Każde z nas chciało mieć rację, moje „ja” musiało być na pierwszym miejscu. Myślę, że to nas w dużej mierze pogubiło – potrzeba udowadniania, kto ma rację i kto tu „rządzi”, zaczęła dominować nad wzajemnym słuchaniem. Agnieszka i Marcin Podkówka opowiadają jak Bóg uratował ich małżeństwo i uzdrowił wieloletni kryzys. Sami nie pokonali kryzysu, to był Boży cud.
Aleksandra Angowska: Jak wyglądały początki Waszej znajomości?
Marcin: Czasami tak mówię, że połączył nas Jan Paweł II. To był trudny czas – okres jego odchodzenia, który wielu z nas głęboko przeżywało. Mieszkałem wtedy za granicą, w Brighton. Uczęszczałem do polskiej parafii prowadzonej przez mojego dobrego znajomego, księdza Tadeusza, który opiekował się także Parafialnym Domem Polskim przy kościele. Pamiętam, że to były święta wielkanocne. Przyszedłem poświęcić święconkę właśnie tam w Domu Polskim i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Agnieszkę. Nie wiedziałem wówczas, czy coś z tego będzie, ale jakaś iskra zdecydowanie się pojawiła.
Czy mieszkaliście wtedy na stałe w Anglii? Ile mieliście lat?
Agnieszka: Ja 23 lata, Marcin - 29 lat. Mój mąż już tam mieszkał i pracował – wyjechał po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Ja przyjechałam w 2005 roku w odwiedziny do siostry. W czasie świąt widzieliśmy się w kościele, a nasze bliższe poznanie odbyło się dzięki wspólnym znajomym – moja siostra znała się z Marcina kolegami. Wybraliśmy się razem na dyskotekę. Polonia w tamtym czasie trzymała się razem więc takie wspólne wyjścia były czymś naturalnym. Na tej dyskotece zamieniliśmy ze sobą kilka zdań.
Po spotkaniu Marcin zdobył numer telefonu przez znajomych i zadzwonił do mojej siostry już następnego dnia, mówiąc, że chętnie pokazałby mi Brighton i okolice. Zgodziłam się. Umówiliśmy się kilka razy na wspólne wycieczki i od 2 kwietnia 2005 – jesteśmy razem.
Marcin: Pamiętam jeden szczególny moment. To był sam początek naszej znajomości. Odwiozłem Agnieszkę po zwiedzaniu Brighton do jej siostry. Wysiadając z auta, przytuliłem ją i powiedziałem: „Zobaczysz, że kiedyś założę ci coś na tę rękę” – miałem w myślach obrączkę. To było dość szalone, bo skąd taka pewność? A jednak coś podpowiadało mi, że tak właśnie będzie. Myślę, że duże znaczenie miał też ten szczególny czas – okres odchodzenia Jana Pawła II. Oboje staraliśmy się wtedy być blisko wiary.
Po urlopie wróciła Pani do Polski?
Agnieszka: Tak, wróciłam, bo kończyłam studia we Wrocławiu. Co ciekawe, Marcin również pochodzi z Wrocławia, więc pomyślałam wtedy, że to wszystko układa się w jakiś niezwykły sposób. Dziś, z perspektywy czasu, myślę, że tak po prostu miało być.
Czy utrzymywaliście kontakt na odległość?
Marcin: Oczywiście. Pamiętam, że po pracy często dzwoniłem do Agnieszki z charakterystycznej czerwonej angielskiej budki telefonicznej. Potrzebowałam usłyszeć jej głos niemalże codziennie.
Agnieszka skończyła studia i po trzech miesiącach przyjechała do Brighton. Zamieszkaliśmy razem z naszymi znajomymi. Nie czekając długo – podjęliśmy dość spontaniczną decyzję i po pół roku się zaręczyliśmy. A rok później wzięliśmy ślub.
Jak wyglądał okres narzeczeństwa?
Marcin: Okres narzeczeństwa był wspaniały. Wspólne zainteresowania każdego dnia przybliżały nas do siebie. Jednak to fotografia okazała się być naszą największą pasją, która bardzo zbliżyła nas do siebie. Zaprzyjaźniliśmy się i staliśmy się sobie bardzo bliscy. Jednocześnie byliśmy bardzo związani z polską parafią i Domem Polskim w Brighton. Ta wspólnota była dla nas namiastką Polski – zarówno jeśli chodzi o Mszę, jak i relacje z ludźmi. Spotykaliśmy się tam regularnie, kultywowaliśmy tradycje, budowaliśmy przyjaźnie. Szczególnie bliska była nam relacja z księdzem Tadeuszem – wspaniałym człowiekiem, z którym do dziś oczywiście już dużo rzadziej ale jednak utrzymujemy wciąż kontakt. To był ważny czas dla nas obojga.
