„Mąż miał romans akceptowany przez teściową”. Jak uratowali swoje małżeństwo?

Po ujawnieniu romansu męża Wioletta została sama z dwójką dzieci, dodatkowo mierząc się z akceptacją tej sytuacji ze strony teściowej. Jak podkreślają, w tym trudnym czasie ważną rolę odegrała wspólnota, która pokazała im inny sposób życia niż ten, który znali. „Pan Bóg dał nam ludzi, dzięki którym dojrzałem do wzięcia odpowiedzialności i życia inaczej” – mówi Jan.

Aleksandra Angowska: Jak zaczęła się Wasza historia?

Wioletta: W listopadzie 1995 roku przeprowadziłam się na osiedle, na którym mieszkał mój przyszły mąż. Na tym samym osiedlu mieszkała też moja przyjaciółka. Miała swoją paczkę znajomych – i w tej paczce był właśnie on. Tak się poznaliśmy.

Jan: Ta koleżanka była bardzo zaangażowaną swatką. Jeszcze zanim poznałem Wiolę, ciągle powtarzała mi, że ma dla mnie idealną dziewczynę. W końcu się spotkaliśmy. Po jakimś czasie poszliśmy razem na Sylwestra organizowanego w spółdzielni, przez mojego znajomego, który obchodził swoją 18-kę. Wtedy zaczęliśmy ze sobą chodzić. Oboje byliśmy wtedy w liceum.

Wioletta: Ja miałam 16 lat, a mój przyszły mąż 17. Rok później w Boże Narodzenie, oświadczył mi się bardzo uroczyście – przy mojej mamie i babci. Uklęknął, miał bukiet kwiatów dla mnie i dla każdej z nich.

Po drodze jednak trochę się pogubiliśmy. Dziś wiem, jak ważne jest dochowanie czystości przedmałżeńskiej – nam się to nie udało i okazało się, że jestem w ciąży. Postanowiliśmy, że sami zorganizujemy ślub i wesele. Wszyscy byli w szoku, że tak szybko się pobieramy. Nie mieliśmy nawet jeszcze ukończonej szkoły średniej. W 1997 roku wzięliśmy ślub. Kiedy skończyliśmy szkołę, mąż poszedł do pracy, a ja zostałam w domu z córką. Po pewnym czasie dostaliśmy mieszkanie od mojej mamy. Urodziło się też nasze drugie dziecko, które miało poważne problemy zdrowotne. To bardzo nas obciążyło.

Wtedy pojawił się pierwszy poważny kryzys. Mąż się wyprowadził. W tym czasie bardzo walczyliśmy o zdrowie naszej córki. To była trudna batalia, bo choroba była rzadko spotykana.

Co sprawiło, że mąż się wtedy wyprowadził?

Wioletta: Byliśmy bardzo młodzi i niedoświadczeni – tak to dziś widzę z perspektywy czasu. Mieliśmy też bardzo wygórowane oczekiwania wobec siebie i życia. Ja nie mogłam pójść do pracy, tylko dorabiałam nieregularnie. Mąż pracował fizycznie i pieniędzy ciągle brakowało. Często musieliśmy korzystać z pomocy mojej mamy.

Mąż miał też romans. Co więcej – był on w pewien sposób akceptowany przez jego mamę. Zostałam więc właściwie sama z dwójką dzieci.

Jan: Romans rozpoczął się jakiś czas po mojej wyprowadzce. Wizyty u żony i dzieci niemal zawsze kończyły się kłótniami i wzajemnymi pretensjami. W tym okresie poznałem kobietę z trudną przeszłością. Wspólne doświadczenia, poczucie krzywdy oraz przekonanie, że trzeba na nowo ułożyć sobie życie, stopniowo przerodziły się w romans.

Czy w tym trudnym momencie szukała Pani wsparcia lub pomocy?

