Opoka - Portal katolicki
opoka.newsopoka.photo
Pekao


Michael Seed

Dziecko niczyje


PROMIC - Wydawnictwo Księży Marianów
Warszawa
październik 2010
ISBN 978-83-7502-219-3
stron: 288
Format książki: 125 x 196 mm




Spis treści
O MICHAELU
PRZYJACIELE
PRZEDMOWA
MICHAEL SEED
PROLOG
CZĘŚĆ PIERWSZA
CZĘŚĆ DRUGA
CZĘŚĆ TRZECIA
POSTSCRIPTUM
EPILOG


fragment książki

Rozdział drugi

Tata był strażnikiem w osławionym więzieniu Strangeways w Manchesterze. W mundurze zawsze wyglądał groźnie. Nie tylko ja tak uważałem, dzieci z sąsiedztwa również. Niektóre z tych dzieciaków zachowywały się bezczelnie wobec niemal każdego. Ale nie wobec mojego ojca. Być może słyszały, jak traktuje mamę i mnie. W każdym razie wolały z nim nie zadzierać.

Jego czarna marynarka i spodnie przypominały strój policjanta. Całości dopełniała błyszcząca, czarna czapka z daszkiem, biała koszula i czarny krawat. Tata zawsze miał krótko przycięte włosy z tyłu i po bokach. To nadawało mu złowrogi wygląd. W tamtym okresie ciągle wydawał się czymś rozzłoszczony. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek się uśmiechał.

Nosił przy sobie gwizdek, którym raz pozwolił mi zagwizdać, i czarną pałkę. Nosił też gruby, czarny, skórzany pasek z ogromną sprzączką. Był wysokim i dosyć szczupłym mężczyzną, ale ręce miał umięśnione. Często mi powtarzał, że jest najbardziej wysportowanym i najtwardszym człowiekiem w Strangeways – nawet żaden więzień nie mógł się z nim równać.

Nie wiem, czy to była prawda, bo jeśli nie liczyć dziwnego zdarzenia, które miało miejsce, gdy byłem starszy, widziałem tylko, jak bije mamę i mnie, a żadne z nas nie mogło podjąć z nim wyrównanej walki.

Pierwsze pobicie, które mam żywo w pamięci, różniło się od dotychczasowych. Wtedy po raz pierwszy ojciec pobił mnie do krwi, a następnie zawlókł mamę do sypialni, by robić jej różne rzeczy. Jak to zwykle bywało, mama na wpół drzemała na fotelu, kiedy tata wrócił do domu, a ja oglądałem serial „Dixon of Dock Green”. Usłyszawszy kroki wchodzącego po schodach ojca, wtuliłem się w fotel najmocniej, jak potrafiłem, żeby być mniej widocznym. Już od dawna wiedziałem, że gdy znajduję się poza polem widzenia taty, ten o mnie zapomina. Miałem wówczas znacznie większe szanse na uniknięcie klapsa.

Mama nie podniosła wzroku, kiedy ojciec wszedł do salonu. Może nawet nie zauważyła, że wrócił. Często jej się to zdarzało. Oczy miała otwarte, ale nie wiedziała, co się wokół niej dzieje.

Nie zdjąwszy nawet czapki, tata podszedł do mamy, stanął przed nią w lekkim rozkroku i wbił w nią wzrok. Potem chwycił ją za ramiona i potrząsnął.

- Mogłabyś czasem zachowywać się normalnie, kiedy wracam do domu? – wrzasnął. – Nie myśl, że się wymigasz od swoich obowiązków, otumaniając się prochami. Jesteś jak jakieś cholerne zombie. Żaden z ciebie pożytek. Jakbym miał trupa za żonę.

Mama chyba coś zrozumiała i próbowała go odepchnąć.

- Przestań – powiedziała śpiewnym tonem, którym czasami zdarzało się jej odezwać. – Nie chcę, żebyś mnie dotykał. Sprawiasz mi ból.

- Nie sprawiam ci bólu! – ryknął z twarzą tuż przy jej twarzy. – Ale jeśli chcesz, mogę to zrobić.

Potem uderzył ją mocno prawą dłonią w policzek. Mama krzyknęła, a ja zerwałem się z fotela i podbiegłem do taty. Nadal pochylał się nad nią. Złapałem go za rękaw i błagałem, by się opamiętał.

- Proszę, tato, nie bij mamy. Krzywdzisz ją.

- Czego chcesz, do diabła, głupi smarkaczu? – warknął. – I co ty tu w ogóle robisz? Jesteś dzieckiem niczyim. Nie rozumiesz, bachorze? Jesteś dzieckiem niczyim.

Spiorunował mnie wzrokiem, po czym odpiął pasek i zaczął go wyciągać ze spodni.

- Proszę, nie rób nam krzywdy – powiedziałem, ale było już za późno.

Ojciec złożył pasek na pół i trzepnął mnie z całej siły po nogach. Krzyknąłem z bólu.

- Tato, nie! – błagałem.

Jego złość wzięła jednak górę i znów się zamachnął. Tym razem pasek wylądował na moich ramionach, ale koniec ze sprzączką owinął się wokół mojej głowy i uderzył mnie w twarz.

Znowu krzyknąłem i zakryłem twarz dłonią. Umierałem z bólu. Czułem, że moja twarz jest wilgotna, ale sądziłem, że to tylko łzy. Kiedy jednak oderwałem od niej dłoń, ta była cała we krwi. Duża, metalowa sprzączka rozcięła mi policzek.

Tata unosił już rękę, żeby zadać kolejny cios, ale gdy zobaczył krew, zastygł z ręką w górze.

Mama wciąż płakała, lecz nie z mojego powodu. Chociaż patrzyła w moją stronę, raczej nie zdawała sobie sprawy z tego, co się stało. Kiedy nie była otumaniona lekami, próbowała powstrzymać tatę, gdy zaczynał mnie bić. Jednak tym razem on sam uznał, że już wystarczy.

- Przestań się mazać, chłopcze, i idź wytrzeć twarz – powiedział, a następnie skupił swoją uwagę na mamie.

- Proszę, już jej nie bij – błagałem uparcie.

- Zrób, co kazałem, głupi smarkaczu! – wrzasnął. – Ta kobieta ma robić to, co do niej należy. Albo będzie wykonywała swoje cholerne obowiązki, albo skręcę jej kark.

Potem pociągnął mamę za ramiona i postawił na podłodze. Próbowała z powrotem usiąść, a on znów uderzył ją w twarz. Upadła przed nim z krzykiem na kolana. Jej śliczna buzia była cała czerwona i pokryta plamami. Mama płakała.

Pomyślałem, że za chwilę tata uderzy ją pięścią, ale tak się go bałem, że już nie próbowałem interweniować.

Nie uderzył jej, tylko chwycił za rękę i kark, a następnie wywlókł z salonu, przez cały czas ją przeklinając.

- Teraz przekonamy się, kto tu rządzi! – wrzasnął, po czym zaciągnął ją do sypialni i zatrzasnął drzwi.

Znalazłem w kuchni brudną ścierkę do naczyń i przyłożyłem ją do policzka, który wciąż krwawił i piekł. Potem wdrapałem się na fotel mamy i zwinąłem w kłębek. Odcinek serialu „Dixon of Dock Green” jeszcze się nie skończył, ale telewizor nie był nastawiony wystarczająco głośno, by zagłuszyć krzyki mamy i przekleństwa taty.

Nie wiem, co jej robił, ale byłem za mały i za słaby, by jej pomóc. Poza tym za bardzo się bałem.

W końcu chyba zasnąłem, ponieważ następne, co pamiętam, to że było już jasno, telewizor miał rozmazany obraz i wydawał dziwny, wysoki dźwięk. Z sypialni nie dochodziły żadne odgłosy.

Rozdział trzeci

Nie wiem, czy ojciec spędził tamtą noc poza domem, czy po prostu wyszedł do pracy wcześniej, ale tego ranka mama nie wzięła chyba swoich tabletek, bo mówiła i zachowywała się całkiem normalnie.

Pomyślałem, że może poprzedniego wieczoru zaszło między nią a ojcem coś, co ją odmieniło, ale w gruncie rzeczy nie miało to dla mnie znaczenia. Cieszyłem się, że znów jest ze mną po tak długim czasie – ona, moja prawdziwa mama, a nie jakaś ospała osoba, który patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem.

Nie liczyłem na to, że tak już będzie zawsze. Kiedy wcześniej zdarzało jej się znów zachowywać normalnie, taki stan utrzymywał się najwyżej dzień lub dwa, ale zazwyczaj tylko kilka godzin.

Mnie pozostawało jak najlepiej ten krótki czas wykorzystać. Mama wyłoniła się z sypialni i podeszła do fotela, na którym siedziałem owinięty kocem. Jej twarz pokrywały czerwone ślady po ciosach, a jeden policzek był nabrzmiały. Oczy miała spuchnięte – jak zawsze, gdy płakała. Na szyi widniały fioletowe sińce. Pomyślałem, że tego miejsca na jej ciele tata również nie oszczędził.

Kiedy odezwała się do mnie, jej głos brzmiał spokojnie.

- Michaelu – powiedziała. – Nie może tak dłużej być. Zasługujesz na coś lepszego. Ja też. Nie urodziłeś się po to, żeby bez przerwy cierpieć i żyć w ciągłym strachu. Musimy stąd uciec, ty i ja, przynajmniej na chwilę. Musimy przeżyć dla odmiany coś miłego.

Wtedy po raz pierwszy mama mówiła o wspólnej ucieczce i potrzebie przeżycia czegoś miłego. Byłem zachwycony.

- Mam przyjaciela o imieniu John – powiedziała. – Jeździ ładnym, dużym autem. Zaproponował, że zabierze nas na jednodniową wycieczkę. Porozmawiam z nim dzisiaj i powiem, że z chęcią skorzystamy. Chciałbyś pojechać na wycieczkę z kimś miłym?

Wydawało mi się to niemal zbyt wspaniałe, by mogło być prawdziwe.

- Bardzo bym chciał, mamusiu – odparłem. – Ale tylko ty i ja. Bez taty.

- Jasne, że bez taty – powiedziała, wzruszając ramionami. – Właśnie od taty chcemy uciec.

Zaprowadziła mnie do kuchni, wzięła szmatkę i umyła mi twarz, wciąż pokrytą zaschłą krwią. Potem posmarowała jakąś maścią rozcięcie na moim policzku i przykleiła plaster.

Byłem wniebowzięty. Od tygodni mama nie poświęciła mi tyle uwagi. Czasami przez cały dzień nie odzywała się do mnie ani słowem. A nie dotykała mnie – tak mi się przynajmniej wydawało – długimi tygodniami. Zacząłem nawet nieśmiało wierzyć, że tym razem mama pozostanie już normalna na zawsze. Że wróciła do mnie na dobre.

Następnego dnia wciąż zachowywała się normalnie. Taty nie było w domu. Czasami po poważniejszych kłótniach nie zjawiał się przez parę dni. Wtedy mama pozwalała mi ze sobą spać w wielkim łóżku.

Obudziła mnie wcześnie i dopilnowała, bym się dokładnie umył i włożył czyste ubranie. Potem uczesała mi gładko włosy dużą szczotką, której sama używała. Już wtedy miałem kręcone włosy i trzeba było wiele trudu, by je poskromić.

Czułem, że mama jest podekscytowana. Ja też byłem. Umalowała się i skropiła perfumami o zapachu ostrym i słodkim zarazem. Te niecodzienne przygotowania oznaczały, że wydarzy się coś wyjątkowego. I rzeczywiście się wydarzyło.

Wkrótce po tym, jak mama zeszła do sklepu, pod dom zajechał duży, srebrny samochód. Siedziałem wtedy przy oknie, z którego lubiłem obserwować ruchliwą ulicę, więc widziałem, jak auto nadjeżdża.

Po chwili mama wbiegła po schodach, krzycząc:

- Michael, Michael, już czas! Chodź szybko! Przyjechał John! Zabierze nas na przejażdżkę za miasto!

Zszedłem za nią po schodach. Powiesiła na przeszklonych drzwiach tabliczkę z napisem „Zamknięte”, a następnie zamknęła je na klucz.

Przyjaciel mamy stał przy dużym, srebrnym aucie, które – jak mi później powiedział – nazywało się „Jaguar”. John był niższy od taty i nieco grubszy, poza tym miał łysinę na czubku głowy, ale w przeciwieństwie do taty przywitał mnie szerokim uśmiechem i powiedział, że cieszy się, iż może mnie poznać i ma nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi.

Otworzył tylne drzwi wozu i zaprosił mnie do środka. Tylne siedzenie wydawało się bardzo szerokie, a pośrodku znajdował się podłokietnik. We wnętrzu auta dziwnie pachniało. John wyjaśnił, że to zapach skórzanej tapicerki. Kiedy mama, traktowana jak królowa, usadowiła się na przednim fotelu, John usiadł wreszcie za kierownicą i wyruszyliśmy w drogę.

Jaguar był o niebo wygodniejszym samochodem niż kupiony z drugiej ręki gruchot taty, który cały się trząsł i trzeszczał. Ale ta podróż różniła się także pod innym względem. Gdy tata prowadził auto, właściwie w ogóle się do nas nie odzywał, chyba że miał zły humor, ale wtedy nie mówił, tylko krzyczał. Natomiast John przez cały czas bawił nas rozmową. Rozmawiał głównie z mamą, która wydawała się szczęśliwa i wybuchała głośnym śmiechem, ilekroć powiedział coś śmiesznego. Ale czasami zwracał się też do mnie.

Zapewnił mnie, że chce wiedzieć o mnie wszystko. Był ciekaw, czy chodzę już do szkoły, bo według niego wyglądałem na duże i dojrzałe dziecko. Pytał o moje ulubione gry i zabawy. Wydawał się szczerze zainteresowany moją osobą, a ja rozgadałem się jak nigdy. To było bardzo dziwne. Zwykle, rozmawiając z ludźmi, mówiłem zaledwie kilka słów i to tylko dlatego, że musiałem coś powiedzieć. W naszej rodzinie mało się rozmawiało. Dlatego nauczyłem się tłumić wszystko w sobie. Ale rozmowa z Johnem była przyjemna. Potrafił sprawić, że najzwyklejsze rzeczy wydawały się śmieszne, a poza tym traktował mnie jak dorosłego, a nie jak smarkacza.

W końcu zatrzymaliśmy się gdzieś za miastem. Nie było tam żywego ducha. Usiedliśmy nad strumieniem, który płynął szemrząc wzdłuż trawiastych brzegów i wysokich, cienistych drzew.

John pokazał mi, jak się robi łódki z papieru. Umieściliśmy je na wodzie, a później biegliśmy za nimi wzdłuż strumienia, pokrzykując z radości. Dwa razy wpadłem niechcący do wody, ale mama nie była na mnie zła. John powiedział, że gdy był mały, codziennie wpadał do potoku, który przepływał przez jego rodzinną wioskę. Uważał, że to normalne w przypadku dzieci. Mama zdjęła mi buty i skarpetki i położyła je na trawie, żeby wyschły. Potem urządziliśmy sobie piknik. Nie przeszkadzało mi nawet, że kanapki były z szynką i pomidorem.

Zastanawiałem się, czy inne dzieci ciągle spędzają w ten sposób czas ze swoimi rodzicami. Pomyślałem, że byłoby cudownie, gdybym częściej mógł się czuć tak szczęśliwy.

Wkrótce trzeba było wracać. Po południu byliśmy już z powrotem na Ashton Old Road.

John klepnął mnie lekko po głowie i powiedział, że ma nadzieję, iż niebawem znów się zobaczymy i wspólnie pobawimy. Kiedy odparłem, że też mam taką nadzieję, uśmiechnął się szeroko. Potem pocałował mamę w policzek i odjechał.

Gdy tylko weszliśmy do sklepu, mama bardzo spoważniała. Położyła dłonie na moich ramionach i nachyliła się tak, że jej twarz znalazła się na wprost mojej.

- Michaelu, to musi pozostać tajemnicą – oznajmiła. – Nikt nie może się dowiedzieć o naszej wycieczce z Johnem, a zwłaszcza tata. Wiem, że ci się podobało. Mnie również. Byłoby fajnie, gdybyśmy mogli to powtórzyć. Ale nic z tego nie wyjdzie, jeśli tata się dowie. Nie wolno ci pisnąć ani słowa. Obiecujesz, że nic nie powiesz?

- O tak – odrzekłem. – Obiecuję, że dotrzymam tajemnicy. Chcę znów pojechać z Johnem. Było super.

Przez resztę lata, a potem także jesienią i zimą John stanowił jedyny jasny punkt w moim życiu. Ledwie kończyła się jedna wycieczka, już zaczynałem czekać z utęsknieniem na następną.

Kiedy zrobiło się zbyt zimno, by jeździć na wieś, John zabierał nas w inne miejsca. Raz wybraliśmy się do muzeum, innym razem – do zoo. Byłem zachwycony, gdy zabrał mnie do dużego sklepu w Manchesterze, żebym zobaczył Świętego Mikołaja. Zapytał, co chciałbym dostać na Gwiazdkę, a ja odpowiedziałem, że dużą zabawkową ciężarówkę. Nie liczyłem jednak na to, że ją dostanę. Prawie nigdy nie otrzymywałem w prezencie nic do zabawy. Tylko babcia dała mi kiedyś na urodziny piłkę futbolową.

Tata zawsze dawał mi w prezencie czapki, na Gwiazdkę i na urodziny. Miałem czapkę strażnika więziennego, policjanta, strażaka i wiele innych. Niespecjalnie się nadawały do zabawy, ale lubiłem je i czasami kładłem wszystkie obok siebie, a potem wyobrażałem sobie, że noszą je różni ludzie i że zachowują się w taki czy inny sposób. Od wielkiego dzwonu mama obdarowywała mnie kredkami, ołówkami i książeczkami do nauki rysowania, lecz ani ona, ani tata nigdy nie chcieli obejrzeć moich rysunków.

Zawsze uważałem, że nasze wycieczki z Johnem są zbyt wspaniałe, by mogły być prawdziwe. Powinienem był się domyślić, że coś tak miłego długo nie potrwa. Byłem złym chłopcem. Tata bez przerwy mi to powtarzał. Wiedziałem, że złym chłopcom nie przydarzają się dobre rzeczy, tylko wyłącznie złe. Nie podejrzewałem jednak, że za nasze sekretne wyprawy zapłacimy tak wysoką cenę.

Tata bił mnie również w okresie, gdy John zabierał nas na wycieczki, ale nie bardziej dotkliwie niż dotychczas. Ciosy otwartą dłonią i kopniaki były równie niespodziewane i bolesne, a niektóre z jego słów wciąż raniły do żywego, lecz zdążyłem się już do tego wszystkiego jako tako przyzwyczaić. Nauczyłem się z tym żyć. Tata był taki, odkąd pamiętałem, a teraz przynajmniej nie bił mnie sprzączką od paska.

Jednak tego wieczoru, gdy okazało się, że tata już wie o naszych wycieczkach z Johnem, padł na mnie blady strach. Święcie wierzyłem, że ojciec nas zabije.

Było już ciemno, kiedy wrócił do domu. W kominku palił się ogień, a my z mamą oglądaliśmy w salonie telewizję. Gdy ojciec wszedł do pokoju, niemal natychmiast poczułem od niego alkohol, i zanim jeszcze zaczął krzyczeć, wiedziałem, co się kroi.

Mama, która w przerwach między spotkaniami z Johnem znów zachowywała się jak zombie, była na wpół przytomna, kiedy tata bez ostrzeżenia ściągnął ją z fotela i uderzył w twarz wierzchem dłoni.

Stało się to tak niespodziewanie, że oboje byliśmy zaskoczeni. Na ogół tata przez jakiś czas podsycał w sobie złość, a dopiero później przystępował do rękoczynów.

Mama krzyknęła i opadła z powrotem na fotel, ale ojciec od razu się pochylił i zadał jej drugi cios w twarz. Mama znów krzyknęła.

Potem tata zaczął krzyczeć równie głośno jak ona.

- Ty dziwko! Ty wstrętna, cholerna dziwko! Spotykasz się z jakimś kolesiem za moimi plecami? Myślałaś, że się nie dowiem, zdziro? I jeszcze zabierasz ze sobą tego głupiego szczyla! Chcesz, by smarkacz sobie popatrzył na to, co wyprawiacie? Dobraliście się, co? Dziwka ze swoim synalkiem i jej kochanek!

- On nie jest moim kochankiem! – zaprotestowała mama. – To tylko przyjaciel, który był dla nas miły.

Zdołała wstać, ale wtedy ojciec zaczął ją okładać pięściami po klatce piersiowej. Krzyczała głośniej po każdym ciosie, lecz tata nie przestawał. Wyglądało na to, że całkowicie stracił panowanie nad sobą.

Potem jeszcze raz uderzył ją w twarz. Runęła w stronę kominka. Lądując na pupie, przewróciła kosz z węglem i zahaczyła o metalowe szczypce i szczotkę. Natomiast lewą ręką, odsłoniętą niemal po samo ramię, huknęła o żelazne pręty kominkowego rusztu. Wówczas jej krzyki stały się jeszcze głośniejsze.

- Poparzyłam się przez ciebie, bydlaku! – wrzasnęła.

Ojciec roześmiał się.

- I bardzo dobrze, dziwko! – zawołał, znowu unosząc pięść.

Nie mogłem dłużej tego znieść. Znęcał się nad mamą bardziej niż kiedykolwiek. Bałem się, że ją zabije. Rzuciłem się więc ku niemu. Kopałem go po nogach i waliłem pięściami w brzuch, ale niewiele to dało. Po chwili uderzył mnie w twarz, odbierając mi ochotę do walki.

- Ty cholerny gnojku! – krzyknął. – Tobie też należy się nauczka. Taka, której nigdy nie zapomnisz.

Chwycił mnie za rękę i kark, po czym zawlókł do kominka. Mamy odczołgała się już na bok. Leżała teraz na dywanie i łkając trzymała się za poparzoną rękę.

- Przekonamy się – warknął – czy taka sama lekcja, jaką dostała ta zdzira, nauczy czegoś jej bękarta.

Potem złapał mnie za rękę i przycisnął ją – od łokcia po nadgarstek – do rozżarzonych prętów, które poparzyły mamę.

