O. Jacek Salij na Wielki Post: cierpienie jest jak hieroglif – tajemnica, którą poznajemy w Bogu

Dominikanin i teolog o. Jacek Salij tłumaczy, że cierpienie nie jest celem samym w sobie, lecz zagadką, która prowadzi nas do sensu życia, otwiera na rzeczywistość i zbliża do Boga. Wskazuje też, jak w codziennym życiu łagodzić cierpienie swoje i innych, nie depcząc przy tym prawa moralnego.

Joanna Operacz: Cierpienie to najtrudniejszy temat w życiu, ale – z drugiej strony – temat, od którego nikt z nas nie ucieknie, prawda?

O. prof. Jacek Salij OP: Zauważmy najpierw pozytywną stronę naszej wrażliwości na ból. Kiedy byłem w liceum, pani od biologii tłumaczyła nam, że wrażliwość na ból stanowi mechanizm ochronny, który sygnalizuje organizmowi stan jakiegoś zagrożenia. Nauczycielka podała konkretny przykład: Gdybyś nie poczuł bólu zęba, może nie poszedłbyś do dentysty.

Na inną pozytywną funkcje bólu nasza biologiczka chyba już nam nie zwróciła uwagi: że wrażliwość na ból jest niezwykle ważnym instrumentem naszego otwarcia na rzeczywistość. Ten aspekt mocno podkreślał Viktor Frankl, autor bardzo mądrej książki na temat sensu cierpienia pt. „Homo patiens”. Opisał on między innymi odrębną jednostkę chorobową, melancholia anaestetica, która charakteryzuje się znacznym zanikiem wrażliwości na ból, co – wbrew temu, co można by na ten temat spontanicznie sądzić – głęboko unieszczęśliwia chorego.

Okazuje się, że znaczne obniżenie zdolności do odczuwania bólu stawia między człowiekiem a rzeczywistością coś w rodzaju szklanej ściany. Frankl podaje konkretny przykład pacjentki, która przyszła do niego bezpośrednio po wyrwaniu zęba. Przyszła wypłakać się ze swojego nieszczęścia: mimo braku jakiegokolwiek znieczulenia, ona żadnego bólu nie odczuła.

W takim razie czym jest cierpienie?

Wyrazem tym określamy sytuacje bardzo rozmaite. Wprawdzie będzie to skrót i uproszczenie, ale cierpieniem nazwijmy to wszystko, co w naszym bólu jest niezrozumiałe, co wydaje się wręcz bezsensowne, przytłaczające, niszczące. Oprócz cierpień fizycznych istnieją również cierpienia psychiczne, nieraz bardzo ciężkie, udręki wynikające z samotności, krzywdy, poniżenia.
Nam, katolikom, czasem zarzuca się cierpiętnictwo.

Czy słusznie?

Trudno komuś, kto mnie nie lubi, udowodnić, że nie jestem wielbłądem. Dla mnie światełkiem, które podpowiada odpowiedź na to pytanie, są słowa Księgi Mądrości 1,13: „Bóg śmierci nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących”, a w rozdziale następnym: „Śmierć przyszła na świat przez zawiść diabła”. Tym bardziej można powiedzieć, że to nie Bóg jest sprawcą naszych cierpień i nie cieszy Go to, że Jego dzieci cierpią.

Zatem cierpienie samo z siebie nie jest niczym dobrym. A skoro tak, to każdemu z nas wolno zabiegać o usunięcie lub przynajmniej o zmniejszenie cierpień, zarówno swoich własnych, jak i cudzych. Co więcej, sam Pan Jezus oczekuje, że będziemy się starali podawać pomocną rękę ludziom cierpiącym. Jest to jedna z najważniejszych naszych powinności na tej ziemi. „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” – powie do zbawionych Boski Sędzia.

Tak, cierpienia – swoje i cudze – starajmy się usuwać, a przynajmniej je łagodzić. Jednak nie za wszelką cenę. Bo jak napisał apostoł Piotr: „Lepiej bowiem – jeżeli taka wola Boża – cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle” (1 P 3,17).

Kiedy cena za likwidację cierpienia jest zbyt wysoka?

Zarówno w życiu codziennym, jak w gospodarce komunalnej, staramy się nie stosować takich środków czyszczących, które bardziej zanieczyszczają środowisko niż usuwany przez nie brud. Walka z cierpieniem podobna jest do walki z brudem. Cierpienie, oczywiście, należy usuwać, ale nie za cenę jeszcze większego zła. Otóż my dzisiaj nazbyt często w walce z cierpieniem płacimy ceny niedozwolone. Dopuszczenie eutanazji i zabijania poczętych dzieci, instytucja rozwodów – to najczęstsze dzisiaj zjawiska usuwania zła poprzez czynienie zła jeszcze większego.

Rozwody zostały wprowadzone po to, aby oszczędzić małżeństwom niedobranym męki wspólnego życia. Nie pomyślano jednak o tym, jak bardzo samo istnienie tej instytucji odbiera ludziom ochotę do pozytywnego przezwyciężania małżeńskich kryzysów, ułatwia decyzje lekkomyślne i owocuje cierpieniem niewinnych dzieci. Albo zastanówmy się nad argumentami na rzecz aborcji. Chce się chronić kobietę przed niedogodnościami wynikającymi z ciąży, mówi się: „Dziecko tak, ale nie w tej chwili” albo „To dziecko jest chore, więc je usuniemy i poczekamy na następne”.

Z trudnościami można, a nawet trzeba walczyć, ale przecież nie poprzez deptanie prawa moralnego i niszczenia duszy.
Pewnie to temat na rozprawę teologiczną, ale nie sposób go nie poruszyć. Dlaczego dobry Bóg stworzył świat w taki sposób, że mogło się w nim pojawić zło i cierpienie?

Cyprian Norwid odpowiedziałby pewnie na to pytanie: „Hieroglif cierpienia na ziemi niepojęty, zrozumialszy w niebie”. Nie sądzę, żeby papież Franciszek czytał Norwida, ale odpowiada na to pytanie z podobną pokorą i nadzieją. Oto fragment jego encykliki „Lumen fidei” (nr 57):

„Wiara nie jest światłem rozpraszającym wszystkie nasze ciemności, ale lampą, która w nocy prowadzi nasze kroki, a to wystarcza, by iść. Cierpiącemu człowiekowi Bóg nie daje wyjaśniającej wszystko argumentacji, ale swoją odpowiedź ofiaruje w formie obecności, która towarzyszy historii dobra, łączącej się z każdą historią cierpienia, by rozjaśnił ją promień światła. W Chrystusie Bóg zechciał podzielić z nami tę drogę i ofiarować nam swoje spojrzenie, byśmy zobaczyli na niej światło. Chrystus jest Tym, który zniósł ból, i dlatego «nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala» (Hbr 12, 2)”.

Czy Pan Bóg też cierpi?

Jest takie cierpienie, które w swojej najgłębszej postaci jest zakotwiczone w miłości. Nie wyobrażam sobie, że rodzice mogą nie cierpieć, kiedy ich dziecko pogrąża się w alkoholizmie, narkomanii albo rozpuście. Mamy mocne podstawy, żeby przypuszczać, że takie cierpienie jest również nieobce Panu Bogu. „Przykrość Mi zadajesz twoimi grzechami – skarży się Bóg w Piśmie Świętym – występkami twoimi Mnie zadręczasz” (Iz 43, 24). Z kolei u apostoła Pawła: „Nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego, którym zostaliście opieczętowani na dzień odkupienia” (Ef 4,30). Bóg jest nieskończenie szczęśliwy i doskonały, ale On jest Miłością, dlatego można Go zranić i zasmucić!

Bardzo głęboko o cierpieniu Boga pisał św. Jan Paweł II w encyklice o Duchu Świętym (nr 39): „Pojęcie Boga, jako Bytu absolutnie doskonałego, wyłącza z pewnością wszelki ból pochodzący z braku czy zranienia; jednakże w głębokościach Bożych jest miłość ojcowska. (...) Pismo Święte mówi nam o Ojcu, który współczuje człowiekowi, dzieląc jakby jego ból. Ostatecznie ów niezgłębiony i niewypowiedziany ból Ojca zrodzi nade wszystko całą przedziwną ekonomię miłości odkupieńczej w Jezusie Chrystusie, ażeby Miłość mogła się okazać potężniejsza od grzechu w dziejach człowieka”.

