„Dzieci biorą się z brzuszka…”. Edukacja seksualna to coś więcej niż „alfabet seksu”

Rodzice nagrani pół wieku temu nie umieli rozmawiać z dziećmi o seksie. Czy współcześni potrafią? Wychowanie do życia w rodzinie to ich zadanie. Tymczasem przemysł deprawacji rozpędza się.

Systematycznie docierają do nas informacje na temat kolejnych podręczników edukacji seksualnej proponowanych w krajach zachodnich, w których seks sprowadzany jest do hedonistycznej zabawy bez poczucia odpowiedzialności za drugą osobę, oderwany od kontekstu miłości, małżeństwa i życia rodzinnego. Rozmaici aktywiści, m.in. związani z grupą „Ponton” wchodzą do szkół i „uświadamiają” nasze dzieci, przekazując im koncepcje seksu, które nie mają wiele wspólnego z rzetelną wiedzą naukową ani ze zdrowymi wzorcami życia rodzinnego, a są raczej pochodną permisywnego postrzegania seksualności. Wchodząc na stronę internetową „Pontonu” nie znajdziemy słowa „małżeństwo” ani „rodzina”, jest za to „antykoncepcja”, „seks”, „ciało”, „ciąża”, „relacje”, „przemoc”, „zdrowie” oraz – oczywiście – „LGBT+”. Innymi słowy, według „edukatorów seksualnych” seks nie ma nic wspólnego z małżeństwem i rodziną, najważniejsza zaś jest przyjemność i unikanie ciąży.

Tego rodzaju podejście staje się dominujące w kolejnych krajach Europy. Niektóre z nich posiadają w programie nauczania przedmiot „edukacja seksualna”, w innych zaś szkoły poświęcają pewien czas na nauczanie dzieci o seksualności, związkach i „biologii reprodukcyjnej”. Na przykład w tym tygodniu w Holandii ma miejsce „Tydzień Wiosennej Gorączki”, a szkoły mają do dyspozycji kilka planów lekcji do wyboru na temat seksualności.  W Norwegii w lutym odbył się tak zwany „szósty tydzień”. Podobnie jest w Danii.

W tej sytuacji nie dziwi zaniepokojenie rodziców chrześcijańskich odnośnie do krajowych programów edukacji seksualnej. Programy opracowywane przez „edukatorów” nie są bowiem wychowaniem do życia w rodzinie, a raczej wystawianiem dzieci na spaczone postrzeganie płciowości.

Wiele krajowych programów promuje ideę, że dzieci mogą mieć płeć inną niż męska lub żeńska i argumentuje, że związki niehetero są (biologicznie i etycznie) równe związkowi mężczyzny i kobiety. Na przykład jedna z holenderskich metod edukacji seksualnej, opisana przez holenderską gazetę NRC, zachęca nauczycieli, aby nie odnosili się do dzieci jako chłopców i dziewcząt, ale znaleźli bardziej neutralne określenia. Ponadto metoda ta sugeruje, że dzieci w wieku sześciu lat mogą być już uczone, że niektórzy ludzie nie są ani mężczyznami, ani kobietami.

Nawet gdyby pominąć wpływy lobby LGBT, chrześcijańscy rodzice muszą się liczyć z tym, że szkolna edukacja seksualna będzie miała charakter „świecki”, czyli trudno się spodziewać, aby znalazło się w niej miejsce na chrześcijańską wizję małżeństwa i płciowości. Według Biblii i nauczania Kościoła człowiek stworzony jest na obraz Boży jako kobieta i mężczyzna, a nie jako nieokreślona istota, która może dowolnie wybierać sobie swoją płciową tożsamość. Małżeństwo nie ma służyć jedynie zaspokajaniu potrzeb seksualnych, wygodzie życiowej czy też ulgom podatkowym, ale jest częścią Bożego planu dla człowieka, współuczestnictwem w Jego twórczej energii, korzystającym z daru płodności.

Edukacja seksualna z perspektywy chrześcijańskiej

Właściwie rozumiana edukacja seksualna powinna być częścią szerszego przedmiotu: Wychowania do życia w rodzinie. Takie rozumienie edukacji spotykamy nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach. Przykładowo, holenderska metoda „Wonderlijk gemaakt” (Cudownie stworzona), jest zatwierdzonym programem nauczania w Holandii. Został on przetłumaczony na kilka innych języków, w tym ukraiński, niemiecki i francuski.

Program został opracowany przez holenderski Driestar Christian University for Teacher Education i przyjmuje Biblię jako punkt wyjścia dla edukacji seksualnej. Opiera się na idei, że wszyscy jesteśmy stworzeni przez Boga na Jego podobieństwo i że „intymność i seksualność są darami od naszego Stwórcy”. Biblijne normy i wartości mają kluczowe znaczenie dla metody, która dotyczy relacji i seksu. Rodzice są mocno zaangażowani w lekcje i informowani o ich treści.