Takiego bólu nigdy jeszcze nie przeżyłem. Krzyczałem tak głośno jak wcześniej mama. Ojciec przyciskał moją rękę do rusztu sekundę lub dwie, lecz przeszywający ból wydawał się trwać bez końca. Czułem go wszędzie – w ręce, głowie i całym ciele. Poza tym czułem zapach spalonych włosów i skóry.

Kiedy spojrzałem na rękę, była cała czerwona. Chyba zaczęły się już pojawiać na niej bąble.

Płakałem, ogarnięty histerią. Mama też płakała. Przyczołgała się do mnie i objęła mnie. Może próbowała mnie ochronić przed tym, co tata jeszcze mógł mi zrobić, a może sama potrzebowała wsparcia.

Zdumiewające, że mimo naszych krzyków, żaden z sąsiadów nie przyszedł, by sprawdzić, co się dzieje. Z pewnością wszystko słyszeli. To po prostu było takie miejsce. Ludzie nie wtrącali się w nie swoje sprawy i nigdy nie wzywali policji. Ale nieustannie plotkowali między sobą i każdy mieszkaniec ulicy wiedział wszystko o wszystkich pozostałych.

Nie mam pojęcia, czy tata zdał sobie sprawę, że posunął się za daleko, czy tylko opadł z sił. W każdym razie przestał mnie bić. Przez dłuższą chwilę przewiercał nas oboje nienawistnym wzrokiem.

- Robi mi się niedobrze na wasz widok! – warknął, a następnie wypadł z pokoju i zbiegł po schodach na dół.

Nie wiem, czy wrócił do pubu, czy do pracy. Odczuwałem tylko wielką ulgę, że sobie poszedł. Nie mógł już mnie skrzywdzić.

Tak oto skończyły się nasze sekretne wycieczki z Johnem. Nigdy już nie przyjechał po nas swoim wielkim jaguarem, a mama rzadko o nim wspominała. Powiedziała mi, że poznała Johna podczas jednego ze swoich pozorowanych wypadów na zakupy. Nie stać jej było, by sobie cokolwiek kupić, ale uwielbiała chodzić do ekskluzywnych domów towarowych i butików i udawać, że jest zamożną damą, która robi tam zakupy. Zawsze wyglądała najpiękniej, gdy wybierała się na taką przechadzkę.

Poznała Johna, kiedy piła kawę w jednym z domów towarowych. Siedzieli przy tym samym stoliku i zaczęli rozmawiać. Mama powiedziała mi, że to był pierwszy mężczyzną od lat, który traktował ją jak damę, i dlatego zgodziła się pojechać z nim na wycieczkę. Był po prostu miłym człowiek, który odnosił się do niej z szacunkiem.

Ale w Openshow, jak w każdym robotniczym getcie, nie dało się niczego ukryć przed sąsiadami. Było tam zbyt wiele czujnych oczu.

John odbierał nas spod domu, bo tak chciała mama. Miała nadzieję, że jeśli nie będzie się z tym wszystkim kryć, sąsiedzi nie wyciągną mylnych wniosków. Ale któryś z nich wyciągnął mylne wnioski i chcąc trochę namieszać, powiedział tacie o naszych sekretnych przejażdżkach. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, kto nas zdradził. Cała ta sytuacja sprawiła jednak, że mama i ja byliśmy bardziej niż kiedykolwiek zdeterminowani, by podjąć próbę ucieczki.
(…)

Rozdział dziesiąty

Życie z tatą nigdy nie było przewidywalne, ale teraz jego napady złości zdarzały się jeszcze bardziej niespodziewanie, a stopień cierpień, które zadawał mamie i mnie, zależał od jego nastroju w danym momencie. Kiedy miałem sześć i pół roku, wydawało mi się, że potrafię już zorientować się w sytuacji i stwierdzić, czy do domu wrócił łagodny czy brutalny ojciec.

Potem jednak tata wprowadził nowy złowrogi element do naszego życia rodzinnego, a ja znów się w tym wszystkim pogubiłem.

Któregoś wieczoru wrócił do domu z reklamówką w dłoni i oznajmił, że kupił coś na kolację, chociaż nigdy nie jadaliśmy o tak późnej porze.

Zjedliśmy już kanapki, a ja ponadto banana, więc mama zakomunikowała tacie, że nie jest głodna.

- Zjedz z Michaelem – powiedziała, a potem znów pogrążyła się w drzemce na sofie.

Tata przyniósł z kuchni dwa talerze i dwie pary sztućców i położył na stole w salonie.

- Chodź tu i siadaj – powiedział do mnie, wyjmując z reklamówki papierowe zawiniątko.

Kiedy rozwinął papier, serce mi zamarło. To, że tata przyniósł do domu jedzenie, było zdumiewające. Znając swoje szczęście, mogłem się jednak domyślić, że to będzie coś, czego nie lubię.

Ryba z frytkami. Inne dzieci uwielbiały to danie. Zresztą ja też lubiłem frytki i panierkę na rybie. Ale sama ryba budziła we mnie wstręt. Odpychała mnie jej oślizgła konsystencja, smak i zapach.

Tata przyprawił swoją porcję solą, keczupem i octem winnym, a potem zaczął jeść z niekłamaną przyjemnością.

Ja natomiast jadłem powoli frytki i skubałem panierkę, licząc na to, że tata szybko skończy i wyjdzie z pokoju. Ale on, kiedy już wszystko spałaszował, siedział naprzeciwko mnie i wpatrywał się w mój talerz, na którym w końcu nie było już ani frytek, ani panierki, tylko sama ryba, nietknięta.

- Masz to zjeść – powiedział, wskazując nożem rybę.

- Ale ja nie lubię ryb, tato – odpowiedziałem.

Wstał, obszedł stół i stanął za mną.

- Jedz! – syknął.

Zacząłem płakać. Po trosze ze strachu przed tym, co tata może mi zrobić, a po trosze w nadziei, że odstąpi od swoich zamiarów. Jak dotąd łzy nigdy mi nie pomogły, ale i tak warto było spróbować.

Stuknął mnie nożem stołowym w czubek głowy, przyłożył usta do mojego ucha i wrzasnął:

- Jedz tę cholerną rybę, smarkaczu!

- Nie mogę! – krzyknąłem w odpowiedzi.

- To się dopiero okaże!

Po tych słowach uderzył mnie otwartymi dłońmi w obie skronie. Odwróciłem głowę, by zobaczyć, czy mama pospieszy mi na ratunek, ale była zasłonięta przez tatę. Nagle ojciec chwycił mnie za włosy i przycisnął moją twarz do ryby. Miałem zamknięte usta, ale trochę ryby dostało mi się do nosa, a kiedy próbowałem złapać oddech, kawałeczek wpadł również do mojego gardła. Zresztą to nie była sama ryba. Poczułem smak i zapach krwi. Mój nos zaczął krwawić, gdy tata huknął nim o talerz.

Żołądek zareagował natychmiast. Wymiociny napłynęły mi do ust. Ale tata tak mocno przyciskał moją twarz to talerza, że nie mogły się wydostać na zewnątrz. Poza tym brakowało mi powietrza.

Łomotałem pięściami w blat stołu i tupałem z przerażenia nogami, aż w końcu ojciec puścił moje włosy.

Podniosłem głowę i otworzyłem usta, by złapać oddech. Zanim jednak zdążyłem odetchnąć, wymiociny wystrzeliły na talerz i stół. Gdy wreszcie udało mi się nabrać powietrza, celowo wypuściłem je nosem, chcąc pozbyć się kawałka ryby, który tam utknął. Przy okazji wydmuchnąłem jeszcze trochę krwi.

To wszystko spotęgowało złość taty. Uderzył mnie parę razy w głowę otwartą dłonią, a potem zaczął ciągnąć za kołnierz w stronę kominka.

- Mamo! – krzyknąłem. – Nie pozwól mu na to! Błagam, nie pozwól!

Ale mama milczała. Może „się wyłączyła”, kiedy tata zaczął krzyczeć, i nie wiedziała teraz, co się wokół niej dzieje. Czułem się całkowicie opuszczony.

Gdy podniosłem na tatę wzrok, niemal się uśmiechnął.

- Ciekawe, czy to cię nauczy posłuszeństwa – powiedział.

Czułem żar bijący od kominka. Już raz tata przypalił mi rękę. Wiedziałem więc, jak straszny to ból. A przynajmniej wydawało mi się, że wiem. Teraz było znacznie gorzej.

Tata gwałtownym ruchem podciągnął mi rękaw, odrywając guzik na mankiecie. Potem jedną ręką złapał mnie za łokieć, drugą za nadgarstek i przycisnął moje przedramię do rusztu.

Rozległ się syk. Żar strawił włoski na mojej ręce. Czuć było smród spalenizny. Krzyczałem w niebogłosy i zsikałem się w spodnie. Nigdy jeszcze nie przeżyłem takiego bólu.

Po paru sekundach tata puścił moją rękę i pchnął mnie w stronę kuchni.

- Przestań wrzeszczeć, śmierdzący gnoju! – krzyknął. – I umyj się. Wyglądasz odrażająco. A potem wytrzyj stół i podłogę, bo strasznie napaskudziłeś. Nie zasługujesz na miano chłopca. Jesteś jak zwierzę i tak cię będę traktował. Jak cholerne zwierzę.

Umyłem twarz i włożyłem czyste spodnie. Potem wziąłem wiadro i szmatę i posprzątałem w salonie. Jedyną miłą chwilę tamtego wieczoru przeżyłem wówczas, gdy wyrzucałem rybę do kosza. Przynajmniej się nie poddałem. Ale jaką cenę przyszło mi zapłacić!

Trochę sobie popłakałem w kącie i na jakiś czas zasnąłem. Później, kiedy tata zaprowadził już mamę do sypialni, poszedłem do kuchni i znalazłem tam resztkę maści, którą kupiliśmy w aptece po tym, jak ojciec pierwszy raz nas poparzył.

Posmarowałem nią pokrytą pęcherzami rękę i przysiągłem sobie, że kiedyś się zemszczę albo ucieknę.

Na razie jednak bałem się naszego następnego spotkania, bo znając tatę, wiedziałem, że tak tej sprawy nie zostawi. Zmuszanie mnie do jedzenia tego, czego nie lubiłem, było nową formą karania mnie. Nie ulegało kwestii, że ojciec nie odpuści, dopóki choć raz nie odniesie zwycięstwa. Próby karmienia mnie siłą stały się więc stale powracającym elementem naszych brutalnych konfrontacji.

Rozdział jedenasty

Moje życie było walką o przetrwanie. Nie wiem, o co walczył tata. Ani dlaczego ciągle się gniewał na mamę i na mnie. Myślałem, że jestem najgorszym dzieckiem na świecie, skoro zasługuję na tak surowe traktowanie.

W rzadkich przebłyskach świadomości mama próbowała dodać mi otuchy.

- Nie jesteś złym chłopcem, Michaelu – mówiła. – Tata tak naprawdę nie chce mówić ani robić tych wszystkich rzeczy. Zaślepia go gniew. Wpada w taką złość, że nawet nie zdaje sobie sprawy, że cię krzywdzi. W głębi serca cię kocha.

Ale trudno było pamiętać o tym, że tata mnie kocha, kiedy bił mnie do nieprzytomności albo przypalał mi rękę w kominku.

Mama uważała, że ojciec nie byłby taki agresywny, gdyby nie pił. Pochwaliła mi się, że została wychowana w głębokim szacunku dla abstynencji i nigdy nie wypiła ani kropli alkoholu.

- Diabeł jest podstępny – powiedziała. – Używa alkoholu, by zawładnąć umysłem człowieka.

Myślę, że demony, które miały taki łatwy dostęp do umysłu taty, darzyły szczególną niechęcią mamę i mnie, bo nigdy nie słyszałem, żeby ojciec po pijanemu bił kogokolwiek poza nami.

Po incydencie z rybą tata postanowił co tydzień przynosić na kolację coś, o czym wiedział, że tego nie lubię. Następnym razem wybrał salceson. Ta wędlina, jadana głównie w północnej Anglii, jest robiona ze zwierzęcych odpadków – z flaków, tłuszczu, chrząstek, kości i skóry. Ohydna brązowa galareta trzyma to wszystko razem.

Mama poczęstowała mnie tym kiedyś. Mój żołądek zbuntował się po pierwszym malutkim kęsie. Wiedząc o tym, tata przyniósł na kolację trochę salcesonu. Położył dwa plasterki tego świństwa na talerzu i kazał mi je zjeść, zapewniając z obrzydliwym uśmieszkiem, że to prawdziwy przysmak.

- A czemu ty nie jesz? – zapytałem i już po chwili tego żałowałem. Tata był ostatnią osobą, którą należało prowokować.

- Nie bądź bezczelny! – warknął. – Jedz albo cię do tego zmuszę. Nie spodoba ci się sposób, w jaki to zrobię.

Tym razem nie miałem żadnego wsparcia w mamie, nawet jako niemym świadku. Czmychnęła na dół do sklepu zaraz po przyjściu taty.

Rozumiałem to. Gdybym mógł, też chętnie zszedłbym mu z drogi. Poza tym i tak nie mogłaby mi pomóc. Gdyby jednak była w pobliżu, nawet nafaszerowana lekami i ledwo przytomna, nie czułbym się tak osamotniony i bezbronny.

Odkroiłem mały kawałek przypominającego mozaikę plasterka i nabiłem go na widelec. W galaretce były strzępy skóry z resztkami sierści. Na ich widok zrobiło mi się niedobrze. Żołądek podszedł mi do gardła na samą myśl, że miałbym to przełknąć, i wiedziałem już, że za nic w świecie nie włożę tego paskudztwa do ust.

Siedziałem więc ze wzrokiem wlepionym w koniec uniesionego widelca i w pewnym momencie zacząłem płakać. Wielkie łzy spływały po moich policzkach i skapywały na blat stołu. Wiedziałem z doświadczenia, że stanie się coś bardzo złego i że nic nie mogę na to poradzić. Potwornie się bałem.

Tata patrzył na mnie surowo ponad stołem. Potem powoli, nie odrywając ode mnie oczu, sięgnął pod blat, jakby tam czegoś szukał. Po chwili mój strach się wzmógł, bo w ręku taty ujrzałem czarną, błyszczącą pałkę. Uniósł ją na wysokość barku i walnął nią w stół. Mój talerz podskoczył, a ja poderwałem się przerażony z krzesła. Zaraz jednak znowu usiadłem, ponieważ tata położył pałkę na moim ramieniu i nacisnął w dół.

- To jak? Zjesz kolację czy mam cię nakarmić? – spytał w miarę normalnym głosem.

- Nie mogę – odparłem płaczliwie. – Nie mogę tego zjeść. Będzie mi niedobrze. Proszę, nie każ mi tego jeść.

Nie liczyłem na to, że ojciec się przejmie moimi błaganiami. Zawsze je ignorował. Ale nie przewidziałem tego, co za chwilę nastąpiło.

W lewej ręce wciąż trzymałem widelec, a prawa spoczywała na stole obok talerza.

Tata uniósł pałkę i piekielnie szybko, z miażdżącą siłą palnął nią w wierzch mojej prawej dłoni.

Szok pozbawił mnie na chwilę oddechu. Potem poczułem ból, który wydawał się pędzić w górę mojej ręki jak coś żywego. Wcisnąłem dłoń pod lewą pachę i zacząłem rozpaczliwie płakać.

- Nie jesz! – wrzasnął ojciec, przekrzykując moje szlochy. Jego twarz znajdowała się tuż przy mojej. – Lepiej weź się do jedzenia, bo dam ci prawdziwy powód do płaczu.

Ból ręki był nie do zniesienia.

- Proszę, tatusiu, nie bij mnie już! – błagałem. – Tak bardzo boli!

- No cóż, wiesz, co masz zrobić – odparł spokojnie. – Po prostu zjedz kolację.

Spojrzałem na kawałek salcesonu, który wciąż wisiał na końcu widelca, a potem przełknąłem ciężko ślinę, próbując zmusić się do zjedzenia go. Ale nie mogłem. Wiedziałem, że zwymiotuję, gdy tylko znajdzie się w moich ustach.

Tata znów uniósł pałkę. Skuliłem się na krześle, czekając na cios w głowę albo w ręce. Miałem nadzieję, że ten cios pozbawi mnie przytomności i będzie już po wszystkim.

Ale ojciec przygotował niespodziankę. Wyciągnął lewą ręką, oderwał kawałek salcesonu leżącego na moim talerzu i umieścił go na zaokrąglonym końcu pałki. Było w nim tyle tłuszczu i galaretki, że trzymał się tam bez problemu.

- Otwórz szeroko usta, smarkaczu! – rozkazał ojciec. – Zjesz to, choćbym miał ci wybić wszystkie zęby!

Ból i strach sprawiły, że całkowicie straciłem kontrolę nad sytuacją. Siedziałem odrętwiały, z pustką w głowie, i nie wiedziałem, co robić.

Ale tata wiedział. Znów wyciągnął lewą rękę i ścisnął mi palcami nos. Odruchowo otworzyłem usta, bo zaczęło mi brakować powietrza. Wtedy tata wsunął koniec pałki pomiędzy moje wargi.

Napotkał jednak na drodze moje zęby.

- Otwórz szerzej usta – warknął – albo wepchnę ci zęby do gardła!

Płakałem i walczyłem o oddech, bo pałka blokowała dostęp powietrza. W końcu otworzyłem usta najszerzej, jak mogłem.

Wtedy tata wepchnął koniec pałki z kawałkiem salcesonu aż po samo gardło, całkowicie uniemożliwiając mi oddychanie. Złapałem oburącz jego lewą dłoń i próbowałem ją oderwać od swojego nosa.

Najpierw ojciec się zaśmiał, ale potem zdał sobie chyba sprawę, że się duszę. Pewnie moja twarz zrobiła się czerwona, bo nagle puścił mój nos i mogłem wreszcie wciągnąć trochę powietrza, za mało jednak, by odetchnąć pełną piersią. Miałem język wepchnięty w głąb jamy ustnej. Razem z kawałkiem salcesonu tkwił w moim gardle. Odepchnąłem się obiema rękami od blatu stołu. Moje krzesło poleciało do tyłu, a ja wraz z nim. Wylądowałem na plecach, uderzając głową o podłogę. Ale przynajmniej uwolniłem się od pałki.

Kaszlałem gwałtownie, aż w końcu kawałek salcesonu wystrzelił z moich ust jak z katapulty. Mój język był opuchnięty, obolały, zdawał się wypełniać połowę jamy ustnej, a jeden ząb wyraźnie się ruszał.

Mogłem teraz tylko leżeć na podłodze i pomiędzy szlochami wciągać głęboko powietrze. Czułem, że otarłem się o śmierć.

Ale tata jeszcze ze mną nie skończył. Moje gołe nogi sterczały w górze, równolegle do podłogi, oparte o brzeg przewróconego krzesła.

Tata obszedł stół i spiorunował mnie wzrokiem.

- Nic nie rozumiesz, to dla twojego cholernego dobra – powiedział, a potem dwukrotnie uderzył mnie mocno pałką w golenie, tuż pod kolanami.

Krzyknąłem głośno i zmoczyłem się. Zrobiłem to mimowolnie. Po prostu ból był tak wielki, że nie panowałem nad własnymi odruchami. Potem zacząłem łkać. W tamtej chwili nienawidziłem ojca z całej duszy. Pragnąłem jego śmierci.

- Nienawidzę cię! – wysapałem przez łzy.

Tata uśmiechnął się szyderczo.

- Ja ciebie też, bezużyteczny gnoju! – odparł, po czym chwycił mnie za włosy i ciągnąc za nie, postawił na nogi. Przez chwilę czułem się tak, jakby mnie skalpował.

Potem tata uderzył mnie ostatni raz. To był mocny cios w twarz.

- Wynoś się z domu! – ryknął. – Precz z moich oczu! Wynocha!

Zwlokłem się po schodach do sklepu w nadziei, że mama przytuli mnie i pocieszy, ukoi pocałunkami mój ból

Ale ona spała, siedząc za ladą. Jeśli wiedziała, co się działo na górze, nigdy się z tym nie zdradziła. Ja byłem jednak pewien, że wolała uciec w odrętwienie wywołane lekami, niż stawić czoło kolejnemu rodzinnemu dramatowi. W tamtym okresie rzadko była przy mnie, gdy jej najbardziej potrzebowałem.

Wciąż płakałem, odczuwając silny ból po ciosach zadanych w głowę, nogi i dłoń. Rozpaczliwie potrzebowałem odrobiny ciepła i czułości. Wiedziałem, że w domu tego nie zaznam, więc w poszukiwaniu ukojenia wyszedłem przez ogródek na boczną uliczkę.

Dwa domy dalej mieszkał mój kolega, którego mama o imieniu Betty zawsze serdecznie mnie przytulała i mówiła kilka miłych słów. Skręciłem więc do ich ogrodu, który tak jak pozostałe przylegał do bocznej uliczki.

Kiedy przestąpiłem próg ich domu, mama kolegi, spojrzawszy na mnie, wydała z siebie krótki krzyk przerażenia, po czym chwyciła mnie w ramiona i podniosła do góry.

- O Boże, Michael! – wykrzyknęła. – Co ten potwór ci zrobił?

- Znowu spadłem ze schodów – odrzekłem przez łzy. – Naprawdę. Znowu spadłem ze schodów.

- Ćśś, kochanie – powiedziała kojąco, a potem usiadła i zaczęła mnie kołysać w ramionach jak niemowlę.

- Zmoczyłem się, przepraszam – wyszlochałem.

Przytuliła mnie jeszcze mocniej i szepnęła:

- Nie szkodzi, skarbie. Nie szkodzi.

Czułem, że gdyby ta kobieta była moją matką, tata nigdy nie ośmieliłby się mnie uderzyć. Ale zamiast prawdziwej matki, miałem w domu zombie i w głębi serca wiedziałem, że muszę się z tym pogodzić.

Jeszcze na chwilę przywarłem mocniej do Betty, pogrążając się w świecie fantazji, wyobrażając sobie, że tuli mnie i pociesza moja kochająca, troskliwa mama.


opr. aś/aś


 


Podziel się tym materiałem z innymi:


Kliknij aby zobaczyć dokumenty zawierające wybrany tag: dziecko rodzina matka ojciec przemoc dzieciństwo tortury bicie maltretowanie syn
 
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W
© Fundacja Opoka 2017
Realizacja: 3W