Ślub odbył się w Polsce czy w Anglii?
Agnieszka: W Polsce. Przyjechaliśmy tylko na ślub, a potem wróciliśmy do Anglii, gdzie mieszkaliśmy jeszcze przez 12 lat. To tam zaczęło się nasze wspólne życie – z jego wzlotami i upadkami. Tam też przyszły na świat nasze dzieci. Pobraliśmy się w 2006 roku, w 2007 urodził się Adrian, w 2009 Oliwia, a w 2017 Nina.
Kiedy pojawiły się dzieci, zaczęło się robić trudniej. Życie nas weryfikowało. Mąż pracował bardzo dużo – od szóstej rano do osiemnastej – a ja całe dnie spędzałam sama z dziećmi. To był wymagający czas. Pojawiały się różne trudności – finansowe, zdrowotne, organizacyjne. Myślę, że niezależnie od miejsca, w którym się żyje, takie wyzwania są często codziennością.
Wspomniała Pani o wzlotach i upadkach – co dokładnie ma Pani na myśli?
Agnieszka: Z czasem zaczęły wychodzić nasze trudniejsze cechy – niecierpliwość, wybuchowość, frustracja. Z perspektywy czasu widzę, że oczekiwaliśmy więcej, niż sami byliśmy w stanie dać sobie nawzajem. Po prostu zaczęliśmy się od siebie oddalać. Każde z nas było zmęczone. Byliśmy młodzi, mieliśmy małe dzieci, dużo obowiązków. Pamiętam momenty, kiedy na koncie było bardzo mało pieniędzy i zastanawialiśmy się, co dalej. Praca była niepewna, ale w końcu się pojawiła – tyle że w innym mieście, co oznaczało kolejną przeprowadzkę.
Niedługo po urodzeniu Oliwii pakowaliśmy się i szykowaliśmy do przeprowadzki. Wszędzie były kartony, a ja dochodziłam do siebie po porodzie. To był bardzo trudny czas. Ostatecznie trafiliśmy do Portsmouth – ostatniego miasta, w którym mieszkaliśmy w Anglii. Mąż pracował tam bardzo dużo, praktycznie na półtora etatu. Ja zostawałam sama z dwójką małych dzieci od rana do wieczora, często także w soboty.
Każde z nas było skupione na swoich obowiązkach. Ja – na dzieciach, on – na pracy. Zaczęliśmy się mijać. Z jednej strony byliśmy blisko, a z drugiej – coraz dalej od siebie. Wtedy wydawało nam się, że to normalne. Mąż zarzucał mi coraz częściej, że skupiam się tylko na dzieciach. Z kolei ja byłam tak zmęczona, że wieczorami, usypiając dzieci, zasypiałam razem z nimi i nie miałam już siły na rozmowę z nim.
Bardzo zależało mi na tym, żeby dzieci dobrze spędzały czas – bez ciągłego siedzenia przed telewizorem. Organizowałam im wspólne zabawy, wyjścia na plac zabaw, spacery i wycieczki . Dawałam z siebie wszystko, ale jednocześnie gdzieś po drodze zaczęło brakować przestrzeni dla nas jako małżeństwa.
Można powiedzieć, że wkradła się rutyna?
Marcin: Zdecydowanie tak. Rutyna weszła w nasze życie bardzo mocno. Bywało, że mówiłem ‘’prawie nie widuję własnych dzieci’’ – kiedy wychodziłem do pracy, było jeszcze ciemno, a gdy wracałem, dokładnie tak samo. Często kończyło się na tym, że widziałem je tylko przed snem. Większość czasu spędzała z nimi żona.
Z czasem zaczęła pojawiać się we mnie pewnego rodzaju zazdrość o czas spędzony z dziećmi. Myślałem: ja też chciałbym z nimi pobyć, pójść na rower czy na basen, a nie spędzać całe dnie w pracy. Narastała frustracja i złość. Oczywiście próbowaliśmy to równoważyć w weekendy – wyjeżdżaliśmy, dużo zwiedzaliśmy, odwiedzaliśmy znajomych i rodzinę. Zawsze to lubiliśmy. Jednak w tygodniu dominowała proza życia: praca, obowiązki, nieprzespane noce.
Do tego doszły jeszcze nasze charaktery – szczególnie mój. Byłem uparty, nieustępliwy, przekonany prawie zawsze o swojej racji. Dziś potrafię uśmiechnąć się i odpuścić, ale wtedy to tylko pogłębiało napięcia. Miałem też oczekiwania, które były często oderwane od rzeczywistości – jakby świat miał się dostosować do mnie. To wszystko sprawiło, że zaczęliśmy się od siebie oddalać.
Agnieszka: Tak, a sytuację dodatkowo skomplikował mój powrót do pracy. Kiedy Oliwia miała dwa i pół roku, zdecydowałam się wrócić do pracy, bo pojawiły się problemy zdrowotne u męża, co wiązało się z jego nieobecnością w pracy. To był kolejny etap zmian i wyzwań..
Czy te konflikty dotyczyły raczej drobnych, codziennych spraw, czy poważnych problemów rodzinnych?
Agnieszka: Z perspektywy czasu widzę, że przez wiele lat potrafiliśmy kłócić się o drobiazgi. Każde z nas chciało mieć rację, być ważniejsze, postawić na swoim. Moje „ja” musiało być na pierwszym miejscu. Myślę, że to nas w dużej mierze pogubiło – potrzeba udowadniania, kto ma rację i kto tu „rządzi”, zaczęła dominować nad wzajemnym słuchaniem. Coraz mniej było w tym relacji, a coraz więcej walki o własne racje.
Mimo że pochodziliśmy z rodzin o silnych wartościach, próbowaliśmy tłumaczyć sobie nasze konflikty jako coś „normalnego”. Przez pierwsze lata małżeństwa wciąż jednak coś nas scalało – wracaliśmy do fundamentów, do wiary, do wspólnych wartości. To było jak reset – potrafiliśmy się zatrzymać i na nowo odbudować relację.
Jednak z czasem, szczególnie w drugiej połowie naszego małżeństwa, ta zdolność powrotu do fundamentów zaczęła słabnąć. Upór i zamknięcie na siebie nawzajem były coraz silniejsze.
Marcin: Powiedziałbym nawet, że przez ostatnie kilka lat staliśmy się dla siebie już ogromnym obciążeniem. Zacząłem używać „ciężkich argumentów”, byle tylko udowodnić swoją rację i pokazać, że druga strona się myli. To była walka, nie rozmowa. Zaczęliśmy ranić się nawzajem.
Agnieszka: Wracaliśmy do spraw sprzed wielu lat – nie sprzed roku czy dwóch, ale nawet sprzed dziesięciu czy piętnastu lat. Wypominaliśmy sobie dawne błędy, zamiast je zostawić za sobą. W pewnym sensie zaczęliśmy siebie nawzajem niszczyć. Pojawiały się słowa typu: „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze”. To były takie stałe schematy, które tylko nakręcały konflikty. Od jednej niepozornej uwagi szybko przechodziliśmy do lawiny wzajemnych pretensji.
Często mówi się, żeby nie kończyć dnia w gniewie, żeby się pogodzić przed zachodem słońca. U nas to zupełnie nie działało. To nie były godziny ciszy – to były dni, potem tygodnie. Cisza między nami potrafiła trwać bardzo długo. Czasem na chwilę wracaliśmy do rozmowy – na dzień czy dwa – ale zaraz wszystko zaczynało się od nowa.
Doszliśmy do takiego momentu, że żadne z nas nie chciało wracać z pracy do domu. Ja po pracy potrafiłam długo chodzić po sklepach, byle tylko odwlec powrót. A kiedy już wracałam, zajmowałam się obowiązkami i szłam spać. To życie zaczęło tracić sens.
Jak dziś, z perspektywy czasu, patrzycie na tamten okres?
Agnieszka: Jeszcze niedawno nie bylibyśmy w stanie o tym spokojnie rozmawiać. To, co się wydarzyło później, bardzo nas zmieniło – przewartościowało nasze myślenie i właściwie wywróciło wszystko do góry nogami. Dziś potrafimy spojrzeć już na to inaczej.
Marcin: Z perspektywy czasu widzę, że to, co działo się między nami, wynikało z chęci zranienia drugiej osoby, potrzeby „wygrania”. Pojawiały się sytuacje, w których świadomie szukało się słów czy zachowań, które zabolałyby drugą stronę tak bardzo że wychodziła z domu ze łzami w oczach.
Bywały też momenty, wstydu przed własnymi dziećmi. Uświadamiając sobie co właśnie zrobiliśmy. Dochodziło do takich absurdalnych sytuacji, kiedy nasze dzieci w bólu zastanawiały się, z którym z rodziców pójść razem do kościoła na niedzielną Mszę Świętą – z mamą czy z tatą? Bo my nie chcieliśmy nawet patrzeć na siebie. To był bardzo bolesny czas.
Paradoks polegał na tym, że z zewnątrz mogliśmy wyglądać jak „idealna” rodzina. Chodziliśmy do kościoła, siadaliśmy często w pierwszych ławkach. Słyszałem kilkukrotnie nawet opinie, że jesteśmy przykładnym małżeństwem – trójka dzieci, poukładane życie. A we mnie narastało poczucie, że nie zasługujemy na pochwały. Myślałem sobie: „gdyby inni wiedzieli, jak jest naprawdę…”.
Co było największym problemem w Waszym małżeństwie?
Agnieszka: Przede wszystkim, my wtedy w ogóle nie nazywaliśmy tego kryzysem. Wydawało nam się, że tak po prostu wygląda życie większości małżeństw. Widzieliśmy to wokół siebie – nasi znajomi mieli podobne problemy: praca, dom, dzieci, zmęczenie, kłótnie. Uznaliśmy więc, że to w zasadzie normalne funkcjonowanie. Nie zatrzymywaliśmy się, żeby się temu przyjrzeć głębiej.
Do tego dochodziły kolejne obciążenia – dużo pracy, problemy zdrowotne, zwłaszcza u męża. To wszystko generowało dodatkowy stres w rodzinie i jeszcze bardziej pogłębiało napięcia między nami.
Co było momentem przełomowym w Waszej relacji, w którym uświadomiliście sobie, że tak nie powinno wyglądać małżeństwo?
Agnieszka: Kiedy przeprowadziliśmy się do Polski, do nowego domu, który mąż wyremontował, nasze problemy zamiast się zmniejszyć – jeszcze się pogłębiły.
Przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Cisza między nami była częstsza niż rozmowa. A jeśli już rozmawialiśmy, to bardzo krótko – i często kończyło się to kłótniami, które były naprawdę trudne.
Zaczęliśmy dostrzegać, jak bardzo to wpływa na dzieci. Nasz syn kiedyś powiedział, że zachowujemy się „nienormalnie” – a to dziecko, które nigdy nie używa takich słów. To było bardzo mocne. Najmłodsza córka, mając wtedy osiem lat, płakała i mówiła, że kiedy się kłócimy, „jej serce pęka na kawałki”.
A my… byliśmy tak skupieni na sobie, na udowadnianiu, kto ma rację, kto jest ważniejszy, że przestaliśmy zauważać, co dzieje się wokół nas – szczególnie to, co przeżywają nasze dzieci. Potrafiliśmy się kłócić, nie reagując nawet na ich płacz i prośby.
Na jakim etapie znajdowała się wtedy Państwa wiara?
Marcin: U mnie pojawił się wtedy pewnego rodzaju kryzys wiary. Modliłem się – często jadąc do pracy, trzymając różaniec w ręku – i jednocześnie miałem coraz więcej pretensji do Boga. Wydawało mi się, że im więcej się modlę, tym gorzej się dzieje. To rodziło bunt i niezrozumienie.
Pojawiał się też ogromny rozdźwięk między tym, jak wyglądaliśmy z zewnątrz, a tym, co działo się w domu. Podczas świąt, kiedy przyjeżdżała rodzina, wszystko wyglądało pięknie – wspólny stół, przygotowania, atmosfera. Ale nawet w takich momentach potrafiliśmy wybuchać. Zdarzało się, że przy naszych najbliższych dochodziło też do ostrych konfliktów.
Pamiętam słowa moich rodziców: „Co wy robicie? Jak możecie tak się zachowywać?”. To było bardzo bolesne.
Dziś próbujemy to analizować i rozumieć, ale wtedy nie mieliśmy żadnych hamulców. Niezależnie od tego, czy byliśmy sami, czy przy dzieciach, czy przy rodzinie – konflikty wybuchały.
Agnieszka: Co ciekawe, z jednej strony byliśmy blisko Kościoła – chodziliśmy na Msze Święte, wychowaliśmy się w rodzinach katolickich i tak też wychowywaliśmy dzieci. W Anglii staraliśmy się regularnie jeździć do polskiego kościoła, choć było to ponad pół godziny drogi. Jeśli się nie udało, chodziliśmy do kościoła angielskiego.
Po powrocie do Polski mieliśmy więcej możliwości uczestniczenia w nabożeństwach – drogi krzyżowe, różańce, które wcześniej były trudniej dostępne. To nas w pewnym sensie przybliżyło do praktyk religijnych. Ale dziś widzimy, że można być jednocześnie bardzo blisko Boga i bardzo daleko.
A jak wyglądała Wasza droga przemiany?
Marcin: Zaczęliśmy myśleć o terapii. Zastanawialiśmy się, czy da się jeszcze coś uratować – choćby ze względu na dzieci. Pojawiało się nawet pytanie, dlaczego w ogóle jesteśmy razem, skoro nie potrafimy już ze sobą rozmawiać. Mieliśmy wrażenie, że wszystko nas dzieli, a nic nie łączy. Jedynym punktem wspólnym była jeszcze wiara – choć i ona zaczynała się chwiać.
Agnieszka: Były momenty, kiedy traciłam już całkowicie nadzieję. Mówiłam, że chyba tylko cud mógłby coś zmienić – ale nawet w cuda przestałam wierzyć. Paradoksalnie, chodziliśmy do kościoła, ale w środku miałam poczucie, że tracę wiarę.
Pamiętam jedną niedzielę. Byliśmy po kolejnej kłótni, nie rozmawialiśmy ze sobą. Marcin oglądał coś na YouTubie, a ja gotowałam obiad przed wyjściem do kościoła. W pewnym momencie usłyszałam świadectwo Rafała Patyry i jego żony. Zatrzymałam się i zaczęłam słuchać.
Mówili o bardzo trudnym kryzysie, o zdradzie, o bólu – a jednocześnie siedzieli obok siebie, spokojni, uśmiechnięci, trzymali się za ręce. To było dla mnie niezrozumiałe. Pomyślałam: „To niemożliwe… jak to się stało, że oni są razem i wyglądają na szczęśliwych?”.
To mnie bardzo poruszyło. Pojawiło się we mnie pragnienie: „Ja też bym tak chciała”. W tym świadectwie padła nazwa wspólnoty Sychar – wspólnoty dla trudnych małżeństw. Od razu sięgnęłam po telefon, zaczęłam szukać informacji, czytać o niej. I tak zaczęła się kolejna ważna droga w naszym życiu.
Czy te świadectwa były impulsem, żeby pójść na spotkanie wspólnoty?
Agnieszka: Tak, pomyślałam, że spróbuję znaleźć tę wspólnotę gdzieś w naszej okolicy. Najbliższym dużym miastem był Wrocław – i rzeczywiście, okazało się, że tam działa Sychar.
Znalazłam kontakt do wspólnoty, napisałam wiadomość i dostałam zaproszenie na spotkanie. Powiedziałam do męża: „jeśli chcesz, jedziemy razem, jeśli nie – pojadę sama”. Miałam w sobie bardzo silne przekonanie, że muszę tam być – bez względu na wszystko.
Marcin: W tamtym czasie prawie w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Pamiętam, że w piątek, kiedy wracałem z pracy, dostałem SMS-a od żony z pytaniem, czy jadę. Pomyślałem: „co mam do stracenia?”. Odpisałem, że jadę.
Jak przebiegało to spotkanie?
Agnieszka: Najpierw była koronka do Miłosierdzia Bożego, Msza Święta, potem adoracja, a na końcu spotkanie wspólnoty.
Czuliście się komfortowo, wiedząc, że trafiliście do wspólnoty, w której są osoby mierzące się z podobnymi problemami?
Agnieszka: Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci. Ja od razu poczułam się tam jak u siebie.
Wiedziałam jedno – że gdybyśmy poszli na zwykłą terapię, moglibyśmy się nawzajem obwiniać, podważać wybór specjalisty. A tutaj miałam poczucie bezpieczeństwa – to było środowisko związane z Kościołem, bliskie naszym wartościom.
Marcin: A ja miałem zupełnie inne odczucia. Zastanawiałem się, dlaczego oni są tacy mili. Czułem się nieswojo, pojawiły się nawet myśli, czy to nie jest jakaś dziwna grupa. Byłem bardzo sceptyczny.
I wtedy usłyszałem coś, co przeszyło mnie na wskroś jak uderzenie błyskawicy. Jedna z osób na spotkaniu powiedziała: „wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy zaczynamy patrzeć oczami drugiej osoby”. I drugie zdanie, które zapamiętałem bardzo mocno: „zmianę trzeba zacząć od siebie”.
To było dla mnie trudne. Do tej pory skupiałem się na tym, co powinna dla mnie w sobie zmienić żona. A tu nagle – że ja mam zacząć od siebie .To było nie do pojęcia na te chwile.
Czy to spotkanie coś w Was poruszyło?
Agnieszka: Po spotkaniu wróciliśmy do domu, było już bardzo późno. Następnego dnia wydarzyło się coś niesamowitego i przełomowego. Rano obudziłam się i poczułam, że nie mogę już dłużej milczeć. Do tej pory miałam „strategię” – nie poruszać trudnych tematów, żeby nie wywołać kłótni. Ale pomyślałam: „muszę powiedzieć to, co czuję”.
Powiedziałam to, co leżało mi na sercu, mąż też powiedział szczerze co jemu leżało na sercu. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów rozmawialiśmy szczerze dwie-trzy godziny, słuchając się nawzajem. Potem przytuliliśmy się… i nagle jakby coś z nas zeszło.
Marcin: Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, ale mieliśmy poczucie, że wydarzyło się coś bardzo głębokiego. Następnego dnia rozmawialiśmy spokojnie. Potem kolejnego – jeszcze więcej. Zaczęliśmy spędzać razem czas, i to w sposób, który wcześniej był nie do pomyślenia.
Agnieszka: Rozmawialiśmy godzinami. Poszliśmy razem z dziećmi na spacer. Kolejnego dnia prawie spóźniliśmy się do pracy, bo tak się zagadaliśmy. Przez kilkanaście lat nie rozmawialiśmy tyle, co wtedy w ciągu kilku dni.
Patrzyliśmy na siebie i mówiliśmy: „to jest niemożliwe”. Jeszcze chwilę wcześniej byliśmy przekonani, że w naszym przypadku nic się nie da zmienić. A tu nagle wszystko zaczęło wyglądać inaczej.
Oboje stwierdziliśmy, że chyba właśnie wydarzył się cud.
Marcin: Moje odczucie było takie, że nie potrafię tego wytłumaczyć w ludzki sposób. Miałem wrażenie, jakbym z każdej kieszeni wyjął po dwieście kilogramów kamieni. Naprawdę tak to czułem – ogromne odciążenie.
Co ważne, to nie było tak, że zapomniałem o wszystkich złych chwilach, które się wydarzyły w naszym małżeństwie. Ja nadal to pamiętam. Tyle że te sprawy nagle przestały mnie obciążać, przestały przeszkadzać. Jakby straciły swoją siłę.
Jeszcze dzień wcześniej patrzyłem na to wszystko z dystansem, a nawet sceptycyzmem – zastanawiałem się, kim są ci ludzie, czy to nie jest jakaś dziwna grupa. A następnego dnia obudziłem się z poczuciem lekkości, którego nie umiem racjonalnie wyjaśnić.
Agnieszka: Dla mnie to też było niewytłumaczalne. Jeszcze chwilę wcześniej żyliśmy w napięciu, w kłótniach, w ciszy – a następnego dnia po spotkaniu ze wspólnota Sychar jesteśmy dla siebie życzliwi, uśmiechnięci, bez żadnego udawania. I co najważniejsze – to przychodziło nam naturalnie.
Czy ta zmiana była chwilowa – tylko na kilka dni po spotkaniu – czy okazała się czymś trwałym?
Marcin: I to właśnie najbardziej nas zdumiewało – że to nie była chwilowa zmiana. Mijały dni, tygodnie a my wciąż zadawaliśmy sobie pytanie: „czy to naprawdę się dzieje i czym na to sobie zasłużyliśmy?”. Zaczęliśmy też bardziej poznawać to, czego doświadczyliśmy.
