Bajka dla Jana Pawła II: Degrengolada

Beletryzowana książka o cywilizacji śmierci i cywilizacji miłości: Rozdział VII

Bajka dla Jana Pawła II: Degrengolada

Wacław Maślanka

Bajka dla Jana Pawła II

Wydawnictwo WCM Opole 2008

 ISBN 978-83-924678-0-9
Wydawnictwo Cywilizacja Miłości WCM Opole 2008
45—040 Opole Pl. Kopernika 4/6 Tel. 077/ 456 - 41 - 97



Rozdział VII Degrengolada

W ciemnej scenerii miasta Markt, położonego nad rzeką Lej, działy się rzeczy dziwne. Spora grupa ludzi poruszała się bez ładu i składu, jak mrówki, którym ktoś zakłócił spokój mrowiska. Można było odnieść wrażenie, że każdy robi, co chce i panuje tam spory nieporządek. W otoczeniu starych kamienic miasta, oświetlonych

wątłym światłem miejskich, gdzieniegdzie potłuczonych latarni, nerwowy i chwilami agresywny tłum usiłował coś wspólnie zrobić. Nic jednak z tego nie wychodziło.

Panowała tam dziwna niemoc. O co jednak chodziło i jakie były przyczyny ich dziwnego zachowania, trudno było ocenić. Każdy przedzierał się, jeden przez drugiego i w głośnych krzykach, jakby usiłował coś udowodnić, było to jednak pozbawione podstawowej logiki i zdrowego rozsądku. Było chaosem.

Człowiek z tłumu, tak samo ubrany jak inni, starał się rozpalić ognisko. Rozpędzony pokaźnych rozmiarów osiłek, wpadł na miejsce, gdzie powstawało ognisko, po czym kopnął brutalnie twardym butem w niepalące się jeszcze dobrze drewno. Na co zareagował ogromnym krzykiem niedoszły twórca ogniska, nijaki Bat, po czym wpadł jakby w szał i rzucił kawałkiem drewna w przechodząca przypadkowo kobietę. Stało się to tak nieszczęśliwie, że twarz jej zalała się w chwili krwią, po czym kobieta osunęła się i upadła na ziemię. Okazało się, że kawał drewna wbił się jej głęboko w samo oko.

Na widok tego zajścia, w obronie kobiety stanęło trzech młodych chłopców, oburzonych takim czynem. Z brutalnym nastawieniem i spojrzeniem rozsierdzonych dzikich zwierząt, skierowali swoje kroki w stronę winowajcy, podnosząc jednocześnie z ziemi kamienie i rzucając bezpośrednio w zaskoczonego mężczyznę. Ten uskoczył z nagła, skrył się za niewielki, wystający murek, w ten sposób mógł odeprzeć pierwszy atak młodzieńców, chcących pomścić zranioną kobietę. Szybko też oderwał spory kawał kostki brukowej ze starej drogi, jaka kiedyś tutaj prowadziła do dalszych części miasta i rzucił w stronę wystawy sklepowej, co spowodowało chwilowe zatrzymanie nacierającej nań grupki obrońców zranionej kobiety. Z dwóch młodzieńców biegnących w stronę winowajcy, zrobiła się już większa grupa. Ten czas bandzior wykorzystał na ucieczkę i szybkim biegiem pokonał odległość dzielącą go od murku, który stał się dla niego ochronnym przyczółkiem, do nowego murku, znajdującego się w pobliżu bloku mieszkalnego. Po chwili uczynił jeszcze jeden wysiłek i zniknął w ciemnej klatce schodowej, a przez gwiaździsty kształt bloku i dużą ilość balkonów połączonych ze sobą, był trudny do odnalezienia.

Kilku ścigających go chłopaków rozpoczęło dalszą pogoń, jednakże ku ich zdziwieniu, ktoś przychodził z pomocą uciekającemu do dużego gwiaździstego bloku winowajcy. Z tłumu bezładnie poruszającego się po placu ludzi, kilku gorączkowych uczestników tego dziwnego zbiorowiska wyrywało kostki bruku i rzucało z kolei w ścigających winowajcę chłopców, jakby chcieli pomóc temu człowiekowi. Do rzucających w stronę chłopców zaczęło dołączać się coraz więcej ludzi tak, że po chwili w ich stronę leciał deszcz brukowych kamieni, zmuszając ich do całkowitej ucieczki przed ukamienowaniem — to bowiem im groziło.

Kiedy za uciekającymi chłopcami spadły ostatnie kamienie, a sfrustrowany i żądny jakichkolwiek doznań tłum nie miał już wyraźnego celu, do którego mógłby rzucać wyzwalając swą dziwnie motywowaną energię zaczynało się pojawiać na niebie od wschodu jasne światło. To świt rozpraszał wolno ciemności a cała grupa ludzi ożywiona wschodzącym blaskiem słońca, rozmawiała o wszystkim, śmiała się dziko — a czyniła to jak wszystko bez ładu i składu, usiłując coś przedsięwziąć — nic jednakże z tego nie wychodziło. Głosy proponujące nowe pomysły i zabawy zderzały się ze sobą, lecz z tych wielu głosów żaden nie mógł być wysłuchany przez wszystkich. Ludzie ci przypominali zgraję bez przywódcy, zależną od chwili przypadku. To były nieudolne próby zorganizowania sobie czasu — jednak nikt z nich nie miał takiego wpływu na grupę, aby pociągnąć wszystkich za sobą, za swoim pomysłem. Brakowało im przywódcy, a sami nie potrafili przez dziwny bezwład pokrzywionych osobowości, sprawnie zorganizować się. Było też tam dużo koncepcji, a każda z nich zderzała się z drugą, nie mogąc uzyskać ogólnej akceptacji. Tak trwała ta kotłowanina, nie przynosząc żadnych rozwiązań i porozumienia. Ludzie tworzący to dziwne i wciąż tajemnicze zebranie, nie ufali sobie nawzajem; trwali tak razem rzucani na pastwę przypadku, kiedy podejrzliwość wciąż rozpraszała uczestników. Ktoś usiłował przypomnieć o zaufaniu, że „komuś trzeba zaufać, aby pójść do przodu”, ale ten był gaszony, zwykle brutalnie tak, że nie zabierał ponownie głosu.

Rozproszone jednostki, tak jak rozbity społecznie świat, nie były w stanie skonstruować jednej wspólnej tożsamości: bycia razem. Brakowało im przywódcy. Gubiły się bez reszty, na swoje zatracenie i śmierć, którą sobie zadawali. Wewnętrzna niemoc powodowała poczucie bezsensu życia i destrukcję, codziennie pomniejszającą szeregi zalęknionych ludzi, wzajemnie się niszczących z powodu nieuzasadnionej obawy.

To miasto współczesne: XXI wiek, kiedy to rewolucja techniczna i szybki rozwój powszechnej komunikacji sprowadził do społeczności ludzkich zupełnie nowe zjawiska, anonimowość, depersonalizację, samotność, lęk, egoizm, niesprawiedliwość, dewiacje, agresję, okultyzm, szamanizm, rozbicie wspólnot, wzrost przestępczości i nieufność, która przebijała każdego swym ostrzem psychicznej śmierci.

Jedynym źródłem spokojnej i bezpiecznej rzeczywistości w tym tyglu zła — mieszaninie wynaturzeń i dewiacji — gdzie ludzie starali się być i żyć w pokoju, były Kościoły.

W zdemoralizowanym mieście panowała atmosfera strachu i niepewności. Na krańcach miasta słyszano o okrutnym człowieku, do którego może przyjść każdy, kto odda się jego władzy, a on za tę służbę będzie bronił wiernych sobie ludzi. Wielu też ruszało na krańce miasta tak, że niedługo bezwzględny bandyta stał się przywódcą sporej rzeszy ludzi i wciąż rósł w siłę. Lgnęli do niego z innych miast i zewsząd, aż przyszedł czas, kiedy okrutnik stał się groźnym przywódcą, wykorzystującym swoich ludzi do, czasem bezsensownych ataków na tych, którzy nie byli razem z nim. Niemoralność była tu nową normą. Kultywowano ją. Im bardziej ktoś wyzuty i wyuzdany z ludzkich uczuć, tym bardziej był ceniony. Kto był silniejszy, ten miał więcej racji. A kto zabił, ten zyskiwał szacunek. Kradzież stawała się tu obowiązkiem, gwałt był potrzebą.

Ludzie Saturna — przywódcy podporządkowani szaleńcowi, utracili zdolność kochania i zmysł moralny, stali się ofiarami uprzedzeń i przesądów, zatracili głos sumienia, ich ludzkie „ja” stało się motywem do szaleństwa. Temu też oddawali się bez reszty, ciesząc się, że broni ich wielki Saturn. W nim pokładali nadzieję. W rezultacie stali się obojętni wobec siebie, pogardzając sobą, wywyższali przywódcę; trwali w nieustannych zabawach i kłótniach, zabijali się wzajemnie, knuli przeciw sobie podstępy. Jakby Bóg umarł i wszystko było dozwolone.

Pokaźnej postury zwyrodnialec — Saturn, przez swoje osobliwe zamiłowanie do gwiazd nazywał swoich dowódców ich imionami. I tak Neptun dowodził grupą wschodnią w mieście. Uran dowodził na zachodzie miasta. Księżyc dowodził grupą północną. Wenus — kobieta — dowodziła grupa południową, gdzie w sposób szczególny panował strach przed jej morderczymi wyczynami.

W każdej dzielnicy byli obecni zdeprawowani ludzie Saturna. Powszechnie znane były okrucieństwa tego wykrzywionego moralnie przywódcy i jego zamiłowanie do zabaw, gdzie ludzkie życie nie posiadało szacunku, a gwałt i nikczemność zbierały swe żniwo, nieraz przerażające. „Rzymskie” uczty pełne rozpusty i arena, na której człowiekowi dla zabawy zadawano śmierć, była dla tych ludzi przykładem — który z jakąś niepojętą i trudną do uzasadnienia gorliwością naśladowali.

Czas mijał i zarówno Chrześcijanie, jak i Saturn ze swoją nieformalną bandą żyli obok siebie. Żyjąc tak, umieli dostosować się do tej niełatwej wspólnej egzystencji, jednak jedni drugim nie wchodzili zwykle w drogę. To dawało spokój. Był to niepisany układ, jaki obyczajem ludzkim szanowali wszyscy.

Saturn ze swoją zgrają ludzi żył w mieście, a dokładniej na północy miasta, gdzie istniały jeszcze stare ruiny po zakładach chemicznych i niekończące się podziemne korytarze. Tam miał swoją siedzibę i stamtąd wydawał dyrektywy. Kontrolował całe miasto, a trudnił się kradzieżą i rozbojem. Jego prawą ręką w trefnym procederze był dowódca o imieniu Księżyc. Dowodził on północną częścią miasta. Tam Saturn miał też swoją siedzibę, bowiem z nikim tak setnie się nie bawił, jak z Księżycem. Razem lubili organizować wielkie akcje na miasto, kończące się najczęściej rabunkiem i okrucieństwami. Z nich słynął Saturn i jakby chcąc potwierdzać za każdym razem, że jest największy w okrucieństwie, dokonywał coraz bardziej bestialskich czynów. Ich ludzie to zbieranina z całego miasta i przybysze krążący od miasta do miasta, szukający przygód. Saturn jednak do grona najbardziej zaufanych specjalnie dobierał sobie ludzi i powierzał im określone funkcje, służące najczęściej dostarczaniu przyjemności, rabowaniu, a najważniejsze z nich były funkcje wojenne. Wojna, jak nazywał zwykłą wyprawę na drugi koniec miasta, dostarczała im zawsze dużo wrażeń i zabawy. Po zdobyciu określonych rzeczy, pieniędzy, samochodów, paliwa i zastraszeniu ludzi oraz po zabiciu w wyrafinowany sposób ludzi, odbywała się zazwyczaj parada radości ku zadowoleniu wszystkich. Nikomu nie przeszkadzało, że na wyprawach tych ginęli nawet swoi. Kto zginął, przestawał się liczyć, a życie toczyło się dalej. Saturn wówczas wyzwalał się ze swojego dzikiego nastawienia, aby stać się bestią i uwielbiał to. Wówczas lała się krew, w wynaturzony sposób zadawał cierpienie i śmierć. Wyprawy manifestowały siłę, jednak nic nie zdołało powstrzymać Saturna, aby dokonywać większych, coraz bardziej krwawych i wyrafinowanych zabójstw. Wielka banda Saturna z ich dowódcami tworzyła pokaźne oddziały, a ich liczebność była wielka, bo też ludzi zagubionych i poszukujących jakiegokolwiek oparcia w tych trudnych czasach było wielu. Stanowili oni skład nieformalnego wojska i służyli nikczemnością, masakrami i bestialstwem. Nie byli to jednakże profesjonalni przestępcy.

Specjalny oddział zwany „Strasznym”, składał się wyłącznie z zawodowych, dobrze wyszkolonych zabójców, ich wykorzystywał Saturn do zadań specjalnych. Dowódcą „Strasznej” grupy był znany w mieście ze swoich krwawych wyczynów bandzior a zarazem kat, zwany Klimatem. Tworzył też wokół siebie aurę grozy, z powodu zamiłowania do sadystycznych mordów, a jego nazwisko nie miało nic wspólnego z dobrym klimatem. „Specjalni” byli groźną dwudziestojednoosobową grupą bandziorów, pozbawionych uczuć i ludzkich odruchów; na rozkaz wodza zostawiali za sobą śmierć i zniszczenie; wzbudzali powszechny strach. Bali się ich także ludzie Saturna, bano się w mieście, a każdy, kto napotkał niebezpiecznego specjalistę omijał niebezpieczeństwo. Specjaliści bowiem za pozwoleniem wodza mogli dużo więcej od innych, wykorzystywali też swoje przywileje, a w czasie zabaw i uczt lepiej im było w drogę nie wchodzić, wtedy też rządzili, robili wszystko, co tylko podsunęła im chora wyobraźnia.

W środku skorumpowanego przestępstwem miasta, na rynku w potężnych halach wystawowych, Saturn wyznaczył spotkanie najważniejszym przywódcom wraz ze swoimi oddziałami. Miała to być manifestacja siły w opozycji do cichych Chrześcijan, spotykających się konsekwentnie i pomnażających wciąż swoje wspólnoty. W rozszerzaniu się i rosnącej popularności kręgów chrześcijańskich, Saturn widział zagrożenie dla siebie i swoich ludzi.

Był to czas prawie letni, więc spodziewano się wielu zabaw i szczególnych przeżyć. Na domiar tego wszystkiego, cywilizowana chrześcijańska część miasta miała swe doroczne święto Bożego Ciała. Jest to ważne święto dla Chrześcijan, wtedy każdy w marszu ulicami swego miejsca zamieszkania manifestuje swoją przynależność do Świętej Wspólnoty Kościoła.

Saturn wraz ze swoimi dowódcami nieformalnych oddziałów, układali plan tej trudnej do przewidzenia konfrontacji, nigdy przecież nie wchodzili sobie w drogę. Kiedy Chrześcijanie w tym samym czasie mają przejść ulicami, śpiewem wielbiąc Chrystusa, swojego Boga — ma dojść do spotkania.

Wydawało się, że czas się zatrzymał. Wszyscy spodziewali się kuriozalnych wydarzeń, jak to zwykle było, kiedy Saturn się bawił ze swoją gromadą dzikich i wynaturzonych osobowości ludzkich, pozbawionych jednak człowieczych odruchów i zahamowań. Spodziewano się też czegoś szczególnego, bo ten przywódca lubił manifestować swoją siłę, a przyszłość zapowiadała się strasznie. Na domiar złego, powodowany lękiem o utratę kontroli nad miastem, Saturn przygotowywał się na „krwawą jatkę” — jak obiecywał swoim dowódcom. W jego tępym umyśle układały się sceny apokaliptyczne, tak strach przed utratą władzy paraliżował jego coraz bardziej pozbawioną racjonalizmu wyobraźnię.



opr. mg/mg



« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama