995, ss. + 284

 

W pierwszym zdaniu swojej nowej książki Peter van Inwagen - od niedawna profesor filozofii renomowanej katolickiej uczelni amerykańskiej, Uniwersytetu Notre Dame - otwarcie stwierdza, że jako filozof podejmuje w niej pewne zagadnienia teologiczne. Za zasadnością tego śmiałego posunięcia, które przez niektórych czytelników może zostać uznane za "nieuprawnione przekroczenie kompetencji", przemawia to, że systematyczna teologia w bardzo dużym stopniu wykorzystuje filozofię i jej metody. Co więcej, teologowie korzystają na ogół z filozofii bezkrytycznie, nie tylko źle ją rozumiejąc i ulegając czarowi takich autorytetów, jak Kant i Heidegger, lecz także nie potrafiąc wielokrotnie odróżnić filozoficznych deklaracji bez pokrycia od celnych argumentów. Taki stan rzeczy stanowi wyzwanie dla profesjonalnych filozofów, którzy, zdaniem van Inwagena, bez obaw powinni podejmować tematy teologiczne.

Omawiana książka jest zbiorem wcześniej publikowanych artykułów i rozpraw, zgrupowanych w trzy tematyczne części. W pierwszej z nich centralną kwestią jest problem przypadku i zła w świecie stworzonym przez Boga. Druga część dotyczy ataków na tradycyjne chrześcijaństwo, które mają być rzekomo w pełni uzasadnione w świetle współczesnych odkryć naukowych, a dokładniej mówiąc, biologii ewolucyjnej, historyczno-filologicznych studiów biblijnych oraz porównawczych badań nad religią. I wreszcie, w dwóch rozprawach stanowiących część trzecią van Inwagen stara się pokazać, iż teza o istnieniu jednego Boga w trzech osobach oraz doktryna o bosko-ludzkiej naturze Chrystusa nie muszą wikłać się w sprzeczności, które na drodze czysto rozumowej są nieusuwalne.

Esej otwierający część pierwszą rozpoczyna się krótkim zarysem relacji Boga do świata. Van Inwagen proponuje, aby dla uproszczenia założyć, że świat składa się z olbrzymiej liczby małych, niepodzielnych jednostek materii, tzw. "cząstek elementarnych", które znajdują się w stałym ruchu w pustej, trójwymiarowej przestrzeni (jeśli ktoś uważa to założenie za przejaw dogmatycznego materializmu, może też dodatkowo przyjąć istnienie cząstek niematerialnych i nieprzestrzennych). Bóg stworzył świat, powołując do istnienia owe cząstki, obdarzając je określoną mocą przyczynową i nadając im pewną początkową prędkość, a następnie utrzymując je w istnieniu. Można wręcz powiedzieć, że cała przyczynowa interakcja Boga ze światem odbywa się na poziomie owych cząstek elementarnych. Bóg nieustannie "dekretuje" istnienie owych cząstek i zachowuje bądź modyfikuje ich moc przyczynową. Czy w takiej teistycznej wizji świata jest miejsce na przypadek? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy wpierw wyraźnie uświadomić sobie, co kryje się za określaniem czegoś jako przypadkowego. Van Inwagen proponuje, aby za przypadkowe uznać takie zdarzenie, które nie ma celu lub znaczenia, które nie jest częścią czyjegoś planu i którego równie dobrze mogłoby nie być. Można też powiedzieć, że przypadkowe zdarzenie to takie, które się po prostu zdarzyło i którego zaistnienia nie da się w pełni wyjaśnić (aczkolwiek takie określenie będzie niezadowalające bez bliższego sprecyzowania, o jakie "pełne wyjaśnienie" tu chodzi). W świetle tych założeń i uściśleń terminologicznych teista nie powinien, zdaniem van Inwagena, wzbraniać się przed przyjęciem tezy, że "większość z tego, co dzieje się w świecie, a nawet większość tego, co wydaje się nam ważne i znaczące, nie jest częścią planu Boga - i z pewnością nie jest częścią planu kogokolwiek innego - a wobec tego zdarza się po prostu na mocy przypadku" (s. 52). Trzy główne źródła tej przypadkowości są następujące: wolna wola racjonalnych istot ludzkich, naturalny indeterminizm na poziomie mikrofizycznym oraz początkowy stan świata, który wydaje się wyznaczony tylko do pewnego stopnia (tzn. jeśli kilka początkowych stanów w jednakowym stopniu może doprowadzić do realizacji planu Bożego, to dekret Boga w tym względzie będzie miał charakter alternatywny: "niech zajdzie X lub Y, lub..."). W konsekwencji można zasadnie przypuszczać, że wśród zdarzeń uważanych za przypadkowe znajdą się niektóre zdarzenia złe, a być może nawet wszystkie zdarzenia złe. A jeśli tak, to rozwiązanie problemu zła nie powinno zmierzać do pokazania, że każde poszczególne złe zdarzenie ma swój cel, iż, powiedzmy, każde trzęsienie ziemi czy choroba ma swoje szczególne miejsce w planie Boga i musiało zaistnieć z uwagi na takie, a nie inne racje. Powinno się ono raczej koncentrować na próbie odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg kochający i troszczący się o swe stworzenia pozwala im żyć w świecie, w którym narażone są one na zło zdarzające się na mocy przypadku.

Na ile takie postawienie sprawy można uznać za przekonujące? Wywody autora recenzowanej książki sugerują, że uznanie czegoś za przypadkowe zależy istotnie od tego, czy coś jest, czy też nie, częścią planu Boga. A w tej materii van Inwagen jest bardzo restryktywny. Utożsamia on bowiem plan Boga z całością tego, co On wprost zarządził lub zadekretował. Tak więc, jeśli Bóg zarządził "Niech stanie się światłość", to istnienie światła jest częścią Jego planu. Jeśli natomiast wprost nie zarządził "Niech mają miejsce kłamstwa", to kłamstwa nie są częścią Jego planu. Połączywszy to rozumienie bycia częścią planu Boga z ideą, że Bóg działa na poziomie fundamentalnych cząstek elementarnych, dochodzimy do raczej paradoksalnego wniosku, że plan Boga jest planem dotyczącym wyłącznie (lub prawie wyłącznie) cząstek elementarnych i ich rozkładu. A już z pewnością, twierdzi van Inwagen, do planu Boga nie należy to, co nie jest w sposób określony wyznaczone przez stan owych cząstek. Chcąc być konsekwentny w swoim stanowisku, gotów jest on nawet przystać na szokującą tezę, że istnienie istot ludzkich nie jest częścią planu Boga. I chociaż stara się złagodzić jej wymowę, twierdząc, że nie wynika z niej, iż istnienie istot rozumnych, uczynionych na obraz i podobieństwo Boże, nie jest częścią planu Boga, a jedynie to, że częścią Jego planu nie jest stworzenie jakiegoś jednego, określonego gatunku, będącego ucieleśnieniem owego podobieństwa, to i tak można mieć zasadne wątpliwości co do prawomocności takiego stanowiska. Intuicyjne wydaje się bowiem, by za elementy planu Boga uznawać nie tylko to, co On wprost zadekretował, lecz również następstwa owych dekretów, nawet jeśli nie są one jednoznacznie zdeterminowane przez początkowy układ cząstek elementarnych. Jeśli zatem Bóg zaplanował świat w takiej postaci, aby doprowadził on do powstania istot rozumnych i jeśli człowiek jest jedną z możliwych, konkretnych realizacji tego, co składa się na bycie istotą rozumną, to można powiedzieć, że powstanie ludzi wchodzi w skład planu Bożego jako jeden ze sposobów zrealizowania idei rozumnego gatunku. Krótko mówiąc, w skład planu Boga wchodzą nie tylko Jego decyzje dotyczące cząstek elementarnych oraz ich rozkładu, lecz również wszystko to, co owe decyzje za sobą pociągają, gdzie przez owo pociąganie rozumie się nie tylko jednoznaczne determinowanie, lecz również wyznaczanie zestawu możliwości, z których jedna zostanie zrealizowana. Ale jeśli tak, to wiele z tego, co van Inwagen uważa za zdarzenia przypadkowe, wejdzie w skład mniej określonych części planu Bożego, mających postać alternatywnych układów możliwości. Przy takim zawężeniu klasy zdarzeń przypadkowych staje się bardzo mało prawdopodobne, iż całe zło w świecie będzie sprawą przypadku. Innymi słowy mówiąc, być może istnieją złe zdarzenia, które są częścią planu Bożego.

A skoro tak, to nieodzowna wydaje się jakaś teodycea, pojmowana nie tylko jako próba pokazania, że istnienie zła nie wyklucza istnienia Boga, lecz również jako próba wyjaśnienia, dlaczego Bóg dopuszcza zło i dlaczego - jak można przypuszczać - przynajmniej niektóre złe zdarzenia są częścią planu Bożego. Van Inwagen konstruuje taką teodyceę na podstawie danych Objawienia. Wydaje się to całkiem słuszne, ponieważ wszelkie czysto racjonalne próby odpowiedzi na pytanie "dlaczego Bóg dopuszcza zło?" kończą się na ogół fiaskiem. Sednem wywodów van Inwagena w tej materii jest biblijna teza o upadku człowieka. Pozwala mu ona dać następujące wyjaśnienie tzw. zła naturalnego (trzęsienia ziemi, powodzie, epidemie itp.). Nasi przodkowie przed upadkiem byli w stanie uchronić się przed tym wszystkim. Posiadali oni bowiem pewne specjalne zdolności, których funkcjonowanie istotnie zależało od związku z Bogiem. Z chwilą odejścia od Boga zdolności te zostały utracone. Ale przecież - mógłby ktoś argumentować - kulminacją historii rodu ludzkiego będzie powrót do jedności z Bogiem i stanu pierwotnej szczęśliwości. Dlaczego zatem Bóg nie skrócił tego procesu albo nie dokonał przemiany człowieka natychmiast po jego upadku? Przecież w ten sposób zminimalizowałby lub wręcz wyeliminowałby zło. Dlatego, utrzymuje van Inwagen, że natychmiastowe przywrócenie stanu pierwotnej szczęśliwości byłoby możliwe tylko za cenę wymazania z ludzkiej pamięci całej tragicznej historii upadku, która przecież faktycznie miała miejsce. Innymi słowy, natychmiastowe przywrócenie do stanu pierwotnej szczęśliwości wiązałoby się z poznawczym oszukaniem człowieka, z uszczupleniem zasobu jego wiedzy i skłonieniem go do powzięcia fałszywych przekonań. Jest to wykluczone, bo Bóg nie może występować w roli oszusta. Być może proces przemiany człowieka nie został skrócony dlatego, że Bóg chce mieć dużą i zróżnicowaną wspólnotę tych, którzy zostaną zbawieni i przemienieni. Ponadto pełna realizacja planu Bożego może wymagać przejścia kultury przez określone fazy rozwojowe, a na to potrzeba stosunkowo długiego czasu. Co więcej, należy pamiętać, że Bóg ma do czynienia z upadłym człowiekiem, który prawdopodobnie wolno i opornie będzie reagować na wszelkie duchowe przewodnictwo i wezwanie do doskonalenia się. Oczywiście wszystko to nie wyjaśnia jeszcze, dlaczego ze złem muszą się borykać ludzie, którzy nie zasłużyli na nie. Van Inwagen twierdzi jednak, że jeśli zgodzimy się na powyższe sugestie, wyjaśnienie takie wręcz samo się nasuwa: "Wśród naturalnych konsekwencji Upadku jest następujący zły stan rzeczy: nieszczęścia spotykają ludzi bez żadnego związku z tym, czy na to zasługują. Spotykają ich po prostu na mocy przypadku. Częścią Boskiego planu Odkupienia jest to, abyśmy uznali, że naturalną konsekwencją życia tylko dla siebie samych jest życie w świecie, który ma tę cechę" (s. 119).

Mając na uwadze, że van Inwagen wyraźnie deklaruje, iż proponowana przez niego teodycea jest wysoce spekulatywna i nie pretenduje do pełnego uchwycenia zasad, którymi kieruje się Bóg (tj. nie rości sobie pretensji do wglądu w nieskończony umysł Boga), trudno nie uznać tych sugestii za interesujące i pozwalające zrozumieć fenomen zła lepiej niż wiele innych konkurencyjnych, często pozornych rozwiązań (np. tomistyczna teoria zła jako metafizycznego niebytu zastosowana do wyjaśnienia zła naturalnego i moralnego). Trzeba jednak zauważyć, że cała ta konstrukcja van Inwagena opiera się na mocnej koncepcji wolnej woli, według której Bóg nie mógł stworzyć człowieka posiadającego wolną wolę i jednocześnie wykluczyć, by odszedł on od Boga, czyli upadł. Przy słabszej koncepcji wolnej woli coś takiego nie wydaje się wcale metafizycznie niemożliwe. Ponadto, pewne fragmenty wywodów van Inwagena przyjmują jako niekwestionowalną zasadę to, że pozbawianie kogoś wiedzy i wprowadzanie w błąd jest zawsze i w każdych okolicznościach oszustwem zasługującym na potępienie, a w konsekwencji czymś, czego nie może się dopuścić nieskończenie dobry Bóg. Tymczasem zasada ta wcale nie wydaje się taka oczywista, czego dowodem są chociażby spory dotyczące zasadności informowania śmiertelnie chorych pacjentów o stanie ich zdrowia, podróżnych o rozmiarach wykrytej w powietrzu awarii samolotu, którym odbywają lot itp.

W świetle na nowo rozgorzałych kontrowersji wokół stworzenia i ewolucji niezwykle frapującym fragmentem książki van Inwagena jest obszerna rozprawa otwierająca jej drugą część. Dotyczy ona zagadnienia relacji między rozpowszechnioną dziś koncepcją szeroko pojętej ewolucji (nie tylko biologicznej, ale też geologicznej i kosmologicznej) a treścią trzech pierwszych rozdziałów Księgi Rodzaju, opisujących dzieje świata od stworzenia do wygnania Adama i Ewy z raju. Istnieją dwa skrajne stanowiska w tej kwestii: według pierwszego Biblię należy interpretować dosłownie i odrzucić dzisiejsze teorie o ewolucyjnym powstaniu świata, a według drugiego należy całkowicie odrzucić ideę ingerencji Boga w powstanie świata i ludzi. I jedno, i drugie stanowisko wikła się w różne trudności, które van Inwagen po mistrzowsku wydobywa i prezentuje.

Analizując ideę dosłownej interpretacji Biblii, zwraca on uwagę na znaczący fakt historyczny: w przeciwieństwie do powszechnego przekonania, że zakwestionowanie dosłownego interpretowania Księgi Rodzaju nastąpiło w Kościele dopiero po sformułowaniu idei ewolucyjnych w XIX wieku, wielcy teologowie niemal od zarania chrześcijaństwa odrzucali taką interpretację. Najbardziej wpływowy z nich, św. Augustyn, uważał, że Bóg stworzył cały świat od razu (a więc nie w ciągu sześciu dni), ale był to świat bez formy, bez rzeczy, które są w nim teraz. Rzeczy wyewoluowały z tego pierwotnego stanu świata. Nie była to oczywiście ewolucja w dzisiejszym sensie, ale z pewnością nie była to też dosłowna interpretacja opisu stworzenia. Zdaniem van Inwagena przed Reformacją tradycja dosłownego interpretowania Biblii bynajmniej nie dominowała w Kościele. Źródeł rozprzestrzeniania się tej interpretacji upatruje on w biblijnym indywidualizmie Reformacji, tzn. w doktrynie, wedle której każdy chrześcijanin z osobna jest zdolny do samodzielnego czytania Biblii bez odwoływania się do niczyjej pomocy z wyjątkiem Ducha Świętego. W rezultacie pojawiła się groźba powstania wielu różnych, konkurujących ze sobą interpretacji Pisma Świętego, co doprowadziło z kolei do wynalezienia takiej teorii rozumienia Biblii, która - pod nieobecność zakwestionowanego przez protestantyzm autorytetu Magisterium - zminimalizuje tę groźbę. W ten sposób na skutek biblijnego indywidualizmu ranga dosłownego interpretowania Pisma gwałtownie wzrosła.

Taka historyczna diagnoza usatysfakcjonowałaby może wielu teologów odrzucających dosłowną interpretację. Ale przecież wcale z niej nie wynika, że św. Augustyn miał rację. W jaki sposób Biblia może być Objawionym Słowem Boga, skoro mówi ona na przykład, że ptaki i ryby zostały stworzone tego samego dnia, gdy tymczasem prawda jest taka, że ryby istniały na Ziemi wiele milionów lat wcześniej niż ptaki? Przeciwnik dosłownego odczytywania Pisma może, albo nawet musi, przyznać, że jest w nim wiele zdań, które nie są prawdziwe, a mimo to jest ono Objawionym Słowem Boga, ponieważ to, co jest w nim prawdziwe, jest o wiele ważniejsze niż to, co jest fałszywe, a ponadto fałszywe dane dotyczące stworzenia nie mają większego znaczenia dla odczytania Prawdy Objawionej. Problem z tą argumentacją polega na tym, że rodzi ona pytanie, dlaczego Księga Rodzaju nie zawiera prawdy i tylko prawdy, nawet w kwestiach, które dzisiaj rozstrzyga nauka. Bóg jest przecież wszechmocny, więc mógłby przekazać natchnionemu autorowi prawdę także w kwestiach teologicznie nieistotnych.

Według van Inwagena gdyby Biblia zawierała prawdziwe i szczegółowe (albo nawet tylko abstrakcyjne) twierdzenia także w tych kwestiach, to, po pierwsze, miałaby niewielką wartość pedagogiczną: większość ludzi nie byłaby w stanie jej zrozumieć, podobnie jak prymitywne plemiona Indian (a także większość ludzi w "cywilizowanych" częściach świata) nie są w stanie zrozumieć skomplikowanych wzorów chemicznych lekarstw zalecanych przez lekarzy ani procesu technologicznego produkcji środków higienicznych, które stosują. Po drugie, nie każda Prawda Objawiona w Księdze Rodzaju może być powiedziana, tzn. wyartykułowana w słowach. Niektóre z nich, na przykład te dotyczące grzechu, mogą być jedynie pokazane. Czytając opowieść o owocu poznania dobra i zła, uczymy się czegoś ważnego, czego nie sposób wyartykułować. Oczywiście, można by tę prawdę przekazać w innej opowieści, w której nie będzie mowy o drzewach i wężu, ale musiałaby to być jakaś opowieść o czynach konkretnych postaci. I wreszcie po trzecie, jeśli Bóg decyduje się na wykorzystanie ludzkich narzędzi (umysłu i języka natchnionego autora), to godzi się zapewne na ograniczenia, jakie one ze swojej natury niosą, oraz na ograniczenia kulturowe, którym podlegali natchnieni autorzy.

Choć niektóre spośród argumentów przytaczanych przez van Inwagena w obronie nie-dosłownej interpretacji Księgi Rodzaju są oryginalne i świeże (jak np. ten wykorzystujący Wittgensteinowskie rozróżnienie między powiedzeniem a pokazaniem czegoś), to samo stanowisko nie jest ani nowe, ani wyjątkowe. Wielu teologów zgodziłoby się dziś na podobną linię argumentacji przeciwko dosłownej interpretacji Księgi Rodzaju i zaakceptowałoby jego stwierdzenie, że kreacjonizm rozumiany jako nauka - nauka w takim sensie, w jakim nauką jest fizyka czy biologia - musi być zdecydowanie odrzucony.

W tym miejscu należy się wyjaśnienie, że w USA (choć nie tylko tam) od wielu lat toczy się intensywny i ciągle na nowo odżywający spór między kreacjonistami a ewolucjonistami o prawo do nauczania w szkołach nauki kreacjonistycznej. Negując kreacjonizm, van Inwagen nie zaprzecza stworzeniu świata przez Boga, lecz odrzuca jedynie ideę dosłownej interpretacji Księgi Rodzaju i ideę nauki kreacjonistycznej, która - zdaniem jej zwolenników - powinna zastąpić nauczanie teorii ewolucji lub przynajmniej być nauczana jako równorzędna teoria konkurencyjna. (Nawiasem mówiąc, polskim autorom należałoby doradzić ostrożność w używaniu słowa "kreacjonizm", gdyż nie zawsze orientują się oni, w jakim sensie termin ten jest dziś powszechnie używany, i niekiedy mianem kreacjonizmu określają np. koncepcję creatio ex nihilo w przeciwstawieniu do greckiej koncepcji odwieczności świata.)

Odrzuciwszy ideę dosłownej interpretacji Księgi Rodzaju oraz ideę nauki kreacjonistycznej, van Inwagen przechodzi do analizy drugiego skrajnego stanowiska: ateistycznego ewolucjonizmu. Tutaj sytuacja teisty jest bardziej kłopotliwa. Z jednej strony uznaje on bowiem, że Bóg stworzył świat i ludzi, utrzymuje go w istnieniu i jest gwarantem praw przyrodniczych, a z drugiej, nie chce być posądzony o obskurantyzm przez odrzucenie powszechnie przyjmowanej teorii wyjaśniającej rozwój życia na Ziemi. Najczęstszym rozwiązaniem teistów jest dołączenie tezy o istnieniu Boga i stworzeniu świata przez Boga do gotowego schematu ewolucyjnego z nadzieją, że jest to ruch "dozwolony", tzn. że teza o istnieniu Boga-Stwórcy da się pogodzić z teorią ewolucji. Często jednak takie rozwiązanie idzie w kierunku deizmu, tzn. stanowiska, według którego Bóg zapoczątkował proces stworzenia, ale dalej nie bierze w nim aktywnego udziału. Połączenie z ewolucyjnym schematem tezy o ciągłej ingerencji Boga w stwarzanie świata, czego zdaje się wymagać chrześcijaństwo, jest już bardziej problematyczne, zwłaszcza jeśli proces ewolucyjny miałby być nie tylko ciągły, ale i czysto przypadkowy. Według van Inwagena nie powinno się zbyt pochopnie wiązać teizmu z teorią ewolucji, ponieważ - wbrew powszechnemu przekonaniu - teoria ta ma wiele poważnych luk, które wypełnione są bynajmniej nie naukową, ateistyczną ideologią.

Spośród tych wątpliwości van Inwagen analizuje dwie: pierwsza dotyczy zagadnienia makroewolucji, a druga pochodzenia człowieka i jego zdolności umysłowych. Tutaj zajmiemy się wyłącznie tą pierwszą. Makroewolucją według ewolucjonistów jest po prostu mikroewolucja w większej skali, tzn. obowiązują w niej dokładnie i wyłącznie te same zasady ciągłych zmian przypadkowych i doboru naturalnego, które stoją u podstaw mikroewolucji. Według van Inwagena jedną z najmocniejszych racji kwestionujących wyłączność tychże zasad w makroewolucji jest nieobecność pośrednich form ewolucyjnych na przykład między rybami a płazami. Ten fakt martwił już samego Darwina, lecz ponieważ w jego czasach zbadano niewielką część Ziemi, spodziewał się on, że w przyszłości istnienie takich form pośrednich zostanie potwierdzone odpowiednimi skamielinami. Takie stanowisko było w jego przypadku całkiem racjonalne. Ale dzisiaj, po przebadaniu wielokrotnie większej części Ziemi niż w czasach Darwina, ciągle nie ma odpowiednich skamielin wskazujących na istnienie takich form pośrednich, a mimo to biologowie utrzymują tę samą hipotezę co Darwin, tzn. spodziewają się znalezienia ich w przyszłości.

Zdaniem van Inwagena rozsądniejsze byłoby przyjęcie, że selekcja naturalna z ciągłymi i przypadkowymi zmianami nie jest jedyną zasadą rządzącą makroewolucją. Być może ewolucyjne wyodrębnienie płazów nastąpiło nie w sposób ciągły, lecz gwałtowny, a więc liczba pokoleń oddzielających płazy od ryb jest niewielka i stąd prawdopodobieństwo znalezienia skamielin tychże form pośrednich również bardzo małe. Co więcej, prawomocne staje się pytanie, czy przy założeniu wyłączności zasady ciągłych i przypadkowych zmian oraz doboru naturalnego brakujące formy pośrednie są w ogóle logicznie możliwe. Van Inwagen konstruuje interesujące i przekonujące eksperymenty myślowe, których tutaj nie sposób przedstawić, kwestionujące możliwość pojawienia się takich form w drodze stopniowych zmian genotypu.

Jak powinien postąpić ktoś, kto - jak van Inwagen - uznaje mimo wszystko, że płazy pochodzą od ryb? Istnieją dwie możliwości. Albo jakiś inteligentny byt prowadzi ewolucję przez szereg działań, które bezpośrednio wpływają na geny ewoluujących organizmów, albo istnieje jakiś dotąd nie odkryty mechanizm, który spełnia tę funkcję. Jeśli w obrębie nauki nie można badać pierwszej hipotezy, to przynajmniej powinno się badać drugą. Ale zdaniem van Inwagena dogmatyzm teoretyków ewolucji jest tak daleko posunięty, że wolą oni obstawać przy tezie o wyłączności mechanizmu ciągłych zmian przypadkowych, mimo że dane empiryczne jej nie potwierdzają i domagają się wręcz sformułowania hipotezy konkurencyjnej, która wcale nie musi być przecież hipotezą teistyczną. Sytuację tę porównuje van Inwagen do historii z Lordem Kelvinem, który założywszy, że mechanizmy u podstaw promieniowania słonecznego muszą dać się wyjaśnić w kategoriach znanej przez niego fizyki, obliczył, że słońce nie może świecić dłużej niż ok. 20 milionów lat. Gdy paleontologowie powiedzieli mu, że życie na Ziemi było już o wiele wcześniej, odpowiedział: "Istnieją dwie nauki: fizyka i zbieranie znaczków", co oznaczało, że szacunki paleontologów nie mogą konkurować z wyliczeniami fizyków. Gdyby jednak był bardziej ostrożny, powinien zwrócić uwagę na rzetelność oszacowań paleontologicznych i zakwestionować raczej założenie, że promieniowanie słoneczne może być wytwarzane wyłącznie przez ogrzewanie spowodowane kompresją grawitacyjną. Jak się okazało, później odkryto taki mechanizm, choć Kelvin nie mógł go sobie wyobrazić w tamtym czasie. Mógł jednak przynajmniej dopuścić możliwość istnienia takiego nieznanego mechanizmu i to samo powinni, zdaniem van Inwagena, uczynić zwolennicy teorii ewolucji w przypadku problemu z pośrednimi formami ewolucyjnymi.

