Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao

JAK SIĘ MODLĘ? (cz. 3)


Agata Mamoń

Sekunda w każdej godzinie

 

 

Modlitwa, zwłaszcza osobista, należy do sfery najbardziej intymnej, wymagającej zachowania tajemnicy, zastrzeżonej i wymykającej się opisom. Nawet zdobywając się na próbę wyrażenia modlitewnych przeżyć w słowach, poddajemy się pokusie kreowania fałszywych (lepszych?) obrazów naszej wiary czy religijności. Myślę, że należy tutaj bardzo serio potraktować słowa Jezusa: "Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać" (Mt 6, 5). Chrystus wskazuje na konieczność zamknięcia się w odizolowanej izdebce, we wnętrzu swojego serca. Jedynie tam ma szansę nastąpić spotkanie Boga z człowiekiem. W samotności i w milczeniu.

Rzeczywistość codziennej modlitwy to często brnięcie przez jałowe i puste dnie, kiedy żadne znaczenie nie ożywia bezmyślnie powtarzanych, wyuczonych w dzieciństwie słów. Tracą sens słowa Syna: "Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze..." (Łk 11, 2). W czasie tej posuchy ratunek znaleźć można w modlitwie wspólnotowej, we włączeniu się w eucharystyczną modlitwę Kościoła, kiedy w trudzie wspierają nas inni.

"Nie umiemy się modlić tak, jak trzeba", mówi św. Paweł. "Panie, naucz nas modlić się", proszę za apostołami. I jeżeli znajduję dla siebie właściwą drogę, to jest ona w praktyce modlitwy nieustannej. Tradycja Kościoła zna wiele aktów strzelistych, proponują je nam zwłaszcza Ojcowie Kościoła Wschodniego: modlitwę Jezusową, nieprzerwane wzywanie Jego Imienia. Każdy ma możliwość wyboru paru słów, które szczególnie go zachwycają czy dotykają. One spowodują przemianę naszego życia.

Jeżeli udałoby się pamiętać o Bogu jedną sekundę w każdej godzinie dnia... Modlitwa zaczyna wtedy przenikać przez codzienne zajęcia, nagle potrafimy modlić się wszędzie. W każdym stworzeniu, we wszystkich rzeczach odnajdujemy Boga. Świat zdaje się stawać przezroczysty, odsłania się w nim, w drugim człowieku to, co stworzone na obraz i podobieństwo. A jego piękno wymaga dziękczynienia. "Dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny/ a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze/ i bez wybaczenia" (Zbigniew Herbert, Modlitwa Pana Cogito - Podróżnika).

Posiadając świadomość własnej słabości, czekam na łaskę, którą daje Bóg miłosierny i litościwy. Usiłuję zachowywać wierność w modlitwie, chociaż ciągłe upadki sprawiają, że zaczynam od punktu wyjścia. Bóg przychodzi i mówi, kiedy zechce. Oby Jego głosu udało mi się nie zagłuszyć wyliczanką niezliczonych próśb o rzeczy niekoniecznie potrzebne. Proszę o odwagę, by powiedzieć: "Zabierz, Panie, i przyjmij całą wolność moją (...) cokolwiek mam i posiadam (...) Twoje jest wszystko" (św. Ignacy Loyola).

Czasem nagle i nieoczekiwanie, a może po wielogodzinnym czuwaniu, adoracji, kiedy złożyliśmy przed Nim nasze ciężary, wspomnieliśmy już wszystkich naszych bliźnich, a teraz tylko zmęczeni trwamy przy Nim, czujemy, jak spływa na nas radość i ukojenie. W tym czasie niezasłużonej łaski ogarnia mnie spokój i milczenie, pogrążając się w nim, pragnę zasnąć w Jego Obecności.

 

AGATA MAMOŃ, poetka, konserwator sztuki. Mieszka w Krakowie.

 

 


Moris Maurin

Modlitwa serca

 

Kiedy próbuję wyrazić, jak się modlę, doświadczam wielu trudności. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że chodzi tu o coś tak osobistego, że można odczuwać wręcz naturalne zażenowanie podyktowane szacunkiem do innych ludzi, również, lub przede wszystkim, że dla mnie samego wypowiedzieć coś bardziej obiektywnego na temat mojej modlitwy jest już bardzo trudno. Chociaż codziennie mam zwyczaj modlić się, od dawna nie próbuję nawet ocenić wartości tej modlitwy. Mogę wprawdzie badać, do jakiego stopnia byłem wierny w praktyce spędzania określonego czasu na modlitwie, ale ostatecznie wiem, że modlitwa jest dziełem Ducha Świętego w nas. Chodzi tu dokładniej o modlitwę zjednoczenia z Bogiem w milczeniu, o modlitwę serca, o taką modlitwę, którą przeżywał Jezus, gdy oddalał się wieczorem lub o świcie na miejsca samotne, aby modlić się do swego Ojca w intymności serca, którą nam polecił praktykować. "Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki i zamknąwszy drzwi módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu" (Mt 6,6).