W Piśmie Świętym mamy całą księgę poświęconą cierpieniu – Księgę Hioba. Rzadko mówi się o tym, że jej bohater zapytał Boga, dlaczego spotkało go nieszczęście. I otrzymał odpowiedź! Jak brzmi ta odpowiedź?

Hioba spotkały niewyobrażalne nieszczęścia. Kiedy zarzuca Bogu niesprawiedliwość, niejeden z nas (ja, w każdym razie) pomyślał sobie: ma rację chłopina. Ale oto sam Bóg staje przed nim i Hiob w jednym momencie zrozumiał, że nie miał racji. Odpowiedział tylko Bogu: „Jam mały, cóż Ci odpowiem? Rękę przyłożę do ust” (Hi 40,4). Tak, hieroglif cierpienia ostatecznie wyjaśni nam się, kiedy spotkamy się z Bogiem twarzą w twarz.

Cierpienia czasem nie da się uniknąć. Co wtedy?

Pani mówi: „czasem”. Niestety, bardzo często. Otóż ja wierzę Apostołowi, który zapewnia: „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając próbę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (Rz 10,13).

Czy jednak będę mu nadal wierzył, jeśli przyjdzie na mnie próba, która będzie mi się wydawała ponad moje siły? Bardzo to ważne, żebyśmy starali się wspomagać się wzajemnie, zwłaszcza kiedy na kogoś z nas przychodzi szczególnie ciężkie utrapienie. I jakoś przypomina mi się jeszcze modlitwa księdza Jana Twardowskiego, który prosił Boga: „Proszę, abyś mnie nauczył cierpienia bez pytań”.

Czym jest tajemnica krzyża, o której mówili mistycy?

Nie tylko mistycy. Apostoł Paweł wręcz wołał: „Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie, a ja dla świata” (Ga 6,14). Krzyż jednak nie na tym polega, żeby cierpieć. Ale na tym, że nawet wtedy, kiedy musimy cierpieć albo znosić jakieś inne zło, którego nie da się od siebie oddalić – żeby nawet wtedy trzymać się Pana Boga i Jego przykazań, a zwłaszcza przykazania miłości.

Wolno nam prosić Boga o to, żeby odsunął od nas chorobę czy jakiś inny kielich goryczy. Kiedy jednak musimy to znosić, starajmy się wtedy być wierni Bogu, i w Nim szukać pomocy, pokoju, a może nawet radości. Chrystus Pan niech będzie dla nas naprawdę naszym pierwszym ukochanym. Starajmy się w to uwierzyć, starajmy się uwierzyć w to całym sercem, że krzyż Chrystusa Pana zawsze jest przeniknięty światłem, z którego płynie pokój, zawierzenie Bogu i jakaś tajemnicza radość.

Święta matka Teresa z Kalkuty zobaczyła kiedyś, że jedna z sióstr idzie do usługiwania chorym ze smutną miną. Zapytała ją wtedy: „Jak ci się wydaje, siostro, z naszym krzyżem mamy iść za Chrystusem czy przed Nim?” Siostra od razu zrozumiała, o co chodzi, i z wielkim uśmiechem odpowiedziała: „Mamy wziąć swój krzyż i iść za Chrystusem!” – i cała uśmiechnięta pobiegła z posługą do swoich chorych.

Warto może pomyśleć o tym, że nasz krzyż niesiemy za Chrystusem nie tylko wtedy, kiedy w naszych utrapieniach staramy się całych siebie Jemu zawierzać. Dźwigam mój krzyż i naśladuję Chrystusa również wtedy, kiedy usługuję choremu, staram się dodać otuchy bliźniemu w jego nieszczęściu, i w ogóle próbuję podawać rękę bliźnim w potrzebie.

Źródło: KAI 

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama

reklama