Wioletta: Nie, ale wsparcie przyszło samo – z Góry. Pamiętam, że kiedy nasza młodsza córka, Marcelka, miała dwa lata, pojechałyśmy na wizytę do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam poznałam Alinkę. Ona stała się dla nas wzorem tego, jak może funkcjonować małżeństwo. To było dla mnie szczególnie ważne, bo oboje pochodziliśmy z rozbitych rodzin. Zarówno moja mama, jak i mama męża są rozwódkami.

Alinka ze swoim mężem i całą rodziną stała się dla nas pewnym wzorem – pokazywali, do czego możemy dążyć. Byli bardzo blisko Boga, należeli do Domowego Kościoła, mieli troje dzieci, z których jedno również zmagało się z problemami zdrowotnymi. Widzieliśmy więc, że mimo trudności można budować dobre, trwałe małżeństwo. Alinka i jej rodzina pokazywali nam, że można szukać pomocy i wsparcia. Zapraszali nas na różne wyjazdy, rekolekcje dla małżeństw. Dzięki nim zobaczyliśmy, że są miejsca i wspólnoty, które pomagają małżonkom wzrastać i radzić sobie z kryzysami.

Czy to był moment, w którym już było coraz lepiej?

Jan: Nie. Później pojawił się jeszcze jeden romans.

I była kolejna wyprowadzka?

Jan: Tak. W ogóle nasze małżeństwo przez długi czas działało trochę jak boomerang. Rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie. Bywało tak, że wyprowadzałem się sam – z własnej decyzji. A bywało też, że żona po prostu nie wpuszczała mnie do mieszkania albo wystawiała moje rzeczy za drzwi.

W pewnym momencie musieliśmy podjąć bardzo poważną decyzję: albo naprawdę chcemy być razem i zaczniemy o to walczyć, albo wszystko się rozsypie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że konsekwencje mogą być bardzo poważne także dla naszych dzieci. W tamtym czasie ogromnym wsparciem była dla nas modlitwa naszych przyjaciół z Warszawy. Wiemy, że bardzo nas wtedy otaczali modlitwą i troską.

To był mniej więcej 2007 rok. Wtedy wydarzyło się coś, co naprawdę zaczęło nas zmieniać i przybliżać do Boga. Pamiętam wyjazd nad Bug. Okazał się dla nas przełomowy, bo po raz pierwszy od dawna zaczęliśmy ze sobą naprawdę rozmawiać. Poszliśmy też do spowiedzi. Właśnie od tego momentu wstąpiliśmy do Domowego Kościoła.

Czy wcześniej byliście osobami wierzącymi?

Wioletta: Tak, ale była to raczej wiara z przyzwyczajenia, wynikająca z tradycji. Z dzisiejszej perspektywy widzę to tak, że Pan Bóg był wobec nas bardzo cierpliwy. Delikatnie nas prowadził, pokazywał drogę, którą warto iść. A my często myśleliśmy, że wiemy lepiej i robiliśmy wszystko po swojemu.

Jan: Do kościoła chodziliśmy przez te wszystkie lata, ale dopiero później zaczęliśmy naprawdę rozumieć, czym jest wiara i jak może ona wpływać na nasze małżeństwo.

Co dzieje się w następnych latach?

Wioletta: W 2008 roku urodziło się nasze trzecie dziecko – córka, Matylda. Co ciekawe, dzieci rodziły się mniej więcej co trzy i pół roku. Żartujemy czasem, że za każdym razem poprzedzał to jakiś kryzys: rozstawaliśmy się, potem wracaliśmy do siebie i pojawiało się kolejne dziecko.

Między narodzinami chorej córki a Matyldą żona przeżyła jeszcze jedno poronienie. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że to doświadczenie też nas czegoś nauczyło. Pokazało, że w trudnych momentach potrafimy jednak odłożyć na bok wzajemne pretensje i żale. To był też czas względnej stabilizacji. Założyliśmy własną działalność gospodarczą i nasze życie trochę się uspokoiło. Oczywiście w tle cały czas była choroba Marcelki i jej leczenie, ale staraliśmy się funkcjonować normalnie. Wkrótce na świecie pojawiło się nasze czwarte dziecko – syn.

Czy ta stabilizacja finansowa i wstąpienie do Domowego Kościoła, sprawiło, że nabraliście odwagi, aby przezwyciężyć kryzysy?

Jan: Nie – stabilizacja finansowa uśpiła moją czujność. Zacząłem coraz częściej pić. Najpierw było to jedno piwo po pracy, potem dwa, trzy… Po kilku miesiącach ponownie się wyprowadziłem. Wynająłem stancję i niemal wszystkie zarobione pieniądze przeznaczałem na alkohol. W praktyce jedyną motywacją do pracy stało się zdobywanie środków na picie.

Jaki był najtrudniejszy problem do pokonania w małżeństwie?

Wioletta: Tak naprawdę większość naszych konfliktów wynikała z trudnej sytuacji finansowej. Ciągle brakowało pieniędzy, a to rodziło napięcia. Natomiast największym problemem był alkoholizm męża. To był już naprawdę narastający problem.

Jan: Był moment, kiedy właściwie nie potrafiłem myśleć o niczym innym, tylko o alkoholu. Najważniejsze było po prostu przetrwać dzień i się napić. Było bardzo ciężko. Jednocześnie wokół mnie byli ludzie, którzy nie pozwalali mi całkiem się stoczyć. W dużej mierze byli to znajomi z Domowego Kościoła. W pewnym momencie poczułem, że już nie mam siły nawet pić. Mąż Aliny – tej Aliny, którą Wiola poznała wcześniej – pożyczył mi pieniądze na wszywkę alkoholową. Zabieg kosztował ogromne pieniądze. Pomyślałem wtedy, że skoro takich pieniędzy nie przepijam, to wszywka byłaby kompletnym absurdem.

Ten problem z alkoholem był od początku małżeństwa?

Wioletta: W pewnym sensie tak. Nasza paczka znajomych to była grupa nastolatków, którzy już wtedy imprezowali z alkoholem. Takie były realia lat dziewięćdziesiątych – alkohol wśród młodych był czymś powszechnym i długo nie postrzegaliśmy tego jako problemu. Dopiero później, kiedy weszliśmy w życie małżeńskie, zaczęło się okazywać, że to jednak jest problem. Alkohol był obecny właściwie cały czas – czasem to było jedno piwo po pracy, czasem kilka. Z biegiem czasu zaczęło się to jednak nasilać.

Jan: Pochodzę z rodziny, w której ojciec pił i to właśnie przez to rozpadło się małżeństwo moich rodziców. Wiedziałem więc, z czym to się wiąże. A mimo to sam w to wszedłem – i to bardzo mocno. Nawet nie wiem, kiedy to się tak rozwinęło. Najgorsze jest to, że miałem tego świadomość. Jednak trzy miesiące później znowu zacząłem się staczać. Miałem za sobą jazdę samochodem po alkoholu – to chyba najgorsza rzecz, jaką zrobiłem. Zdarzało mi się nawet odbierać dzieci z przedszkola po kilku piwach. Wiedziałem, jakie to jest beznadziejne i poniżające, a jednocześnie nie potrafiłem przestać.

Czy doszło do rozwodu?

Wioletta: Nie, chociaż dokumenty były już przygotowane. W tamtym czasie, kiedy zastanawiałam się, co zrobić, byłam u prawnika. Usłyszałam wtedy, że lepiej najpierw złożyć pozew o alimenty i nie łączyć go ani z pozwem o separację, ani o rozwód – bo sprawa alimentacyjna zostanie rozpatrzona szybciej. Tak też zrobiłam.

Mimo to wciąż miałam ogromny dylemat: rozwód czy separacja. To we mnie pracowało, wracało, ale jednocześnie ciągle odkładałam ostateczną decyzję. Miałam przygotowane pismo, ale nie potrafiłam wpisać jednego słowa – „separacja” albo „rozwód”. Odbyła się natomiast rozprawa o alimenty. Najpierw było posiedzenie niejawne, czyli zabezpieczenie alimentacyjne. Pamiętam jedną sytuację z tego czasu, którą później omawialiśmy na spotkaniu terapeutycznym. Byłam wtedy przekonana, że dobrze odczytałam zachowanie męża, a okazało się, że on widział to zupełnie inaczej. Sędzia zapytała mnie, czy został już złożony pozew o rozwód. Odpowiedziałam, że jeszcze nie. W tym momencie mąż podniósł głowę.

Dla mnie to był sygnał, że przyjmuje do wiadomości, iż wciąż ma jeszcze szansę – że nic nie jest przesądzone. Natomiast później, podczas terapii, mąż powiedział, że on odebrał to zupełnie odwrotnie – że podniósł głowę, bo był zaskoczony, że jestem już tak blisko podjęcia decyzji o złożeniu pozwu. Dla mnie ta sytuacja była informacją o tym, jak my inaczej widzimy świat. Jak tę samą sytuację inaczej opisujemy i co ona zupełnie dla nas innego znaczy.

Co pomogło Wam przebrnąć przez te trudności?

Wioletta: Wtedy właśnie odkryłam wspólnotę Sychar. Do dziś nie potrafię powiedzieć, jak natrafiłam w internecie na informację o niej. Dopiero tam dowiedziałam się, że wielu rzeczy. Mówiono tam na przykład o tym, jak bardzo brak czystości przedmałżeńskiej może obciążać relację w przyszłości. O wygórowanych oczekiwaniach, roszczeniowej postawie, o braku dobrej komunikacji. To wszystko było nam bardzo bliskie.

We wspólnocie Domowego Kościoła często spotykaliśmy małżeństwa, które trwały razem i rozwijały swoją relację. Natomiast w Sycharze rozkładano różne kryzysy na czynniki pierwsze. Rozmawiałam z ludźmi, którzy opowiadali o swoich historiach – i nagle widziałam w nich bardzo wiele podobieństw do naszego życia. To nie była jeszcze diagnoza, ale pewne odpowiedzi na pytania, które nosiłam w sobie.

Jan: Natomiast o Sycharze pierwszy dowiedziałem się ja. Usłyszałem o nim podczas jednej ze spowiedzi. Ksiądz wspomniał, że istnieje taka wspólnota dla małżeństw przeżywających kryzys oraz dla samotnych małżonków i zasugerował, że warto byłoby, żebym się tam wybrał. Z natury jestem osobą raczej ostrożną wobec nowości, więc wchodzenie w coś nowego zawsze zajmuje mi sporo czasu. Natomiast kiedy już dojrzeję do decyzji, angażuję się w pełni i konsekwentnie dążę do jej realizacji.

W przypadku Sycharu też tak było, przez jakiś czas się wahałem. Poczytałem trochę informacji na forum, ale nie zdecydowałem się od razu na kontakt. Później dowiedziałem się od Wioli, że ona już uczestniczy w spotkaniach wspólnoty. To było dla mnie spore zaskoczenie. Po kilku spotkaniach zaproponowała, żebym zaczął chodzić razem z nią. Z tym wiąże się jeszcze jedno moje spostrzeżenie: jako małżeństwo zostaliśmy tam bardzo ciepło przyjęci. Spotkaliśmy się wręcz z pewnym podziwem i usłyszeliśmy, że jesteśmy dla innych budujący. W tamtym czasie większość osób we wspólnocie była samotna. To pokazało mi, jak ogromne znaczenie ma docenianie drugiego człowieka — takie podejście sprawia, że człowiek rośnie, staje się bardziej zmotywowany i chętny do działania.

W tamtym czasie znalazłem poradnię, gdzie cena wszywki była bardziej przystępna. Kolega pomógł mi wtedy zebrać pieniądze. Zdecydowałem się na leczenie i właściwie od tamtego momentu przestałem pić.

Czy wyjście z nałogu było momentem przełomowym w Waszej relacji?

