Holandia: rozdawała ulotki o rozwoju dziecka. Trafiła do aresztu sześć razy

Władze Holandii idą w ślad Wielkiej Brytanii, narzucając skrajnie rygorystyczne interpretacje przepisów o strefach buforowych wokół placówek aborcyjnych. Przekonała się o tym jedna z wolontariuszek, która sześciokrotnie trafiła do aresztu w Utrechcie, gdy rozdawała ulotki pokazujące, jak rozwija się dziecko w łonie matki.

Kobieta, o której mowa, reprezentowała organizację pro-life Kies Leven (Wybierz Życie). Nie mówiła nic, nie namawiała kobiet, nie wznosiła żadnych haseł, nie trzymała w ręku transparentu – rozdawała jedynie ulotki ukazujące rozwój dziecka w łonie matki tydzień po tygodniu.

To wystarczyło, aby władze uznały jej działania za nielegalne. Pretekstem było to, że „działała w pojedynkę”, naruszając miejską strefę buforową 200 metrów w pobliżu placówki aborcyjnej. Policja aresztowała ją sześciokrotnie. Za każdym razem, gdy trafiała do więzienia, była zmuszana do rozebrania się do naga, otrzymując jedynie polarowy ręcznik do owinięcia ciała.

Władze chronią aborcyjny biznes

Według dyrektora Kies Leven, Keesa van Heldena, takie przypadki zdarzają się coraz częściej. W ciągu ostatnich kilku lat inni wolontariusze, którzy trzymali transparenty lub rozdawali ulotki z Kies Leven, byli aresztowani w dużych miastach kraju. Holandia idzie w ślad Wielkiej Brytanii, narzucając bardzo rygorystyczną interpretację przepisów o strefach buforowych wokół placówek aborcyjnych. Podobne wydarzenia, jak w Utrechcie, miały miejsce w Amsterdamie, Hadze, Rotterdamie i Den Bosch, trudno więc sądzić, że jest to jedynie nadgorliwość miejscowej policji, a wszystko wskazuje na to, że jest to odgórnie narzucona polityka.

Organizacja Kies Leven systematycznie otrzymuje skargi od placówek aborcyjnych. Niewielkie ulotki, w formacie A6, zawierające opis rozwoju dziecka tydzień po tygodniu, wpływają na kobiety, pozwalając im dokonać rzeczywistego wyboru. Często w ostatniej chwili odwołują rezerwację w placówce i wychodzą z niej po przeczytaniu ulotki. Van Helden mówi, że wolontariusze jego organizacji widzieli, jak pięć kobiet zmieniło zdanie tego samego dnia. Aborcyjna presja wywierana na kobiety przez ich otoczenie jest wręcz normą. Wolontariusze są często jedynymi osobami, które starają się udzielić kobietom realnej pomocy.

Wolontariusze nieraz muszą pomagać kobietom wydostać się z niebezpiecznych sytuacji. Przykładem może być 28-letnia kobieta z Rotterdamu, która została zmuszona do aborcji przez męża. Groził jej, że jeśli wróci do domu, będzie miała „dwie kule w brzuchu”. Ostatecznie odwołała aborcję, a Kies Leven znalazła dla niej bezpieczne miejsce.

„Widzimy, że kobiety nie są bezpieczne. Każdego tygodnia pomagamy kobietom, które chcą dokonać aborcji, dokonać prawdziwego wyboru. Dokonanie aborcji nie zabiera bólu z twojego życia” – mówi.

A gdy kobiety zmieniają zdanie i rezygnują z aborcji, kliniki wpadają w szał i często wzywają policję, by aresztowała wolontariuszki. Po przybyciu policji wolontariusze zostają oskarżeni o zakłócanie porządku, chociaż przestrzegają przepisów strefy buforowej, zauważa van Helden.

Niejasne przepisy, rygorystyczna interpretacja

Każde miasto ma inne przepisy dotyczące grup demonstrujących w pobliżu ośrodków aborcyjnych. Na przykład w Utrechcie indywidualni demonstranci popierający aborcję mogą stać w odległości do 10 metrów od kliniki aborcyjnej. Grupy natomiast muszą zachować odległość 200 metrów.

Osoba, która protestuje indywidualnie, nie podlega prawom protestacyjnym, lecz jest chroniona przez fundamentalne prawo do wolności słowa. I to prawo obowiązuje wszędzie na publicznych drogach w Holandii. Jednocześnie Holandia obecnie nie posiada ogólnokrajowych stref buforowych dotyczących protestów w pobliżu klinik aborcyjnych. Tworzenie stref buforowych zostało pozostawione do decyzji władz miejskich.

Co więcej, przepisy dotyczące tych stref są często niejednoznaczne i nie są określone na piśmie, co pozostawia sporo miejsca na interpretacje. Ponieważ gminy same tworzą i egzekwują przepisy, policja i sądy mogą je dowolnie interpretować.

Na przykład w Amsterdamie demonstranci mogą protestować, jeśli nie są w zasięgu wzroku i nie słychać ich w placówce. W Arnhem demonstracje antyaborcyjne mogą się teraz odbywać nie bliżej niż 50 metrów. W Rotterdamie protestujący nie mogą protestować przed kliniką, lecz tylko po drugiej stronie ulicy. Ostatnio w Zwolle władze miasta chcą wprowadzenia większych ograniczeń dotyczących demonstracji przed klinikami aborcyjnymi. Obecnie rozważają wprowadzenie 500-metrowej strefy buforowej wokół klinik.

Teoretycznie w przypadku demonstracji jednoosobowej protestowanie przed kliniką jest dozwolone, ponieważ podlega podstawowemu prawu do wolności słowa w Holandii, zauważa van Helden, w praktyce jednak policja interweniuje, o czym przekonała się sześciokrotnie wolontariuszka jego organizacji. Wydaje się, że obecnie policja wzięła na cel właśnie takie jednoosobowe działania.

Wolność słowa staje się fikcją

Wszystkie demonstracje są ciche i polegają jedynie na ukazywaniu transparentów lub rozdawaniu ulotek. Gdy rozdawane są ulotki, wolontariusze proszą o pozwolenie na ich wręczenie. Nie ma mowy o żadnym nacisku czy przymusie. Kies Leven próbuje również zwracać się z oficjalną prośbą o pozwolenie na demonstrację do władz miejskich, ale te konsekwentnie odmawiają, nawet gdy w świetle przepisów demonstracja miałaby się odbywać poza strefą buforową. Tak było w Utrechcie, gdzie burmistrz miasta, Sharon Dijksma, odrzuciła kolejne prośby organizacji, zezwalając jedynie na ewentualną demonstrację w znacznej odległości od kliniki. Uzasadnieniem ma być ochrona osób zmierzających do placówki aborcyjnej, czyli mówiąc wprost – zapewnienie placówce pełnej swobody działania, tak aby żadna kobieta zmierzająca do niej nie natknęła się na wolontariuszy pro-life.

Wydaje się, że władze miejskie świadome są tego, że balansują na granicy prawa. Wolontariusze zostają aresztowani, a tuż przed zgłoszeniem ich sprawy do sądów miejskich są wypuszczani, tak że nie zostają odnotowani w policyjnych rejestrach. W ten sposób władze usiłują uniknąć sytuacji, w której sąd zająłby się daną sprawą i z dużym prawdopodobieństwem uznałby działania władz za bezprawne.

„Mam nadzieję, że przynajmniej jedna sprawa trafi do sądu. Za każdym razem, gdy wypuszczają wolontariusza, wiedzą, że mają problem” – mówi van Helden. „Gdy przynajmniej jedno z aresztowań trafi do sądu, mam nadzieję, że wyśle to sygnał o konieczności przestrzegania prawa do demonstracji w Holandii.”

Swoje przekonanie przedstawiciel organizacji pro-life opiera na fakcie, że w Holandii wolność demonstracji jest prawem konstytucyjnym. W praktyce jednak władze miejskie nie przestrzegają tego prawa, lub przestrzegają go wybiórczo, pozwalając jedynie na demonstracje organizacji pro-aborcyjnych.

„Uważam, że klimat staje się podobny do tego, co dzieje się w Wielkiej Brytanii” – dodaje.

Obecnie Kies Leven szuka innych sposobów przekazywania przesłania pro-life i pomagania kobietom w trudnej sytuacji. Ostatnio zakupiono małą furgonetkę z logo organizacji, która będzie parkować na publicznych parkingach w pobliżu klinik.

„Tego nie zabroni nam żadne prawo” – mówi van Helden.

Źródło: CNE

 

« 1 »