Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

Z o. Janem Andrzejem Kłoczowskim OP rozmawia Tomasz Fiałkowski

Ósmy dzień tygodnia

Po liście Jana Pawła II w sprawie świętowania niedzieli

Spotykam w konfesjonale ludzi, którzy mówią mi, że w żaden sposób nie mogą uczestniczyć w niedzielnej Mszy, bo tak mają zorganizowaną pracę, a nie chcą dyskutować z szefem, bo boją się tę pracę utracić. Chodzi tu po prostu o prawo do praktykowania własnej religii. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że paradoksalnie stosunkowo łatwo można tak u nas traktować katolika; gdyby to był wyznawca innej religii i sprawa dostałaby się do prasy, podniósłby się krzyk o religijne prześladowanie. Czemu nie potrafimy bronić swego równie zdecydowanie jak żydzi czy muzułmanie? Szedłbym właśnie w tę stronę - w stronę gwarancji zapisanych w prawie pracy, dzięki którym nie można by zwolnić pracownika, który odmawia pracy w niedzielę ze względów religijnych.

 

TOMASZ FIAŁKOWSKI: Czy religia, której wyznawcy zatracają poczucie czasu świętego i przestają rozumieć sens święta, obumiera?

JAN ANDRZEJ KŁOCZOWSKI: Niewątpliwie tak. Świętowanie należy do istotnych form zachowania człowieka religijnego; nie potrafiłbym chyba wskazać żadnej tradycji religijnej, w której nie byłoby takiej czy innej formy świętowania, czyli wchodzenia w święty czas. Dychotomia czasu świętego i czasu świeckiego bardzo wyraźnie organizuje wyobraźnię i postrzeganie świata człowieka religijnego od paleolitu po postmodernizm. Nawet postmodernizm zna swoiste świętowanie, tyle że treść święta się zmieniła. Nie jest to już świętowanie sacrum, czyli właściwej wartości religijnej: świętuje się mundial, świętuje się rozmaite inne wydarzenia.Również i wszelkiego rodzaju pseudoreligie - tak zwane po niemiecku Ersatzreligionen - zachowywały swoisty podział na świeckość i świętość. Obchody 1 Maja i inne ceremonie czy to stalinowskie, czy to hitlerowskie, socjologicznie trzymały się paradygmatu właśnie religijnego. Potrzeba świętowania, różnicowania czasu, jego swoistej binarności, jest bardzo głęboko wpisana w człowieczeństwo.

Papież wydał właśnie List apostolski "Dies Domini" poświęcony świętowaniu niedzieli. Dla katolika niedziela to przede wszystkim gromadzenie się wokół Eucharystii, uobecnianie ofiary Chrystusa. Można by powiedzieć: nas ten list nie dotyczy, przecież frekwencja na Mszach niedzielnych jest w Polsce stosunkowo duża.

Myślę, że do nas papieski apel przychodzi w samą porę: pewne objawy kryzysu już się pojawiły, uczmy się, póki nie jest jeszcze za późno. Istotnie, Polacy zachowują pewną religijną formę bycia, która umożliwia istnienie w dwóch czasach, świętym i świeckim. Nie jest to bynajmniej żadna forma schizofrenii, raczej forma oczyszczenia. Zachowaliśmy też chyba świadomość sensu świętego czasu - to wielka wartość. To Miłosz zauważył, że nigdzie w świecie podczas swych licznych podróży nie znalazł niczego porównywalnego z naszym świętem Wszystkich Świętych. A to właśnie przykład czasu świętego, w którym przeżywamy "świętych obcowanie", czyli łączność z naszymi bliskimi zmarłymi, jakby mickiewiczowskie "Dziady", ale w głębszym sensie teologicznym.

Tożsamość narodu żydowskiego przechowała się przez lata wygnania między innymi dzięki przestrzeganiu przepisów dotyczących czasu świętego, dzięki rygorystycznemu obchodzeniu szabatu.

Jedna z najpiękniejszych książek o świętowaniu, jakie znam, "Szabat" Abrahama Joszuy Heschela - Papież odwołuje się zresztą do niej w swym liście - wprowadza pojęcie architektury czasu świętego. Szabat w tym ujęciu jest swoistą budowlą przechowującą święty czas, w który się wchodzi. Mówi się czasem, że istnieją dwa typy religii: religia czasu i religia przestrzeni. Judaizm i chrześcijaństwo należą niewątpliwie do pierwszego typu. W judaizmie ten element został wzmocniony przez rozproszenie, w jakim znalazł się naród żydowski. Szabat pozostał świątynią, gdy już nie było świątyni jerozolimskiej. W chrześcijaństwie - o czym zapominamy - jest przecież podobnie: kościół nie oznacza miejsca, w którym gromadzą się wierni; to owi wierni tworzą wspólnotę, kościół. Nie "chodzę do kościoła", tylko kościół spotykam w tym akurat miejscu.

Może jednak dojść do sytuacji, w której ktoś będzie uczęszczać na Mszę niedzielną i przestrzegać rozmaitych przepisów, ale utraci poczucie sensu tych działań.

Oczywiście: jeżeli świętowanie niedzieli sprowadzimy do - jak się czasami mówi - "chodzenia do kościółka" i prezentacji nowych strojów. Jednym z socjologicznych wyznaczników słabnięcia więzi religijnej jest praktyczna utrata sensu świętowania. Papieski list dotknął bardzo ważnego egzystencjalnego problemu, co zresztą widać w oddźwięku, jaki zyskał.

Pewien typ awangardowej sztuki, np. teatralnej, mocno nawiązuje właśnie do religijnego świętowania. Choćby nazwa "Teatr Ósmego Dnia" łączy się wyraźnie z eschatologiczną zapowiedzią innego czasu. W jednym z rozdziałów swego listu Papież także pisze o niedzieli jako o "ósmym dniu", profetycznym znaku wychodzenia poza zwykłą rzeczywistość. Ten list, przypominający religijne fundamenty codzienności i najważniejsze składniki, które tworzą dzień święty, niedzielę, decydując o jej centralnym miejscu w życiu chrześcijanina, będzie ważny dla bardzo wielu ludzi.

Jakie to składniki?

Przede wszystkim wspólnota eucharystyczna, dalej zaś nie tylko powstrzymanie się od pracy, ale też czas przeznaczony zarówno na modlitwę, jak i na dzieła miłosierdzia i na bycie z bliskimi.

Wszystko to jednak odbywa się w konkretnej rzeczywistości społecznej. Kiedyś rytm życia wspólnoty podporządkowany był przepisom religijnym. Teraz jest inaczej, zmienia się też sposób rodzinnego spędzania niedzieli. Z różnych powodów - mieszkaniowych, finansowych, obyczajowych - zanikły tradycyjne rodzinne zwyczaje.

Wiele rodzin w Polsce jeszcze je zachowuje.

Pojawiają się jednak też ich surogaty: choćby niedzielne wycieczki do super- czy hipermarketów. W dużych miastach hipermarket staje się miejscem, gdzie rodzina spędza w niedzielę wiele godzin. Kościół nawołuje, by nie zmuszać ludzi do pracy w niedzielę, ale z drugiej strony badania opinii społecznej wskazują, że ponad połowa Polaków chce robić wtedy zakupy, bo stało się to dla nich rozrywką, a nawet rodzajem rytuału.

Widzę w tym - by strawestować Lenina - dziecięcą chorobę naszego młodego kapitalizmu. List papieski daje wskazówkę metodologiczną, jak się zachować w czasie sekularyzacji. Papież nie nawołuje do mechanicznego powrotu do tradycji, pokazuje natomiast jej najgłębsze korzenie, jej rdzeń. Mówi: uprzytomnijcie sobie, czym naprawdę jest niedziela w poważnie traktowanym życiu chrześcijańskim, a potem przełóżcie sami tę wiedzę na język waszych konkretnych zachowań.

List nie zawiera żadnych konkretyzacji, czy nie istnieje jednak niebezpieczeństwo wprowadzania administracyjnych ograniczeń, które by świętowanie niedzieli w pewnym sensie wymuszały i które mogłyby wywołać reakcję odwrotną, tj. poczucie opresji ze strony Kościoła?

Podkreśliłbym mocno, że list papieski skierowany jest do ludzi wierzących, do "biskupów, kapłanów i wiernych". Nie należy on do tej grupy dokumentów, w których Papież zwraca się do "wszystkich ludzi dobrej woli". Chodzi raczej o nauczanie wewnątrzkościelne, o apel do mojego i twojego sumienia: co ty robisz ze swoją niedzielą? Jak ją święcisz? Jak ją święci twoja rodzina? Natomiast w sensie szerszym może on dać wiele do myślenia także i ludziom spoza wspólnoty Kościoła, bo przypomnienie sensu "czasu świętego" ważne jest dla całej kultury. Dlaczego? Dlatego że - jestem o tym coraz silniej przekonany - przeciwieństwem sacrum nie jest profanum, tylko banał. Owa handlowa niedziela co niedzielę wprowadza swoistą banalizację samego świętowania. Banalizacja oznacza brak rozróżniania, indyferentyzm. Kiedy wszystko staje się całkowicie jednakowe, ten dzień pierwszy czy ósmy niczym się nie wyróżnia. Kultura bez rozróżnień przekształca się w zhomogenizowaną papkę.

Dla ludzi świętujących niedzielę w supermarkecie to jest paradoksalnie pewne rozróżnienie, bo oni zwykle w tygodniu nie mają czasu na taką wyprawę.

Pewnie tak, ale - powtarzam - chodzi raczej o zachłyśnięcie się nowością, następne pokolenie traktować będzie odwiedziny supermarketu jako nudną konieczność.

Problem zapewnienia możliwości niedzielnego świętowania i odpoczynku także i tym, którzy dziś wbrew swej woli muszą wtedy pracować, jest jednak rzeczywisty. Oczywiście trzeba zachować umiar. Nie jesteśmy już społeczeństwem rustykalnym, w którym w niedzielę stawało całe życie, chyba że trzeba było zwieźć siano przed deszczem. Duży procent ludzi pracuje w instytucjach działających w trybie ciągłym. Fakt, że pewne segmenty usług działać muszą także i w niedzielę, jest oczywisty.

W krajach, w których obowiązują regulacje prawne ograniczające niedzielną pracę, zostały one zwykle wymuszone przez związki zawodowe. U nas związki zawodowe w sektorze usług praktycznie nie istnieją.

Dotykamy tu sprawy, która jest według mnie poważną bolączką naszego życia społecznego: poważne obszary pracy pozbawione są jakiejkolwiek ochrony. Dotyczy to np. handlu, gdzie znaczną część zatrudnionych stanowią kobiety, w naszej strukturze rodzinnej stanowiące nadal rdzeń i utrzymujące styl czy rytm rodzinnego życia. Nieobecność matki w domu w niedzielę w sposób zasadniczy zmienia ten dzień.

Czy rozwiązanie podobnych kwestii nie wymaga przede wszystkim zmiany postaw społecznych? Przecież sklepy otwarte są w niedzielę, bo mają wtedy klientów, a niedzielny utarg jest szczególnie duży. Więc co: wprowadzić zakaz niedzielnego handlu?

Nie byłoby dobrze, gdyby Kościół angażował się bezpośrednio w próby regulacji prawnej.

Nie twierdzę wcale, że Kościół chce się w nie angażować, ale wyobrażam sobie doskonale nadgorliwy samorząd, który wydaje lokalne zakazy tego rodzaju, powołując się na naukę Kościoła. W minioną Wielkanoc w Krakowie chciano na przykład formalnie zakazać sprzedaży w Wielki Piątek na Rynku kiełbasek z grilla. Przecież żaden wierzący nie będzie jeść w Wielki Piątek kiełbasek i nikt go do tego nie zmusi - więc po co zakaz?

