Pekao
Strona główna
opoka.news opoka.photo opoka.org.pl

Ks. Alfons Józef Skowronek

Joint venture z Bogiem

Cierpimy dzisiaj w Kościele na manko duchowego kapitału. Ale czy gdybyśmy mogli sformułować życzenie, prosilibyśmy o wiarę?

W „Pamiętniku wiejskiego proboszcza” Georges Bernanos wkłada choremu księdzu w usta słowa: „Nie, ja nie straciłem wiary. Wyrażenie »stracić wiarę«, jak gubi się portmonetkę z pieniędzmi lub pęk kluczy, zawsze wydawało mi się dość nierozumne i prymitywne... Wiary się nie traci, lecz ona przestaje nadawać życiu kształt. I to jest wszystko”.

Co się wtedy dzieje? Nic dramatycznego, jest to pełzający proces.

Na szerokiej fali

Na naszej wierze niepostrzeżenie kładzie się pył, wyziębia się pod wpływem zapomnienia, zobojętnienia. Pierwsza miłość ulega ochłodzeniu, wiara staje się letnia. W mój stan wiary zaczynam już tylko wierzyć.

Fenomen ten obserwujemy dziś jeszcze silniej — w epoce istnej eksplozji religijnych wierzeń fala wiary znajduje się w stadium odpływu. Wielu z nas odczuwa to na własnym ciele i pyta: czy moja wiara wystarczy, by ostać się w XXI wieku? Czy będę wierzyć na tyle wystarczająco, żeby się nią dzielić? Czy poniesie mnie w kryzysach mojego życia?

Jakże pragnąłbym wierzyć jak dawniej, jak moi dziadkowie, jak ów ciężko chory, który żywi nadzieję i w pełnej świadomości żegna się z życiem, jak owe kobiety w gronie Jezusa, jak...

Są dni, że wierzy się łatwiej: w wielkie święta, w dobrym nastroju, wśród swoich, z którymi łączą nas te same przekonania. Wtedy człowiek płynie na szerokiej fali wiary. Wówczas czuję się tak silny, jakby wiara była „dziecinną zabawą”. Wiara jest wprawdzie darem nade wszystko, ale istnieją jej wyże i niże. Ta silnie ugruntowana wiara może jednak obniżać swój lot dokładnie tak samo jak miłość i zaufanie, jak wino na weselu w Kanie. Czy w czasach odpływu można ściągnąć, jak z beczki wino, łyk wiary od kogoś, kto wierzy „więcej” — jak owa niewiasta, która do Jezusa skrada się z tyłu i przez przelotne dotknięcie Jego szaty kieruje na siebie cudowny przepływ Jego energii? Czy pewnego dnia do Jezusa nie będą mnie wlekli ludzie, których wiara jest bardziej nośna od mojej wiary bezwładnej?

Pozwólmy napełnić się zbawczym lękiem w kwestii ograniczonego „zasobu” wiary — i takie doświadczenie może stać się głębokim przeżyciem duchowym.

Apostolski akt strzelisty

Nic, co ludzkie, nie jest obce Kościołowi czasów apostolskich. Oto stoją przed Jezusem ważni mężowie i z góry wyprzedzają naszą często nieukrywaną prośbę; unisono, czyli jednogłośnie mają tylko jedną prośbę: „Prosthés!” (Łk 17, 5). Jak przetłumaczymy ten grecki zwrot? Dodaj nam wiary, daj nam nieco więcej wiary! Dodaj coś do naszej wiary! Daj nam wiarę! Użycz nam tej życiowej siły! Albo: „Przymnóż nam wiary!”, jak słowa te przekłada Biblia Tysiąclecia.

Zwróćmy uwagę — proszący nie są już więcej prostymi „uczniami”. Łukasz określa ich teraz jako Apostołów, czyli „pion kierowniczy”, jako sztab ludzi przewodniczących na zgromadzeniach modlitwy i jako multiplikatorów jutra. Silne to ugrupowanie operacyjne odprawia w obecności Jezusa swego rodzaju błagalne nabożeństwo. Nie jest to egoistyczne zatroskanie o własne zbawienie, żadna zacięta wola zwycięstwa atletów, którzy za wszelką cenę pragną stanąć na podium.

Godny uznania jest fakt, że Kościół zabiega nie tylko o trwałość swych struktur, o finansowe zaplecze i wpływy, lecz rejestruje sejsmograficznie: cierpimy na manko duchowego kapitału. Mówi ktoś: chętnie wyrywałbym drzewa z korzeniami i w mojej parafii pozmieniał wszystko, co tylko możliwe, lecz nie mam pod nogami gruntu do odbicia się, brak mi długiego oddechu. Czy Ty, Panie, nam wystarczysz? Czy możemy się pokazać z Twoją skromnością, z naszą krztą wiary? Rzadko Kościół jest tak jednozgodny jak wówczas, gdy czuje swój deficyt i staje przed Panem z kompletem swych braków. Gdybyśmy mogli sformułować trzy życzenia, nie, tylko jedno: czy prosilibyśmy o wiarę? Przed Panem stoimy z pustymi rękoma, ogołoceni. Wtrąćmy nawiasem: biblijnie nagość może być niesłychanym przywilejem. Rajskie opowiadanie (Rdz 2, 25) zamykają słowa, że ludzie przed sobą nadzy nie odczuwają żadnego skrępowania; ich zaufanie i miłość nie potrzebują żadnej osłony. To jest jeden sposób życia. Może być jednak i tak, że ludzie nauczyli się wstydzenia tego, czym są — wtedy mamy świat takim, jaki znamy. >

Tylko...

Skąd brać wiarę i nie kraść? Pomni swych słabości Apostołowie nie udają się do jakiegoś pobożnego centrum fitness, lecz podnoszą swe oczy do Pana, który „umacnia ich ramię” (Oz 7, 17). Ufności nie pokładają w jakiekolwiek siły samolecznicze. Zwracają się do właściwej instancji. Jezus i wiara — te dwie wielkości przynależą do siebie. Tej sztuki zachowania uczyć się można u Marcina Lutra z jego słynnym poczwórnym zawołaniem, i odtąd wiekopomną i niezawodną kwadrygą czterech filarów wiary: Sola Scriptura Solus Christus Sola fides Sola gratia. Tylko Pismo Święte — Tylko Chrystus — Tylko wiara — Tylko łaska.

Silna wiara zaś, podkreślmy to mocno, uczestniczy w bezsilności Jezusa. Naśladowanie nie jest treningiem, który w religijnej szkółce specjalnego kształcenia i zaprawy przeobraża duchowe karzełki w atletów, a duszy usprawnia „duchową muskulaturę”. Naśladowanie sprawdza się w szarzyźnie powszedniości dnia, bez zaliczania punktów.

Być może za plecami Jezusa uczniowie spodziewali się czegoś więcej, jako naoczni świadkowie Jego cudów — nadludzkiej mocy? W epicentrum „źródła siły”, tutaj niemożliwe musi stać się możliwe! Być może nie chcieli sobie uświadomić, że naśladowanie jest wędrówką przez pustynię o rzadkich oazach, niekończącym się marszem o wyschniętych pragnieniem gardłach, nie jest żadnym nieustannym wzrostem życiowych energii, nie jest wspinaniem się po niebiańskiej drabinie, żadną religijną kwalifikacją do awansów. Jezus nie jest stacją zaopatrzenia, żadnym źródłem prądu, u którego ludzie doładowywaliby niskie napięcie ich wiary.

Mniej znaczy więcej

Jezus słucha ich prośby, ich ukrytego wątpienia w siebie samych, lecz nie reaguje zgodnie z oczekiwaniem. Poucza ich, by prosili inaczej. Pragnie ich prośbę przemienić, koryguje ich problem. Nie chodzi o ilościowo wymierną wielkość wiary, którą dumnie można zaprezentować lub „spokojnie zanieść do domu”. Jezus nie dawkuje działającej długo pigułki.

To, co zrazu wygląda na odmowę ich prośbie, w rzeczywistości jest dodaniem odwagi. Uczcie się na cierpliwości Boga zaczynania przy małych środkach do osiągania wielkich sukcesów. Mniej znaczy więcej, głosi stara mądrość. I dlatego Jezus kieruje ich spojrzenie na maleńkie ziarno gorczyczne i na drzewo morwy, zaskakując uczniów tak zawadiackimi obrazami.

Owszem, przyznaję wam rację: wiara to dynamika (Rz 1, 16), ma wprawiać w ruch. W wierze mamy wyrastać ponad siebie. Uświadom sobie, jakie kwalifikacje są w tobie zakodowane. Pozwól wyrwać się z samego siebie, jak głęboko zakorzenione drzewo, i daj się przeflancować w bezdenny ocean. Zaufaj, Piotrze, że woda niesie ciebie i drugich. W dumnej pewności swej wiary Piotr waży się na słowo Jezusa, i rzuca się w morze: a ono niesie go dopóki, dopóty wewnętrzne wątpliwości go nie zmogą i nie pociągną w odmęty wód. Ogrodnik niechętnie przesadza wiekowe drzewo — Jezus, powołując uczniów, wykorzenia i przeszczepia ich na żyzny grunt Królestwa Bożego. Jak w obrazie rentgenowskim dostrzega w niepozornej wierze maluczkich już obecne bezgraniczne do Niego zaufanie.

Wprawieni w ruch

Wiara jest siłą wytrwania i niepoddawania się przedwcześnie; jest także wielkim nabraniem powietrza, kiedy rośnie we mnie siła i jestem przekonany, że mogę rwać dęby. Tę „zwariowaną wiarę” odkrywam u ludzi, którzy umieją uskoczyć od siebie na dystans i ze swą mizerną mocą generować pokój, swą bezgłośną obecnością wypromieniowywać kojącą dobroć, sami przy tym nie biorąc; ludzie, którzy nie mają czasu, aby pytać o stan swej własnej wiary, lecz w jasnej przytomności czynią, co konieczne.

Myślimy o ludziach „zwariowanych” do tego stopnia, że w dojrzałym wieku pozwalają się zapędzić w przygodę wyboru nowego zawodu, w permanentny stan niewymijania się z problemami. Wszystko, co uważam za niezmienne, za zapetryfikowane i nieprzemieszczalne, może — na słowo Jezusa — wprawić się w ruch: Człowiecze, pozwól się przerzucić w otwartą dal, w otwarty ocean Boga.

W swej życiowej podróży z Jezusem uczniowie są świadkami cudu, że otrzymali dar wiary i przez swe świadectwo są zdolni ruszyć z posad bryłę świata i ją translokować w Boże Królestwo. Jezus nie wzmacnia naszej wiary środkami dopingowymi, lecz „zwariowaną” obietnicą swej bliskości. Nic więcej ponad to.

Niech nam to wystarczy.

Bóg wierzy w człowieka

Czy wiara jest postawą rozumną?

Do tej pory nasze rozważanie przebiegało wertykalnie, od dołu ku górze, koncentrując się na człowieku i jego drogach wiary. Ten kąt widzenia sprawy należy jednak poszerzyć o odgórną perspektywę. Kiedy zapytamy, co przez „wiarę” rozumie Biblia, dokonamy specyficznego odkrycia.

Zarówno w Biblii Hebrajskiej, jak i w Nowym Testamencie pierwszorzędnym podmiotem wiary nie jest człowiek, który wierzy w Boga, lecz — jak paradoksalnie by to nie zabrzmiało — Bóg, który wierzy w człowieka.

Bóg wierzy człowiekowi, Bóg darzy człowieka zaufaniem. I dlatego wiele mu powierza i spodziewa się po nim wielkich rzeczy. W Starym Testamencie Bóg zawiera z człowiekiem Przymierze, powstaje więc obustronna więź zaufania; czyniąc człowieka partnerem Przymierza, Bóg liczy na udany alians wspólnego ryzyka, swego rodzaju joint venture. Podejmuje to ryzyko wiedząc, że my nie jesteśmy partnerami godnymi najwyższego zaufania, na których bez reszty można budować. Czy Bóg działa nieroztropnie, kiedy w nas wierzy? Czy w rzeczy samej robi z nami dobry interes? Skąd Bóg czerpie swe zaufanie do nas?

Wiemy z własnego doświadczenia, jak fundamentalne znaczenie dla człowieczego rozwoju ma przeżycie głębokiego zaufania. Być może wśród Żydów jest tak wielu geniuszów — podobno 1/4 lub nawet 1/3 laureatów Nagrody Nobla to Żydzi — ponieważ wiele żydowskich matek wierzy, że ich dzieci są geniuszami. Niewiarygodne znaczenie ma fakt, kiedy u podstaw ludzkiej egzystencji spoczywa wielkie zaufanie. Rozwój człowieka dojrzewa w miarę jak my, ludzie, już w dzieciństwie doświadczamy błogosławieństwa, doświadczamy, że nam się ufa: „Spodziewam się po tobie, że ty to potrafisz”. Nade wszystko jednak ważna jest domniemana wiedza, że ja jestem chciany, kochany. Poczucie to darzy zaufaniem i świadomością bezpieczeństwa.

I oto: rdzeń chrześcijańskiej wiary stanowi przekonanie, że ja jestem chciany, lubiany, afirmowany. Najsławniejszy jest ten wers z Proroka Izajasza, kiedy Pan mówi: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu (...), a nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49, 15).

Na kredyt

Czy zasługujemy na takie zaufanie?

Wielu ludzi cierpi na ostry brak poczucia własnej wartości. Zbyt często mówiono im, że do niczego się nie nadają. W swoim joint venture Bóg posunął się bardzo daleko. W pewnym sensie sam wystawił za nas dokument zaufania. Jako chrześcijanie wierzymy, że Bóg stał się Człowiekiem. W święta Bożego Narodzenia nie chodzi o solenną muzykę wielkoświątecznych dzwonów i strojne drzewko, święcimy Narodzenie Chrystusa. Ryzyko gwarancji Bóg podjął za nas. Ryzyko opłacił z góry. Jest to ryzyko krzyża. He payed the bill. A jeżeli Bóg nam ufa bezgranicznie, wierzy w to, że i my potrafimy wiele.

Wiara chrześcijańska wspiera się na tym wielkim zaufaniu, jakim Bóg darzy człowieka. Wiąże się z tym wymieniony już typ obcowania Boga z nami: ufa nam i dlatego wierzy, że i my potrafimy zdziałać bardzo wiele.

Najważniejszą przypowieścią Nowego Testamentu jest zapewne opowiadanie o talentach (Mt 25, 14-30). Bogaty człowiek wyruszał w daleką podróż i powierzył swój majątek trzem zarządcom. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden. Zawrotna suma: około miliona euro. Znamy dalszy ciąg historii. Zatrzymujemy się przy trzecim słudze, który swój milion schował do przysłowiowej pończochy i pieniądze zakopał. Bogaty, wróciwszy z rejsu, udziela mu ostrej nagany: „Powinieneś był oddać moje pieniądze bankierom, a ja byłbym z zyskiem odebrał swoją własność” Mt (25, 27).

Jezus z naciskiem pragnie podkreślić, że Bóg bezgranicznie stawia na człowieka. Pierwsi dwaj dobrze zainwestowali. Trzeci zawiódł na całej linii. Jaki jest sens tego opowiadania? W oczach Boga jesteśmy godni kredytu. On w nas wierzy! Wiemy wszyscy, jak boleśnie ugodzić może moment, kiedy głębokie zaufanie legnie w gruzach. Co wtedy począć, gdy zaufanie zostanie zawiedzione? Orędzie Jezusa jest jasne: Trzeba „się nawrócić”. Pierwsze kazanie Jezusa brzmi: „Bliskie jest królestwo Boże: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Drobna uwaga: Jezus nie mówi: Nawróćcie się, lecz „nawracajcie się!”. Nawrócenie jest procesem ciągłym, pracą zadaną człowiekowi na całość życia.

***

Medytację tę niech zamknie strzelisty akt modlitwy:

Boże, jesteś tak blisko nas, my jednak niemal Ciebie nie znamy. Swoim słowem zabiegasz o nasz posłuch i nasze serce, ale my przechodzimy nad nim do porządku. Pragniesz nas przemienić mocą Twego Ducha, lecz my jesteśmy jakby sparaliżowani opieszałością i lękiem przed ludźmi.
Obdarz nas radością, która jak ziarno gorczycy w zarodku kryje w sobie wszystko. Przechwyć nasze serce, wypełnij naszą pustkę, ożyw naszą ospałą nadzieję, uczyń nas gotowymi na przyjmowanie i doprowadź Twe słowo ku stokrotnym plonom.

***

Ks. prof. Alfons Józef Skowronek (ur. 1928) jest jednym z najwybitniejszych polskich teologów, emerytowanym wykładowcą UKSW, ekumenistą, członkiem redakcji międzynarodowego pisma „Concilium”. Ma w dorobku ponad 500 artykułów i 18 książek, m.in. „Aniołowie są wśród nas”, „Kim jest Jezus z Nazaretu?”, „Kościół w burzliwych czasach”.



opr. aw/aw



Copyright © by Tygodnik Powszechny

 
Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: nawrócenie wiara zaufanie wcielenie przymierze niepewność ufność zwątpienie wątpliwości święta Bożego Narodzenia modlitwa o wiarę nawracanie się