Jan: Poniekąd tak. Natomiast później razem z żoną podjęliśmy kolejną ważną decyzję. Postanowiliśmy przestać ciągle szarpać się finansowo. Pracowałem wtedy przy remontach na własną rękę – raz było lepiej, raz gorzej. Dlatego zdecydowaliśmy, że wyjadę za granicę. I znalazłem pracę w polskiej firmie.

Wioletta: To był dla mnie trudny moment, pełen pytań i wątpliwości: czy warto jeszcze próbować, czy znowu się nie poranimy, czy naprawdę tego chcemy. Było w tym dużo lęku. Ale jednocześnie był to czas uczenia się siebie nawzajem, dbania o relację i podejmowania wysiłku na wielu płaszczyznach.

Jan: Ten wyjazd zbiegł się też z końcem działania wszywki. Jechałem z dużym niepokojem, bo wiedziałem, jak wyglądają takie wyjazdy – grupa mężczyzn, praca w ciągu dnia, a wieczorem alkohol. Miałem obawy, ale trafiłem na współpracownika, Marka. Już w drodze zapytał mnie, czy piję. Powiedziałem, że nie – że przestałem. A on odpowiedział, że to świetnie, bo jest sierpień i dzięki temu będzie miał dodatkową motywację, żeby sam też nie pić. Ten wyjazd bardzo mnie uspokoił. Zobaczyłem, że można funkcjonować inaczej. Później przestało mi przeszkadzać, że ktoś w mojej obecności pije.

Wioletta: Wtedy mąż zaczął mi imponować. Płacił alimenty na dzieci, spłacił wszystkie długi, podjął stałą, stabilną pracę i trwał w trzeźwości. To była dla mnie ogromna zmiana. Zaczęłam widzieć w nim dojrzałego partnera, męża, mężczyznę. Kogoś, z kim naprawdę można myśleć o wspólnej przyszłości i budowaniu rodziny na nowo.

Co zmieniło się wtedy w Waszym małżeństwie?

Jan: To był czas, w którym mogliśmy za sobą zatęsknić i na nowo docenić to, co nas łączy. Zrozumiałam też, że trudności zawsze będą – pytanie tylko, jak przez nie przechodzimy. Jeśli potrafimy przejść przez nie razem, nawet nieidealnie, ucząc się wciąż komunikacji i wzajemnego zrozumienia, to one nas umacniają. Mieliśmy w tym czasie bardzo trudne doświadczenia, które mocno obciążały naszą rodzinę, a mimo to potrafiliśmy być dla siebie wsparciem. Oboje braliśmy odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, i jednocześnie okazywaliśmy sobie zrozumienie. To było coś naprawdę niezwykłego.

A w czym pomogła Wam wspólnota Sychar?

Wioletta: Usłyszałam tam coś, co było dla mnie wstrząsem: że właściwie każde małżeństwo przechodzi kryzys. Nie istnieją małżeństwa całkowicie bezkryzysowe. Wcześniej myślałam, że z nami jest coś szczególnie nie tak – że jesteśmy po prostu beznadziejnym przypadkiem. A tymczasem okazało się, że to doświadczenie wpisane jest w ludzką relację.

Zaczęłam też patrzeć na to w świetle wiary: w miłości, także w tej, którą Pan Jezus okazuje człowiekowi, zawsze jest obecny jakiś ból. Bo kochamy kogoś, kto jest niedoskonały.

I to jest chyba sedno wszystkiego – jeśli decyduję się być w małżeństwie z konkretnym człowiekiem, to muszę przyjąć go także z jego słabościami. Powiedzieć: kocham cię takim, jakim jesteś. Nie jesteś ideałem – tak jak i ja nim nie jestem. Dla mnie była to zupełnie nowa perspektywa.

Co najbardziej wpłynęło na zmiany w Waszym małżeństwie? Czy była to właśnie wspólnota Sychar, terapia, wiara, konkretne wydarzenie – czy raczej długotrwały proces?

Wioletta: Dla mnie zdecydowanie był to proces. W naszym życiu pojawiało się bardzo wiele znaków – ludzie, sytuacje, różne wydarzenia – które utwierdzały mnie w przekonaniu, że to małżeństwo ma wartość. Że jest ważne, że jest chciane także w oczach Boga. Patrząc z tej perspektywy, widzę, jak wiele dostaliśmy, żeby to małżeństwo mogło przetrwać – mimo naszej upartości i błędów. A tych błędów było naprawdę dużo. Gdyby spojrzeć na to tylko po ludzku, można by powiedzieć: „nic już z tego nie będzie, nie ma sensu się starać”.

Jan: Dziś patrzę na życie inaczej. Kiedy pojawia się problem, nie skupiam się na szukaniu winnych, tylko na znalezieniu rozwiązania. Wybieram najlepsze możliwe wyjście i działam. Jeśli popełnię błąd – trudno, pojawia się kolejny problem do rozwiązania. I idę dalej. To nie był jeden moment przełomowy, choć było kilka ważnych wydarzeń, które nas kształtowały. Raczej była to droga, na której stopniowo dojrzewałem do tego, żeby zrozumieć, że właśnie tę konkretną kobietę dostałem – nie inną – i że to z nią mam się rozwijać.

Było takie jedno wydarzenie, które zapamiętacie na zawsze?

Jan: Tak. Na naszą dwudziestą piątą rocznicę ślubu zabrałem żonę do Zabawy, do sanktuarium błogosławionej Karoliny Kózkówny – miejsca jej urodzenia.

Wioletta: To była dla mnie niespodzianka. Dopiero w trakcie podróży zorientowałam się, dokąd jedziemy.

Jan: Na miejscu trafiliśmy na spotkanie młodych. Chciałem zamówić Mszę Świętą w intencji naszej rocznicy, co wcale nie było łatwe – było wielu księży, ale każdy miał już swoje intencje. Ostatecznie jednak się udało.

Wioletta: Na koniec Mszy była modlitwa za nas i oklaski. To było bardzo poruszające. Tym bardziej, że to miejsce jest związane także z moją patronką.

Jaką rolę w Waszej historii odegrała wiara?

Jan: Ogromną. Mam poczucie, że Pan Bóg prowadzi nas jak dzieci – krok po kroku, bardzo cierpliwie. Dał nam wspólnotę i ludzi, którzy pokazali nam zupełnie inny sposób życia niż ten, który znaliśmy z naszych domów czy który sami próbowaliśmy budować. Dzięki nim sam dojrzałem do tego, żeby wziąć odpowiedzialność i żyć inaczej.

Wioletta: Ja z kolei czuję ogromną wdzięczność. Patrzę na nasze życie i widzę, jak Pan Bóg działał – czasem bardzo subtelnie, ale konsekwentnie. To jest we mnie takie ciągłe zdziwienie i zachwyt: „Panie Boże, naprawdę… dziękuję”.

A jak dzieci funkcjonują w tym momencie, już po Państwa kryzysie?

Wioletta: One są dla nas bardzo ważne. Najstarsza córka ma dziś 28 lat, najmłodsza 12. To są naprawdę dobre dzieci – takie, o których mówi się, że są dobrze wychowane. Są blisko Boga, mają poukładane w głowie wiele ważnych spraw. Jedna z córek przez pewien czas prowadziła scholę i bardzo się angażowała w życie parafii. Bardzo ważna jest też dla nich czystość – coś, co nam się w młodości nie udało. W pewnym sensie wyciągnęły wnioski z naszych błędów.

Oczywiście nasze problemy, zwłaszcza te związane z komunikacją, też je dotykały. Mam świadomość, że mogliśmy wiele rzeczy zrobić lepiej jako rodzice. A jednak widzę, że wyrosły na mądrych, dobrych ludzi.

Czasem myślę, że one po prostu nie chcą powielać naszych błędów.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.

« 1 »