Trzeba zachować zdrowy rozsądek. Z drugiej strony, pozostawienie wszystkiego wolnemu rynkowi stwarza sytuacje trudne do przyjęcia. Spotykam w konfesjonale ludzi, którzy mówią mi, że w żaden sposób nie mogą uczestniczyć w niedzielnej Mszy, bo tak mają zorganizowaną pracę, a nie chcą dyskutować z szefem, bo boją się tę pracę utracić. Chodzi tu po prostu o prawo do praktykowania własnej religii. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że paradoksalnie stosunkowo łatwo można tak u nas traktować katolika; gdyby to był wyznawca innej religii i sprawa dostałaby się do prasy, podniósłby się krzyk o religijne prześladowanie. Czemu nie potrafimy bronić swego równie zdecydowanie jak żydzi czy muzułmanie? Szedłbym właśnie w tę stronę - w stronę gwarancji zapisanych w prawie pracy, dzięki którym nie można by zwolnić pracownika, który odmawia pracy w niedzielę ze względów religijnych.

Takie regulacje mogą być oczywiście tylko częściowe, np. w sferze usług handlowych. A i tu sprawa nie jest tak jednoznaczna: przecież dla wielu rodzin wspólny niedzielny obiad w restauracji może być ważnym elementem spajającym rodzinną więź! Istota sprawy polega rzeczywiście na świadomości sensu niedzielnego świętowania. Musi istnieć społeczne przyzwolenie na tego typu regulacje, bez niego działalność legislacyjna nie ma wielkiego sensu.

Interpretując religijne nakazy nie można też jednoznacznie utożsamiać pracy z pracą fizyczną. Ktoś, kto siedzi 6 dni czy dłużej przy komputerze, a w niedzielę pracuje na działce, nie narusza przecież reguł odpoczynku niedzielnego; chodzi o rekreację w najlepszym sensie tego słowa.

W czasach PRL-u duszpasterze krytykowali często telewizję za to, że jej niedzielny program świadomie odciąga wiernych, a zwłaszcza dzieci, od przedpołudniowej Mszy. Dziś Kościół ma własne "okienko" w telewizji publicznej, ale w niedzielne przedpołudnie - poza oczywiście transmisją modlitwy na Anioł Pański z Watykanu - trudno znaleźć program, który skutecznie uświadamiałby widzom sens "świętego czasu". Czy to nie marnowanie szansy?

Słabe mam wiadomości na ten temat, sądzę, że te programy często robią ludzie, którzy dopiero uczą się fachu. Pogadanki czy najciekawsze nawet programy telewizyjne są jednak tylko informacjami "o", podczas gdy istotę religii stanowi inicjacja, wtajemniczanie przez uczestnictwo. O tym zaś, jaka jest nasza liturgia w kościołach i jak wiele pozostaje tu do zrobienia - można mówić nieskończenie.

Jak więc odbudowywać religijne świętowanie?

Naprawdę wielkie duchowe sprawy budować trzeba od dołu. Gdy przed kilku laty odwiedził nasz klasztor krakowski o. Christoph Schönborn OP, obecny kardynał Wiednia, doszliśmy wspólnie do wniosku, że najlepszą odpowiedzią na sekularyzację jest piękna i głęboka świąteczna liturgia. Ludzie muszą czuć, że w kościele dzieje się coś niezwykłego, co stanowi najważniejszy punkt świątecznego dnia. Łatwo byłoby się skoncentrować na organizowaniu nacisku na ustawodawców, by na przykład wpisali w konstytucję niedzielę i sposób jej obchodzenia. Tymczasem głównym zadaniem duszpasterzy jest takie organizowanie niedzielnej Eucharystii, by stawała się ona wydarzeniem dla wspólnoty, która się na niej gromadzi. Nie wolno banalizować wielkich świętych znaków



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: chrześcijaństwo niedziela świętowanie liturgia odpoczynek szabat rodzina celebracja uczestnictwo Judaizm supermarket zakupy
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W