Warto dodać, że wątpliwości van Inwagena co do mocy eksplanacyjnej teorii ewolucji na poziomie genotypu zostały wzmocnione i obszernie udokumentowane w kilku późniejszych publikacjach biologów molekularnych, a zwłaszcza w szeroko dyskutowanej książce Michaela Behe Darwin’s Black Box (New York: The Free Press 1996). Coraz częstsze ataki poważnych uczonych na teorię ewolucji nie oznaczają, że jej dni są policzone. Jej zwolennicy i popularyzatorzy uważają, że teoria ewolucji jest w stanie wszystkie zasygnalizowane problemy wyjaśnić. Znamienne jest jednak, że zarzuty dotyczące czysto naukowego wymiaru tej teorii wypowiadane są przez coraz poważniejsze autorytety. Ale nawet gdyby van Inwagen nie miał racji co do braków teorii ewolucji, to z pewnością ma rację, twierdząc, że jej obrońcy bardzo często wpisują w nią swój ateizm i traktują jako jeden ze środków walki z teizmem. Przyzna to każdy, kto natknął się na prace najbardziej obecnie znanych popularyzatorów teorii ewolucji: Richarda Dawkinsa i Daniela Dennetta.

Bardzo interesujące są też eseje dotyczące obrony chrześcijaństwa przed atakami formułowanymi na podstawie historyczno-filologicznych studiów biblijnych oraz religioznawstwa porównawczego. Jednak nie ma tu miejsca na rzetelne omówienie subtelnej argumentacji van Inwagena. Warto jedynie dodać, że analizami tymi usatysfakcjonowani będą zapewne ci, którzy wyczuwają, aczkolwiek nie potrafią tego uzasadnić, że po to, aby dotrzeć do istotnych treści chrześcijaństwa, ani biblistyka, ani religioznawstwo porównawcze nie są nieodzowne. A także ci, którzy nie uznają chrześcijaństwa po prostu za jedną z wielu równorzędnych religii, lecz za religię prawdziwą.

Van Inwagen broni w swojej książce poglądów niepopularnych w kręgach akademickich, ale - w odróżnieniu od różnych fundamentalistów chrześcijańskich - potrafi je uzasadnić w taki sposób, że wybitni filozofowie (a więc specjaliści od argumentacji) czują się zmuszeni do wzięcia ich pod uwagę, nawet jeśli są ateistami. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma tam twierdzeń i argumentów dyskusyjnych. Wprost przeciwnie, niemal wszystkie zamieszczone tam artykuły będą przez kogoś uznane za kontrowersyjne, ponieważ dotyczą zagadnień, które same w sobie są właśnie takie, a van Inwagen nie poprzestaje na opisie problemu, lecz zajmuje wyraźne stanowisko w każdej z tych kwestii. Ale to właśnie zaleta tej publikacji, bo o wielu pracach z filozofii religii i apologetycznych nie można nawet powiedzieć, że są kontrowersyjne. Na ogół są one streszczeniem i zestawieniem argumentów formułowanych przez wieki, a często też odpowiedzią na pytania, których dzisiaj już się nie zadaje.

 

PIOTR GUTOWSKI, ur. 1961, dr, adiunkt w Katedrze Historii Filozofii Nowożytnej i Współczesnej KUL. Autor książki Filozofia procesu i jej metafilozofia (1995). Ostatnio przebywał jako British Council Fellow na stypendium w Cambridge University oraz jako Fulbright Senior Fellow w Notre Dame University.

TADEUSZ SZUBKA, ur. 1958, dr filozofii, adiunkt w Zakładzie Logiki i Teorii Poznania KUL. Autor książki Metafizyka analityczna P.F. Strawsona (1995), redaktor antologii Metafizyka w filozofii analitycznej (1996). W latach 1996-1997 przebywał na stażu naukowym jako postdoctoral research fellow w Uniwersytecie Queensland, Brisbane, Australia.



 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: PRAWDA chrześcijaństwo Biblia religia nauka nieomylność objawienie fundamentalizm scjentyzm ewolucja naukowiec kreacjonizm
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W