Chrześcijańscy rodzice powinni nie tylko krytykować świeckie programy edukacji seksualnej, ale przede wszystkim zastanowić się nad swoim własnym podejściem do tych tematów. Według holenderskiego centrum eksperckiego ds. seksualności, Rutgers, rodzice nie rozmawiają wystarczająco dużo na te tematy w domu, pozostawiając dzieci bez wiedzy, gdy spotykają się z seksualnością w Internecie lub w innych miejscach w społeczeństwie.

Jak jest w Polsce? W 1977 r. Wytwórnia Filmów Oświatowych zrealizowała szesnastominutowy film „Alfabet seksu”, w którym przedstawia różne podejścia do edukacji seksualnej. Materiał ten jest niezwykle interesujący z kilku względów. Po pierwsze, dla realizatorów oczywiste było, że wychowanie seksualne realizuje się przede wszystkim w rodzinie i to rodzice powinni „uświadamiać seksualnie” swoje dzieci. Po drugie, wyraźnie dostrzec można nieporadność występujących w tym filmie rodziców, którzy mają potężny kłopot z tym, w jaki sposób i jakim językiem mówić do dzieci na „krępujące” tematy. Stwarza to – niezamierzony być może – efekt humorystyczny, ale jednocześnie pokazuje, że zanim „uświadomimy” własne dzieci, być może najpierw sami powinniśmy uświadomić sobie, że seksualność nie jest tematem wstydliwym, ale częścią naszego człowieczeństwa. Owszem, dotyka mocno sfery intymnej i mówienie o niej wymaga delikatności, ale nie można jej sprowadzać ani do żargonu medycznego, ani do koncepcji seksu jako nieodpowiedzialnej zabawy, trzeba natomiast ukazywać ją w kontekście całego życia ludzkiego: miłości małżeńskiej, piękna życia w rodzinie, gotowości do przekazania życia potomstwu.

(dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo)

"Alfabet seksu. Jak to jest" (1977 r.) /CAŁY FILM/
Wytwórnia Filmów Oświatowych

 

Wniosków jest kilka:

  • Seksu nie można sprowadzać do kategorii przyjemności i zabawy, ale ukazywać w kontekście miłości małżeńskiej i gotowości do spłodzenia i wychowania potomstwa.
  • Dzieci potrzebują nie tyle suchych informacji technicznych „jak to się robi” czy też medycznych „jak wygląda zapłodnienie i ciąża”, co wychowania do relacji płciowych, w których czułość, intymność i seks są sposobami wyrażania miłości i ściśle związane są z wzajemną odpowiedzialnością za siebie.
  • Przekaz treści związanych z wychowaniem seksualnym powinien odbywać się przede wszystkim w domu, a szkoła może tu pełnić rolę uzupełniającą – w porozumieniu z rodzicami. Rodzice nie mogą przekazać funkcji wychowawczej szkole, zwalniając się z obowiązku wprowadzenia swoich dzieci w dorosłe życie w tak ważnym obszarze jak relacje międzyludzkie i seksualność.
  • Żyjemy w czasach, w których nasze dzieci nie są chronione przed wpływami z zewnątrz. Do szkół wciskają się rozmaici „edukatorzy”, którzy deprawują dzieci, ukazując im wzorce myślenia i zachowania niezgodne z naszym systemem wartości. Nawet gdyby jednak zakazać im wstępu do szkół, dzieci nie są izolowane od demoralizujących treści. Przede wszystkim, Internet pełen jest wszelkiego plugastwa, można wręcz powiedzieć, że jest „otwartym domem publicznym”. Jeśli dzieci nie otrzymają od swoich rodziców mądrego przekazu na temat seksualności, sięgną po wszystko, cokolwiek znajdą w sieci. Zamiast wizji intymnej, czułej relacji małżeńskiej, zetkną się z internetowym ściekiem pornografii, zmyślonymi historiami na temat „pierwszego razu” czy poradami pseudoekspertów.
  • Dzieci muszą się nauczyć określania granic. Jeśli w innych dziedzinach dostrzegą, że granice, umiejętność pohamowania się i sztuka mówienia „nie” są czymś właściwym, czymś, co służy ich dobru, łatwiej im będzie mówić „nie” seksualnym drapieżcom i deprawatorom. Umiejętność określania granic i mówienia „nie” jest bardzo ważnym elementem szeroko pojętego wychowania. Nie można jej zawężać do sfery seksualnej, ale wskazywać, że także i w tej sferze jest ona konieczna, chroni nas bowiem przed nadużyciami i krzywdami ze strony innych.
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama