Opoka - Portal katolicki
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl
Pekao
List pocieszenia

Henri J.M. Nouwen

List pocieszenia

ISBN: 978-83-60703-82-3

wyd.: Wydawnictwo SALWATOR 2008




Fragmenty dostępne na naszych stronach:



Drogi Ojcze,

w najbliższy poniedziałek minie pół roku od śmierci matki. Właśnie rozpocznie się Wielki Tydzień i obaj będziemy się przygotowywać do świętowania Wielkanocy. Jaka będzie dla nas ta Wielkanoc? Ty zapewne wysłuchasz opowieści o zmartwychwstaniu Chrystusa w kościele parafialnym w naszym holenderskim miasteczku. Ja przeczytam tę samą opowieść zakonnikom i gościom w klasztorze Trapistów, na północy stanu Nowy Jork. Obaj będziemy patrzeć na świecę wielkanocną, symbol zmartwychwstałego Chrystusa, i myśleć nie tylko o Nim, ale także o niej. Nasze umysły i serca zaleją myśli i uczucia zbyt głębokie, skomplikowane i intymne, aby je wyrazić w słowach. Jestem jednak pewien, że będziemy myśleć o ostatniej Wielkanocy, kiedy ona jeszcze była z nami. Obaj będziemy sobie przypominać, jak kochała te wielkie święta, jak ozdabiała dom kwiatami, a stół w jadalni — purpurowymi i żółtymi wstążkami. Wydaje się, że było to dawno, dawno temu. Czy Ty także masz takie wrażenie? Ostatnie sześć miesięcy mogłyby równie dobrze być sześcioma latami. Jej śmierć zmieniła nasze odczuwanie czasu. Krótki okres pomiędzy zeszłym październikiem i obecnym kwietniem wydawał się bardzo dziwnym czasem, w którym dni, tygodnie i miesiące były tak długie, jak są one dla małego dziecka stawiającego swoje pierwsze kroki. Musieliśmy na nowo uczyć się życia. Każde „normalne” wydarzenie stawało się dla nas nowym doświadczeniem. Miało jakość „pierwszego razu”. Jakże często używaliśmy tych słów! Pierwsze Boże Narodzenie bez matki, pierwszy Nowy Rok bez matki, pierwsza rocznica ślubu bez matki. A teraz będzie pierwsza Wielkanoc bez matki. Wiem, że — podobnie jak ja — często zadawałeś sobie pytanie: „Jak to będzie bez niej?”. Nie potrafimy sobie przypomnieć żadnego z ważnych wydarzeń bez jej udziału. Nie jesteśmy też w stanie przewidzieć, jak będziemy doświadczać tych znanych nam dni i sytuacji, przeżywanych kiedyś wspólnie z nią. Teraz nie są już dla nas czymś znanym — stały się nieznane. Uświadomiliśmy sobie nagle, jak bardzo nasze myśli, uczucia i percepcja były od niej zależne. Wielkanoc była nie tylko ważnym świątecznym dniem, ale dniem, który świętowało się razem z nią, dniem, w którym słyszało się jej głos, oczekiwało jej listów, tak bardzo czuło się jej aktywną obecność, że nie mogliśmy odróżnić radości, którą sprawiały nam święta, od radości, którą dawała jej obecność. Zlewały się bowiem w jedno. Niestety, teraz zostaliśmy zmuszeni do tego, by je rozróżnić, i przypominamy dzieci, które muszą się uczyć robić różne rzeczy po raz pierwszy same.

Takie nowe doświadczenia sprawiły, że ostatnie pół roku było dla nas dziwnym czasem. Jej śmierć stała się dla nas czymś, co się ciągle dzieje. Ilekroć przeżywaliśmy kolejne wydarzenie bez niej, odczuwaliśmy jej nieobecność w nowy sposób. Uświadamialiśmy sobie głębokie więzi z nią, o których na chwilę zapomnieliśmy, a które ponownie uzmysławiał nam dalszy bieg historii. I za każdym razem ona znowu w nas umierała. Wspominanie tego, co ona by zrobiła, powiedziała lub napisała w danej sytuacji, uprzytamniało nam coraz wyraźniej jej brak i pogłębiało nasz żal z tego powodu.

Prawdziwego bólu czas nie leczy. Błędem jest sądzić, iż upływ czasu sprawi, że powoli o niej zapomnimy i przeminie nasz ból. Naprawdę chcę Cię w tym liście pocieszyć, ale nie przez sugerowanie, że czas uleczy Twoje cierpienie i za rok, dwa, trzy lub więcej lat nie będziesz już tak bardzo za nią tęsknił. Nie tylko kłamałbym, lecz także pomniejszałbym znaczenie życia matki, nie doceniałbym głębi Twojego bólu i błędnie relatywizował siłę miłości, która łączyła matkę i Ciebie przez czterdzieści siedem lat. Jeżeli czas czegoś dokonuje, to pogłębia nasz żal. Im dłużej żyjemy, tym pełniej sobie uświadamiamy, kim ona była dla nas, i tym głębiej doświadczamy, co znaczyła dla nas jej miłość. Prawdziwa, głęboka miłość jest bardzo dyskretna, pozornie łatwa, oczywista i tak się przejawiająca, że uważa się ją za rzecz naturalną. Dlatego też często dopiero w retrospekcji, czy raczej we wspomnieniach, w pełni docierają do nas jej siła i głębia. Co więcej, miłość często uwidacznia się w cierpieniu. Cierpienie, którego teraz doświadczamy, ukazuje nam, jak głęboka, prawdziwa i wszechogarniająca była jej miłość.

Czy to jest pocieszenie? Czy to daje ukojenie? Wydaje się, że robię coś przeciwnego do pocieszania. Być może. Być może, te słowa tylko wzmagają Twoje łzy i powiększają Twój smutek. Ale dla mnie, Twojego syna, który boleje wraz z Tobą, nie ma innego wyboru. Chcę Cię pokrzepić i pocieszyć, lecz nie w taki sposób, który ukrywa prawdziwy ból i omija wszelkie rany. Piszę do Ciebie ten list w głębokim przekonaniu, iż rzeczywistości można stawić czoło i wejść w nią z otwartym umysłem i sercem, w szczerym przeświadczeniu, iż pocieszenie i pokrzepienie znajdziemy tam, gdzie nasze rany są najbardziej bolesne.

Gdy zatem piszę do Ciebie, że w naszym wspominaniu poznamy nie tylko całą głębię miłości matki, ale również cały ból jej odejścia, robię to z myślą o męczącym mnie pytaniu: „Dlaczego ona umarła przed nami i czemu to my musimy dźwigać ciężar bólu?”. Z pewnością wiele razy zadawałeś je sobie. Żyłeś w niekwestionowanym przekonaniu, że umrzesz wcześniej niż matka. Myślałeś tak nie tylko dlatego, że byłeś od niej o trzy lata starszy albo że zawsze wydawało się, iż ona ma lepsze zdrowie, ale dlatego że czułeś, iż raczej ona będzie w stanie żyć dalej bez Ciebie niż Ty bez niej. Czemu więc właśnie Ty musisz się nauczyć żyć bez niej i poznać ją nie tylko w szczęściu jej obecności, ale także w bólu jej nieobecności? Jej został oszczędzony smutek Twojej śmierci, nigdy nie musiała zaznać życia bez Ciebie. Cały smutek został dany do dźwigania Tobie i Tobie zostało powierzone to podziwu godne zadanie odkrywania jej miłości nie tylko w życiu, lecz również w śmierci. Dlaczego? Chociaż jestem od Ciebie młodszy o dwadzieścia dziewięć lat i chociaż „logika życia” mówi, że rodzice umierają przed dziećmi, mnie to pytanie nie daje spokoju tak jak Tobie, ponieważ miłość nie zna „czasu zegara”.

Piszę do Ciebie ten list świadom wagi tego wielkiego pytania. Chcę zgłębić z Tobą i dla Ciebie znaczenie jej śmierci i naszego życia, jej życia i naszej śmierci. W listach, które napisałeś do mnie od czasu jej śmierci — listach bogatszych i obszerniejszych niż te pisane przez Ciebie przedtem — sam poruszyłeś temat śmierci. Odkąd ujrzeliśmy w szpitalu jej znieruchomiałą twarz, zastanawiamy się, czym naprawdę jest śmierć. Jest to kwestia, którą pozostawiła nam matka, i chcemy podjąć się jej rozważenia, wejść w nią, zgłębić i pozwolić rosnąć jej w nas. Czyniąc tak, możemy się nawzajem pocieszyć. Będzie to trudna droga, ale jeżeli przejdziemy ją razem, na pewno okaże się dla każdego z nas nie tak straszna. Cieszę się zatem, że w tym cichym i spokojnym klasztorze Trapistów mam możliwość napisania do Ciebie tego listu, a zwłaszcza że mogę pisać do Ciebie w tych dniach, w których obydwaj przygotowujemy się do świętowania zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa.

opr. aw/aw



list_pocieszenia_01_080415.html
 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: śmierć matka ojciec relacje list samotność syn pocieszenie strata trauma przeżycie traumatyczne