Właśnie do takiej modlitwy byłem formowany w nowicjacie małych braci Jezusa. Było to 40 lat temu na Saharze. Mistrz nowicjatu opierał się najpierw na działaniu Ducha Świętego w naszych sercach. Drugą podstawą tej formacji miała być pustynia ze swoim pięknem, ale również ze swoją ogołoconą surowością. Nie ufał on niczemu, co mogło być jakąś techniką modlitwy, powtarzaniem formuł, które szybko się zużywały. Dla niego nawet medytacja, w którą nasza formacja również wprowadzała i która z pewnością jest jakąś pomocą, sama w sobie nie była modlitwą. Jest ona bardziej pracą umysłu, wyobraźni, ale nie jest modlitwą kontemplacyjną, gdyż może być jedynie modlitwą Ducha Świętego w nas. Tylko modlitwa, którą modli się serce, może podtrzymać życie kontemplacyjne, nawet pośrodku świata, nawet poprzez uczestniczenie w pracy i w życiu ludzi najuboższych. Taka modlitwa wyraża się w codziennie przeżywanej adoracji, która odbywa się w małej domowej kaplicy każdej wspólnoty małych braci. Jej przedłużeniem jest regularny pobyt w oddalonej od ludzi pustelni.

Wiem dobrze, że warunkiem każdej modlitwy jest jej przygotowanie. Nie możemy udawać się na modlitwę tylko dlatego, że właśnie na nią pora. Najpierw musimy sobie uświadomić, że mamy spotkać Kogoś, kto jest obecny, kto mnie zaprasza, kto na mnie czeka: "Trwajcie we Mnie tak jak Ja w was (...) trwajcie w Mojej miłości" (J 15,4.9). Umysł często jest zajęty wieloma wydarzeniami, spotkaniami minionego dnia i, niestety, mogę zaniedbywać to ważne przejście z aktywności do modlitwy kontemplacyjnej. "Boże, udziel mi łaski dobrej modlitwy" - powtarzał św. Augustyn.

Kiedy już jestem w kaplicy wobec Jezusa obecnego w Eucharystii, obecnego w mym sercu, staram się wewnętrznie skupić, skoncentrować uwagę, serce, moje ciało na tej obecności Jezusa, na obecności Boga. Wypływają wówczas z serca proste zdania: "Panie mój i Boże mój... Jezu, Ty wiesz, że Cię kocham, umocnij moją miłość... wierzę w Ciebie... wierzę, że jesteś tutaj... przymnóż mi wiary..." Jest to czas uwielbienia, miłości. Gdy wystawiony jest Najświętszy Sakrament, przez pewien czas wpatruję się w Hostię, ale równie często zamykam oczy. Jednocześnie jest to skupienie się w najgłębszym milczeniu mego serca, lecz nie skoncentrowanie się na samym sobie. Chyba to właśnie odróżnia tę modlitwę od medytacji tzw. mistyków wschodnich (buddyzm, hinduizm). Ta modlitwa serca jest dla mnie jakby wyjściem z siebie samego, darem z siebie po to, aby zjednoczyć się z Innym.

Odtąd moja modlitwa może wyrażać się na różne sposoby. Mogę się modlić w pełnym pokoju skupieniu, będąc wypełniony obecnością kogoś Innego. Ale może to być czas trudniejszy - na przykład mogę odczuwać trudności z koncentracją. Ciężar zmęczenia może zmuszać mnie do wysiłku, mobilizacji, aby stanąć w obecności Bożej. Mogę też doświadczać trudności z dyscypliną umysłu, w którym kręci się seria obrazów, jakby wewnętrzny film, czy też dyskusji, lub który po prostu jest zalewany falami otępienia i senności. Trzeba wówczas umieć trwać, wziąć się w garść, wzywać Ducha Świętego.

W trakcie modlitwy mogą się pojawiać i po sobie następować różne uczucia, wewnętrzne stany. Błaganie o przebaczenie wobec oczywistości mego grzechu, mojej grzeszności. Uczucie bolesne, ale nie przytłaczające, bowiem nawet jeśli pod miłosiernym spojrzeniem Jezusa jasno może się ukazywać mój grzech, brak czystości serca itp., dominuje zaufanie do Jego miłosierdzia. Sprawia ono, że jeszcze bardziej pragniemy, dążymy do oczyszczenia całej naszej istoty. "Ty, Panie, znasz mój grzech." Tak więc mój grzech jest obecny jako brzemię, które dźwigam, lecz jednocześnie miłosierne spojrzenie Jezusa ujęło jego ciężaru. Z moją osobistą nędzą łączy się cały bezmiar zła, nędzy, którą poznałem, i w tym doświadczeniu wołam: "Panie, zmiłuj się!"

W trakcie modlitwy przed oczyma naszej duszy mogą stawać różne osoby, z którymi jesteśmy związani przez codzienne życie, sąsiedztwo, pracę. To nie jest żadna przeszkoda, z którą trzeba się uporać, aby stanąć bardziej wolnym i samotnym przed Bogiem. Przeciwnie, to nas prowadzi do modlitwy wstawienniczej. W ten sposób to imię, ta twarz, to cierpienie w moim sercu jest przedstawiane Jezusowi. Również i tutaj nie potrzeba specjalnych formuł, wielu słów, aby wyrazić w modlitwie serca: "Panie, Twój przyjaciel jest chory..." Bóg wie wszystko, widzi wszystko. Serce obejmuje w Nim te osoby, za które pragnę się modlić, i razem z nimi ofiarowuje się Bogu.

W trakcie tej modlitwy, gdy dusza jest skupiona, może odczuwać i wyrażać głęboką wdzięczność wobec Boga. Może dziękować Mu za wszelkie dary, które otrzymała, i szczególnie za dar Jego obecności, za Jego wierność, miłosierdzie, nadzwyczajną cierpliwość wobec siebie. To radość pełna pokoju z oczywistości tej Obecności. Dusza jest wówczas jakby zamieszkana, wypełniona przez tę Obecność. Może ona trwać w tym milczeniu i być prowadzona, napełniona: "Moja dusza jest we mnie jak dziecko na łonie swej matki" (Ps 131). Jest to jak odpoczynek w Duchu Świętym.

Te chwile pełni pokoju, z jednej strony uświadamiane, jednocześnie prawie niewyrażalne, prawdę mówiąc są dość rzadkie. Lecz pozwalają one zakorzenić się w modlitwie, trwać na niej i znosić chwile pustki, które wcale nie są takie rzadkie. Nawet jeśli wciąż mam wrażenie, że nie umiem się modlić - co zresztą jest oczywiste, gdyż to, co najbardziej prawdziwe w modlitwie, dzieje się za sprawą Ducha Świętego - modlitwa stała się, często pomimo mojej osobistej nędzy, jakby życiem mego życia.

Spojrzenie duszy, która zwraca się podczas modlitwy w stronę Boga, może się uobecnić, powtórzyć w różnych chwilach dnia i to pozwala odnaleźć Jego Obecność w najprostszych wydarzeniach codzienności: oto zmęczony brat wracający z pracy, sąsiad, który jest chory, ubogi spotkany na ulicy. Jezus mówił, że trzeba się modlić bez przerwy (Łk 18,1). Jedynie to kontemplacyjne spojrzenie może przynieść jedność w naszym życiu, połączyć chwile czystej modlitwy z życiem pośród ludzi.

Modlitwa jest wyrazem naszej wiary i miłości do Jezusa. Sprawia, że pragniemy być z Ukochanym. Wypełnia i zbija z tropu, gdyż nikt w pełni jej nie posiada, a jest ona darem Ducha Świętego. Jest tym, czego doświadczył Jakub Maritain i tak wyraził słowami: "Kontemplacja jest czymś uskrzydlonym i nadprzyrodzonym, wolnym wolnością Ducha Świętego, jaśniejszym niż słońce Afryki i świeższym niż woda strumienia, lżejszym niż puszek ptaków, niemożliwym do uchwycenia, nie dającym się pochwycić żadnej ludzkiej mierze i objąć żadnemu ludzkiemu pojęciu, szczęśliwym z upokorzenia możnych i wywyższenia pokornych, zdolnym do ukrycia się pod każdym strojem, odpornym na wszelkie podstępy, zuchwalstwa czy zastraszenie. Jest czymś czystym i odważnym, jasnym i mrocznym, słodszym niż miód i trwalszym od skały, krzyżującym i uszczęśliwiającym (przede wszystkim krzyżującym), a czasami tym bardziej szlachetnym, im mniej zauważalnym" (J.R. Maritnain: Kontemplacja w świecie, Poznań 1994, s. 86).


Moris Maurin, mały brat Jezusa. Mieszka w Izabelinie.

 

 


Leszek Aleksander Moczulski

"Dobijanie się do modlitwy"

 

Mogę powiedzieć, że "dobijam się do modlitwy", jakby nieustannie kołacząc do drzwi, które, jeżeli się nie otworzą, to przynajmniej nieco uchylą, a już to "małe troszeczkę" uratuje mnie z codziennych opresji...