Bo po ludzku to było niemożliwe. A jednak się wydarzyło.
Agnieszka: Jadąc na spotkanie Sycharu zakładałam, że jeśli coś się zmieni, to może po dłuższym czasie – po długich miesiącach czy latach pobytu we wspólnocie. Pan Bóg ma swoje plany wobec każdego człowieka i lubi zaskakiwać. U nas wszystko wydarzyło się właściwie od razu, bez planowania, bez wielkich przygotowań.
Obudziliśmy się bez złości, bez agresji, bez ciężaru. Jakby ktoś zdjął z nas ogromny balast. Pojawiła się lekkość, radość i spokój.
I kiedy o tym opowiadam, mam poczucie, że my sami niczego nie „zrobiliśmy”. To nie była nasza zasługa. To się po prostu wydarzyło – jako łaska, coś, co przyszło z zewnątrz.
Po ludzku – niemożliwe. A jednak stało się rzeczywistością. I do dziś jest w nas zdumienie i wdzięczność.
To był cud, który zmienił nasze całe życie. Po wielu latach znów czułam radość z powrotów do domu. Rozmawialiśmy codziennie – rano i wieczorem, wstawaliśmy wcześniej tylko po to, żeby pobyć razem. I sami nie rozumieliśmy, co się dzieje.
Jak na tę przemianę zareagowały dzieci?
Agnieszka: Patrzyły na nas z niedowierzaniem. Pytały, czy wszystko jest w porządku. Były czujne, jakby czekały na „ciszę przed burzą”. Ale żadnej burzy nie było. Śmiały się, że zachowujemy się jak zakochani nastolatkowie – trzymając się za ręce, spędzając razem czas. Patrzyły na nas z niedowierzaniem.
Mamy dorastające dzieci więc one pamiętają tę zmianę bardzo wyraźnie.
W pierwszych dniach naszej przemiany pamiętam sytuację, kiedy córce spadł słoik na porcelanowy garnek i go uszkodził – coś, co wcześniej wywołałoby konflikt, wtedy przeszło bez echa. Byłam przekonana, że zaraz wybuchnie kłótnia na tle nieszanowania drogich rzeczy. A tu… nic. Nadzwyczaj spokojna reakcja męża przyprawiła wszystkich domowników o niemałe zdziwienie. Nie pojawiła się złość, krzyki i pretensje. Pomyślałam: „to niemożliwe”, to nie mój mąż…
Takich sytuacji było coraz więcej – rzeczy, które kiedyś były zapalnikami, nagle przestały nimi być. To było doświadczenie ogromnej ulgi, wolności i spokoju. Dla nas to był prawdziwy cud – coś, czego nie da się zrozumieć, jeśli się tego nie przeżyło.
Na co dziś, z perspektywy tego doświadczenia, szczególnie zwracacie uwagę w relacji, żeby ją pielęgnować?
Marcin: Ostatnie tygodnie pokazały nam, że czasem pojawia się jakaś niekontrolowana pokusa naszego powrotu do złych zachowań z przeszłości. Ale dziś mamy już świadomość wyrządzonych sobie nawzajem krzywd i patrzymy na siebie w zupełnie inny sposób niż wcześniej – bardziej dojrzałe, z troską i wielka miłością .
Nasze życie nadal wygląda tak samo: praca, dom, dzieci, obowiązki, a jednak inaczej. Problemy też są podobne, bo każdy je ma – to jednak zmienił się sposób naszego reagowania. I to jest kluczowa różnica. Kiedyś każda trudność urastała do konfliktu, do napięcia. Dziś potrafimy zatrzymać się na chwile. Dużo ze sobą rozmawiamy, spędzamy razem czas i to naprawdę wygląda o wiele lepiej.
Jest więcej spokoju, więcej ciszy w środku i więcej przestrzeni na to, żeby rozwiązywać problemy, zamiast je eskalować. I właśnie za to najbardziej dziękuję Bogu. Każdego dnia zadaje sobie pytanie? Czym My sobie na to zasłużyliśmy by dostać taki dar który ocalił naszą rodzinę?
Agnieszka: Nasza droga nawrócenia tak naprawdę dopiero się zaczyna. Jesteśmy na początku tej drogi i wiemy, że jeszcze bardzo dużo pracy przed nami.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu. Jeśli chcesz wesprzeć naszą działalność, możesz to zrobić tutaj.