Nawet w stanach ogólnej rezygnacji, która potrafi przytłoczyć, z tego jednego - "dobijania się do modlitwy" - nie rezygnuję... modląc się kulawo, chaotycznie, stylem "Boże, ratuj"... Mam poczucie, że stoję z pustymi rękami, przychodzę z pustymi rękami, obciążony przewiną, ile razy się modlę, ufając danej wszystkim ludziom łasce modlitwy, otwierania się na Miłosierdzie Boże... Czasami nasuwa mi się taka refleksja: jak to się dzieje, że zniszczenia, jakie niosą grzechy, są dojmujące, wyraziste, a nie załamują, jeżeli umiem się pomodlić? Człowiek rozdarty jest przez grzechy, a poprzez żal, wiarę, ma siłę do zastanowienia, doświadcza katharsis, wreszcie jest mu dane zaznawanie chwil szczęścia i pokoju. I wyzwala się przekonanie, że jutro od nowa "podołam", jeżeli tylko uprę się przy modlitwie. Wspólnota "Wiara i Światło" (ruch zajmujący się dziećmi niepełnosprawnymi) nauczyła mnie i wciąż uczy, aby modlić się o dzień szczęśliwy i noc spokojną, resztę, ale to bardzo trudne, zostawić Opatrzności Bożej...

Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego to moje "punkty oparcia".

Są pewne sfery modlitwy, o których - choć z pewnymi oporami - mogę mówić, nawet niekiedy dzielić się nimi poprzez niektóre moje utwory... Są jednak takie sfery modlitwy, które można by nazwać tajemnymi, osobistymi i które wyznać można tylko Bogu. Im ufniej się w nie wejdzie, tym bardziej ma się poczucie, że tam tylko jest się rozumianym do końca. Nie ma sytuacji bez wyjścia. To przekonanie wywodzę ze słów: "Jezu, ufam Tobie"...

Kiedy zastanawiam się nad tym, "jak się modlę", nieodparcie przed moimi oczami jawią się obrazy modlącej się Wspólnoty Dzieci Brata Alberta ("Wiara i Światło"). Zwłaszcza podczas Mszy Świętej. Zmieszane i - jak by można powiedzieć - niesforne z radości głosy dzieci niepełnosprawnych, natchnione śpiewy ich opiekunów, wspólny krąg dłoni przy Ojcze nasz - przenoszą mnie w klimat pierwszych gmin chrześcijańskich. Z tej wspólnotowej modlitwy czerpię, ile tylko mogę, gdy spotykamy się, zwłaszcza na obozach letnich i zimowych. Nie jest to tylko emocja. Jest to także nieoceniona pomoc przy pogłębieniu refleksji o własnej modlitwie. Mogę powiedzieć - nauka. Łatwiej wtedy dojrzeć swoje blokady czy niedowiarstwo, schematy, niedostatki, braki (co warta moja modlitwa, gdy nie podejmuję wyrzeczeń?) czy zwykłą letniość, które na różne sposoby utrudniają, przesłaniają radość, jaką niesie modlitwa podarowana każdemu z nas przez Pana.

 

Leszek Aleksander Moczulski, ur. 1938, poeta, autor tekstów piosenek. Współautor (wraz z Janem Kantym Pawluśkiewiczem) koncertu Nieszpory Ludźmierskie (1993). Ostatnio wydał Elegie o weselu i radosne smutki (1997).

 

 


Jan Nowak-Jeziorański

"BĄDŹ WOLA TWOJA"

 

Redakcja "Znaku" nie zaprosiła mnie do udziału w ankiecie o modlitwie. Przez omyłkę, trudną do wytłumaczenia, list skierowany do nieznanego mi p. Jana Wróbla wysłano za ocean do Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Z miejsca uznałem, że skorzystanie z tej omyłki jest moim obowiązkiem. Dlaczego? Bo każda modlitwa, nawet jeśli jest tylko krótkim westchnieniem, stanowi akt potwierdzający wiarę w istnienie Wszechmocnego. A obowiązkiem człowieka wierzącego jest wiarę, swoją wiarę, głosić innym. Zgodnie z życzeniem redaktora będzie to wyznanie szczere i bardzo osobiste.

Z pewnością nie dla mnie jednego wspomnienie matki głośno odmawiającej z dziećmi wieczorne modlitwy jest pierwszym obrazkiem zapamiętanym z najwcześniejszego dzieciństwa. Moje modlitwy są przeważnie improwizowanym monologiem, ale matczyne pacierze odmawiam codziennie przez całe swoje długie życie. Ulubioną stała się modlitwa św. Bernarda zaczynająca się od słów: "Pomnij o najlitościwsza Panno Maryjo, że nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek uciekający się do Ciebie, Twojej pomocy wzywając, Ciebie o przyczynę prosząc, został przez Ciebie kiedykolwiek opuszczony." To wezwanie w jego staropolskim brzmieniu powtarzałem, ilekroć śmierć zaglądała mi w oczy i kiedykolwiek przechodziłem życiowy kryzys. Nie zostałem nigdy opuszczony, choć moje wojenne przeżycia były jednym wielkim łańcuchem cudownych ocaleń, a i lata powojenne obfitowały w chwile ciężkie, kiedy wszystko wisiało na włosku. Wierzę więc w moc modlitwy ufnej i żarliwej. Modląc się, idę za wezwaniem Chrystusa: "Proście, a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a będzie wam otworzone." To nie znaczy, że Zbawiciel zobowiązał się do spełnienia każdej mojej prośby. Gdyby tak było, modlitwa stałaby się zaklęciem zapewniającym sukces życiowy i najłatwiejszym sposobem sprawdzania wiary. Słowami: "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj" Modlitwa Pańska zachęca nas, by prosić "Ojca, który jest w niebiesiech" o zaspokojenie naszych potrzeb doczesnych. Jednakże słowa te poprzedza zwrot: "Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi." To znaczy, że moja wola wyrażona w modlitwie musi podporządkować się woli Boga. Woli, której nie znamy, bo "Moje drogi nie są waszymi drogami, a myśli Moje nie są waszymi myślami". Może należałoby to ująć inaczej. Wiem, że wolą Boga jest dobro i zbawienie mojej duszy, ale nie znam dróg, którymi Bóg chce mnie poprowadzić. Powtarzam więc słowa Psalmu na odwrocie obrazka, który przysłał mi biskup pomocniczy Metropolii Krakowskiej ks. Jan Szkodoń: "Powierz Panu swoją drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał."

Słowa Chrystusa: "o cokolwiek prosić będziecie Ojca Mego w imię Moje, da wam" odczytuję w kontekście Jego błagalnej modlitwy w Ogrojcu: On, który dobrowolnie wydał się na mękę, przeżywał w swej ludzkiej naturze potworny lęk przed tym, co Go czekało, i błagał: "Ojcze, oddal ode Mnie ten kielich goryczy, ale niechaj Twoja, a nie Moja wola się stanie." Ta błagalna modlitwa o ocalenie przed męką nie została wysłuchana. Spełniło się to, co było wolą Jezusa-Boga: zbawienie człowieka przez śmierć na krzyżu.

Modlitwa w Ogrojcu jest dla mnie najbardziej przejmującą nauką, jak należy modlić się o sprawy naszego życia doczesnego. W chorobie, w biedzie, w niebezpieczeństwie, w niepokoju o bliskiego człowieka albo bliską wspólnotę ludzką trzeba modlić się z całą żarliwością, na jaką nas stać, i z ufnością, że prośba zostanie nie tylko wysłuchana, lecz także spełniona. Błaganiu naszemu towarzyszyć musi jednak pogodzenie się z góry z wolą Boga, której nie znam: "Niechaj Twoja, a nie moja wola się stanie."

Pamiętam opowiadanie pewnej matki, której jedyne dziecko zachorowało na zapalenie opon mózgowych. Opowiadała mi po latach, że jej modlitwa była tak natarczywa, że zamieniała się nieomal w grożące żądanie, by Bóg ocalił jej dziecko. Natarczywe błaganie zostało wysłuchane, ale dziecko wyszło z choroby umysłowo upośledzone, na tyle jednak przytomne, by czuć się przez kilkadziesiąt lat swego życia głęboko nieszczęśliwe. Ta matka nieraz zadawała sobie pytanie, czy dla niej i dla jej dziecka nie byłoby lepiej, gdyby ta modlitwa, która zamieniała się w żądanie, nie została wysłuchana.

Mam niezachwianą pewność, że moje wołanie do Ojca w imię Syna będzie spełnione, jeśli ta prośba wykracza poza sprawy mego życia doczesnego. Mam 83 lata, ale jestem wciąż w pełni sprawny. Wiem, że to się może jutro skończyć, bo w tym wieku każdy dzień nie tylko życia, ale i zdrowia jest darowany. Nie boję się śmierci, bo mam za sobą bardzo długie i pełne życie, którego, dzięki Bogu, nie zmarnowałem. Lęk ogarnia mnie na myśl o starości samotnej, niesprawnej, bezużytecznej i przewlekłej. Proszę Boga, by mnie od tych nieszczęść późnej starości ocalił, ale powtarzam słowa z Ogrojca: "Niechaj Twoja, a nie moja wola się stanie." Gdy natomiast powtarzam słowa z Ewangelii: "o cokolwiek prosić będziecie Ojca Mojego w imię Moje, da wam" - mam głęboką, wewnętrzną pewność, że modlitwa o śmierć szczęśliwą w Bogu będzie wysłuchana i spełniona.

W modlitwie błagamy Boga, chwalimy Go albo Mu dziękujemy. Najczęściej prosimy, rzadziej odmawiamy modły dziękczynne, a chwalimy Go zazwyczaj w modlitwie zbiorowej. Chwalimy Boga w poezji, śpiewie i muzyce. W dawnych wiekach budowanie świątyń było dla ich twórców formą modlitwy wychwalającej Pana. Polska mowa osiągnęła szczyt swego piękna w Psalmie Jana Kochanowskiego Kto się w opiekę... i w pieśni Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary? a współcześnie w psalmach w przekładzie Czesława Miłosza. Kult Maryjny znalazł swój najpiękniejszy odblask w pieśniach Ave Maria Gounoda i Schuberta. W Hymnie do Boga Beethovena objawił się majestat Najwyższego. Piękno i ciepło kolęd, nie tylko polskich, ma w sobie ślady Boskiego natchnienia.

Dwa razy widok modlącego się człowieka wywarł na mnie niezatarte wrażenie. W roku 1957, w kilka miesięcy po wypuszczeniu z więzienia Ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego, znalazłem się w kaplicy Sióstr Nazaretanek w Rzymie w dniu, w którym po 12 dniach wyczekiwania Prymas doczekał się nareszcie wezwania na audiencję u papieża Piusa XII. Kardynał usiłował usprawiedliwiać tę zwłokę, ale prasa światowa podchwyciła krążące po Watykanie pogłoski, że otoczenie Papieża miało za złe Prymasowi, że postawił Watykan wobec faktu dokonanego, prosząc o przyjęcie go nie tylko wraz z ofiarą bezpieki, biskupem Baraniakiem, ale także z biskupami Klepaczem i Choromańskim, których dostojnicy watykańscy niesłusznie oskarżali po uwięzieniu Prymasa o ugodowość wobec reżymu.

Tego ranka, przed audiencją, Prymas musiał przeżywać jakieś ciężkie chwile. Modlił się z oczyma utkwionymi w wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej. Była w tym błagalnym spojrzeniu intensywność, której nigdy nie zapomnę. Niema modlitwa została wysłuchana. W kilka godzin później na dziedzińcu watykańskim św. Damaszka kardynał Wyszyński ukazał się po audiencji uśmiechnięty i promieniejący radością.

Lata później znalazłem się w prywatnej kaplicy Papieża. O dwa metry ode mnie modlił się na klęczkach Jan Paweł II. Miał oczy nie tylko zamknięte, ale mocno zaciśnięte palcami obu dłoni. Przed nim na klęczniku leżał stary, gruby, nadniszczony modlitewnik. Koncentracja w tym obliczu była tak wielka, jakby Papież był całkowicie oderwany i daleki od otaczającej go rzeczywistości, od tej kaplicy i obecnych w niej ludzi. Boże, pomyślałem sobie, o cokolwiek on się modli, Ty go słuchasz. Żadne kazanie najmądrzejsze i najpiękniejsze nie wywarło na mnie tak wielkiego wrażenia, jak ten modlący się Papież z Polski.

Sołżenicyn modlił się piórem. Przelał na papier wyznanie, które warto przytoczyć (w przekładzie Ignacego Szenfelda):

Jak lekko, Boże, żyć mi z Tobą! Jak łatwo mi uwierzyć w Ciebie! Kiedy rozprasza się w osłupieniu oraz rozmięka umysł mój, gdy najmędrsi ludzie nie widzą dalej poza wieczór dnia dzisiejszego, nie wiedząc, co im jutro czynić - Ty jasną wiarę zsyłasz mi, żeś jest i troszczysz się nieustannie, iżby nie wszystkie drogi dobra na zawsze dla nas stały zamknięte.

Dzisiaj u szczytu sławy ziemskiej w zdumieniu oglądam swą drogę, której wymyślić nie potrafiłbym, dziwną drogę przez beznadzieję wiodącą tutaj, skąd i ja mogłem ludziom odblask Twej światłości posłać. A ile trzeba będzie w przyszłości, bym jak zwierciadło mógł ją odbijać, Ty mi, o Boże, sam wyznaczysz. Jeśli zaś czemu nie podołam, snadź innym jeszcze to powierzyłeś.

Wiara bez modlitwy usycha i staje się martwa jak kwiat bez wody.

 

Jan Nowak-Jeziorański, ur. 1913, polityk, publicysta, pisarz, były dyrektor sekcji polskiej Radia Wolna Europa.

 

 


Michał Okoński

TEGO SIĘ NIGDY NIE WIE

 

Napisana już przeze mnie, zamknięta i gotowa odpowiedź na ankietę "Znaku" czekała jeszcze na ostateczny "szlif" do czasu zakończenia pielgrzymki Papieża. Cóż, kiedy to, co mówił podczas wizyty Ojciec Święty, zmusza do zaczęcia wszystkiego od nowa.

Bo "szkoła modlitwy" była, w moim przekonaniu, jednym z najważniejszych tematów podróży Papieża. Jan Paweł II kilkakrotnie mówił o tym, jak sam się modli (opowieść z Kalisza o odmawianej codziennie przed Mszą modlitwie do św. Józefa czy wyznanie z Częstochowy o medytacjach, jakie czyni nad pieśnią Bądźże pozdrowiona, Hostio żywa), wielokrotnie wzywał do modlitwy i podkreślał wiarę w jej moc (np. gdy prosił w Gorzowie, aby "błagać na klęczkach" o to, by dane mu było - zgodnie z przepowiednią Prymasa Wyszyńskiego - wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie). Świadectwo Papieża zmusza do rachunku sumienia z tego, jak się modlę, i z tego, czy wierzę w moc modlitwy. Ale także z tego, czy w ogóle się modlę. Czy można nazwać modlitwą te momenty skupienia, podczas których codziennie rano wieszam na szyi krzyżyk przywieziony z brazylijskiego leprozorium przez Przyjaciela - momenty, w których zbliżający się dzień próbuję odnieść jakoś do Pana Boga? Albo te, zdarzające się zwykle kilka razy w tygodniu, podczas których żegnam się, gdy pociąg rusza ze stacji? Albo w kościele: gdy skupiam uwagę, żeby ujrzeć we właściwej perspektywie zbliżające się w najbliższym tygodniu wydarzenia - czy jest to modlitwa?

"Jesteśmy przekonani, że w dzisiejszej Polsce potrzeba świadectw, dlatego bardzo liczymy na odpowiedź" - pisze "Znak" w zaproszeniu do ankiety. Ale jeżeli rodzą się we mnie takie wątpliwości, to czy jestem odpowiednim kandydatem do tego, by dawać świadectwo? "Przechodzimy przez życie, gromadząc - świadomie lub podświadomie - odblaski bożego światełka. Zbierając dowody, że coraz więcej wiedząc, coraz mniej potrafimy wyrazić słowami" - pisze Gustaw Herling-Grudziński w Cmentarzu południa. Krążę wokół tego cytatu, myśląc o swojej modlitwie. Wierząc w Boga, gromadząc "odblaski bożego światełka" i nieraz czując Jego obecność, mam kłopot z modlitwą pojętą jako rozmowa, rodzaj osobowego kontaktu. Myślę o Nim, ale z Nim nie rozmawiam, kiedy próbuję coś wyrazić własnymi słowami, czuję niestosowność sytuacji. Mówić do Boga "ty"? "Ty wiesz, co teraz czuję"? Przecież skoro to wypowiadam, przychodzi mi do głowy jakaś myśl, która jest poza rozmową, a o której On także wie. Nie, tak mi się nie uda. Zafascynowany oglądałem, jak robi to Bess McNeill w filmie Larsa von Triera Przełamując fale. Z wzniesioną pokornie głową, proszącym dziecinnym głosikiem mówi do Niego, a On (czy to był On czy wytwór jej chorej wyobraźni, wyrosłej w surowej atmosferze jakiejś sekty religijnej: to pytanie, na które od wyjścia z kina nie potrafię sobie odpowiedzieć, zresztą - przypomina za Karlem Rahnerem ks. Adam Boniecki - tego się nigdy nie wie) odpowiada także jej ustami - spuszczała wtedy głowę i mówiła grubym głosem, czasem ostro, a czasem z jakąś czułą serdecznością. "Jesteś malutką, głupiutką dziewczynką, Bess..." Fascynująca świadomość stałej, rzeczywistej i dotykalnej obecności Boga w jej życiu.

Nie potrafię wznieść się na poziom mistyki. Nie czuję, że Bóg odpowiada (choć gdy piszę lub mówię to zdanie, nagle tracę pewność, czy jest prawdziwe). I może to dziwne, ale jeżeli się modlę, robię to słowami znanymi na pamięć od małego dziecka. Ojcze nasz, Zdrowaś Mario, powtarzane wielokrotnie jak mantra... Modlitwa nie przychodzi mi łatwo, przede wszystkim ze względu na wywołane własnymi grzechami oddalenie i na brak "celi" - miejsca nie tyle w przestrzeni, ale we mnie samym, oznaczającego pewną dyspozycję duchową, którą mogę wykorzystać przez (powiedzmy) kwadrans dziennie i w której nie myślę o pracy, domu, pociągu, drugim domu...

Paradoksalność przeżyć religijnych, które rzadziej wiążą się z obecnością w kościele, z lekturą brewiarza (co szukając "celi" próbuję robić) czy Biblii, a częściej z kontaktem z dziełami kultury. I tym przeżycie intensywniejsze, im bardziej nie wprost o "innym świecie" jest mowa. Tak było choćby w przypadku jednego z drukowanych w "Tygodniku" Tematów do odstąpienia Czesława Miłosza. Nazywał się Krzyś i powstał na wieść o śmierci Christophera Milne"a, pierwowzoru chłopca z Chatki Puchatka. Kubuś i metafizyka? Owszem. Odważyłem się wziąć udział w ankiecie "Znaku", bo myślę, że przypadków takich jak mój jest więcej: ludzi, którzy będąc w Kościele, nie potrafili znaleźć drogi do osobowego kontaktu z Bogiem, korzystając z recept kościelnych. Którzy jednak próbują gromadzić "odblaski bożego światełka" albo - jak napisał ks. Józef Tischner - szukają "tropu zbiegłego Boga". I może potrzebują naprowadzenia na ślad...

 

Michał Okoński, zastępca sekretarza redakcji "Tygodnika Powszechnego". Publikował w "Przeglądzie Powszechnym" i w "Życiu".

 


Maria Poniewierska

Bóg chce nas z całym życiem

 

Wiele lat temu przeczytałam gdzieś wyznanie pewnej Amerykanki, która modliła się nawet wtedy, gdy smażyła naleśniki. Wychowana w tradycji "odmawiania" pacierza rano i wieczorem, zdumiałam się. Jak to? Prozaiczna codzienna krzątanina może być miejscem (i czasem) modlitwy? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Bóg chce nas dla siebie z całym naszym życiem i że wydzielanie dla Niego skrawka dnia, odklepanie Ojcze nasz to zdecydowanie za mało. Za mało - przede wszystkim dla mnie.

Bóg jest blisko mnie, gdy jem i śpię, gdy pracuję i odpoczywam, gdy boję się trudów życia i gdy zachwycam się Nim. I pragnie być obecny w tym wszystkim. A może to raczej ja potrzebuję rozmawiać i milczeć z Nim: o każdym człowieku, którego spotykam, o każdej sprawie, w którą się angażuję, o każdym bólu i radości, o sobie i o całym świecie. Chcę Mu to powierzać, kłaść Mu na sercu mój lęk przed cierpieniem i szkolny stres moich córek, dramatyczny zwrot w życiu znajomego księdza i samotność kuzynki, przerażenie i ból po kolejnym zabójstwie dokonanym przez młodych ludzi i ich pogubienie. Chcę z Nim rozmawiać o ludziach widzianych w telewizyjnych relacjach z wojen, kataklizmów, tragicznych wypadków. A kiedy cieszę się z czyjejś przyjaźni, nowo narodzonej (kolejnej) pary bliźniąt, z kwiatów ofiarowanych mi ot tak, bez okazji, z uśmiechu nieznanej osoby na ulicy, to także chcę to przeżywać z Bogiem, tu i teraz. Dlatego moja modlitwa jest tak często zgrzebna, prosta, "codzienna".

"Najprawdziwszym opisem chleba jest opis głodu." Od pewnego czasu odczuwam głód takiej modlitwy, która byłaby wielkim świętem, wielką radością, uwielbieniem i dziękczynieniem. Brat Karol de Foucauld mówi o trwaniu przed Bogiem z miłością. Okazuje się jednak, że świętowanie przychodzi mi najtrudniej.

 

MARIA PONIEWIERSKA, redaktor PWN. Mieszka w Krakowie.

 

 


Janusz Poniewierski

Byłbym zupełnie inny

 

Jakże tu uczciwie mówić o własnej modlitwie, kiedy wir życia wciąga coraz bardziej i nieustannie domaga się ofiar? Wtedy najłatwiej poświęcić codzienną modlitwę... A może właśnie trzeba mówić o tym głodzie i poczuciu wydrążenia, i jakimś bezsensie dopadającym człowieka, który zrezygnował z modlitwy.

Trzeba nam wrócić do modlitwy. Trzeba, by - jak mówił w Polsce Jan Paweł II - nie ulec pokusie, żeby "więcej działać niż być". Na początek to może być program minimum: westchnienie skierowane ku Bogu, prosty akt strzelisty pomyślany niekoniecznie na klęczkach - jak przelotne spotkanie z Przyjacielem. A potem warto znaleźć czas na więcej - na czytanie Pisma (choćby 10 minut dziennie), na zapomniany pacierz, może na to, żeby uklęknąć przed ikoną, zapalić świecę i trwać, chociażby z muzyką Bacha bądź kanonami z Taizé w uszach i milczeniem w sercu.

W moim domu jest ikona i świeca, i kaseta z Taizé. I czasem udaje mi się uklęknąć i otworzyć psałterz albo nic nie otwierać - po prostu trwać. I słuchać, bo modlitwa to także słuchanie. A jeśli mówić, to słowa najprostsze: "Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną."

Gdyby nie te chwile, byłbym kimś zupełnie innym.

 

JANUSZ PONIEWIERSKI, członek redakcji "Tygodnika Powszechnego", redaktor wyborów pism Jana Pawła II Przemówienia i homilie oraz Ewangelia cierpienia (1997).

Inne wypowiedzi
Część 1 Część 2 Część 4


 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: tradycja modlitwa dialog liturgia uwielbienie dziękczynienie Bóg misterium pobożność tajemnica kontemplacja przebaczenie Jan Nowak-Jeziorański prośba rozmowa Jezus Leszek Aleksander Moczulski Michał Okoński Poniewierski
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W