Politolog z UKSW o „Lex Tusk”: to, co śledzimy w ostatnich dniach w Polsce może i powinno niepokoić

Podzielam krytykę niemal wszystkich prawników niezwiązanych z obozem władzy, którzy od strony prawej do lewej zwracają uwagę, że ta komisja - jako ciało administracyjne, a nie sąd - może naruszać nasze czynne i bierne prawa wyborcze - mówi dr hab Sławomir Sowiński z UKSW o ustawie „lex Tusk”

Komisja ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo Polski może naruszać nasze czynne i bierne prawa wyborcze - wskazuje dr hab. Sławomir Sowiński. Politolog z UKSW ocenia też, że z punktu widzenia nauczania społecznego Kościoła, to, co śledzimy w ostatnich dniach w Polsce może i powinno niepokoić. Dodaje, że wspomniana komisja "jest to gremium, nad którym władza może przejąć kontrolę".

Tomasz Królak (KAI): Prezydent podpisał ustawę zwaną “lex Tusk”, o powołaniu komisji ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne Polski w latach 2007-2022. Jak można spojrzeć na założenia ustawy z punktu widzenia społecznego nauczania Kościoła, który definiuje politykę jako roztropną troskę o dobro wspólne?

Sławomir Sowiński: Zauważmy, że to nauczanie mówi coś jeszcze: szanując autonomię procesu politycznego Kościół (który bardzo wyraźnie tę autonomię podkreśla), formułuje też bardziej precyzyjne wskazania, które warto dziś przypomnieć. Na przykład w encyklice “Centesimus annus” św. Jan Paweł II pisze, cytuję: „autentyczna demokracja możliwa jest tylko w państwie prawnym i w oparciu o poprawną koncepcję osoby ludzkiej”.

Przypomnę, też że niespełna miesiąc temu Rada Stała Episkopatu wydała komunikat, w którym biskupi zaapelowali między innymi o to, żeby unikać zbędnych form antagonizowania społeczeństwa oraz budowanie kultury dialogu. Chodzi o to, żeby kampania wyborcza nie była postrzegana jako okazja do niszczenia przeciwnika politycznego, lecz służyła wyborowi możliwie najlepszej władzy.

Moim zatem zdaniem perspektywa nauczania społecznego Kościoła zwraca uwagę na to, że kwestie formalne w demokracji są jednak ważne. Dlatego, także z tego punktu widzenia to, co śledzimy w ostatnich dniach w Polsce może i powinno niepokoić.

KAI: Bo może pogłębić podziały polityczne i jeszcze mocniej antagonizować społeczeństwo?

- Niepokój może wynikać z różnych przesłanek. Podzielam krytykę niemal wszystkich prawników niezwiązanych z obozem władzy, którzy od strony prawej do lewej zwracają uwagę, że ta komisja - jako ciało administracyjne, a nie sąd - może naruszać nasze czynne i bierne prawa wyborcze. W tym sensie, że politycy, których wybierzemy w wyborach mogą - na skutek działań tej komisji - zostać pozbawieni możliwości pełnienia funkcji publicznych. Przypomnijmy przy tym, że jest to komisja, która powołuje większość sejmowa czyli jeden obóz polityczny. Co więcej, jest to komisja, której regulamin będzie ustalał premier. Jest to więc ciało, nad którym władza może przejąć kontrolę.

Niepokój budzą więc przesłanki prawne. Po drugie: zarówno inicjatywa związana z tą komisją jak i moment w którym się pojawiła oraz sposób, w jaki została przeprowadzona stawia pytanie czy to nie jest jakaś świadoma próba polaryzacji społeczeństwa i wprowadzenia do przestrzeni publicznej dodatkowego czynnika antagonizującego i próba zastąpienia wyborów plebiscytem; próba de facto odebrania nam, wyborcom możliwości spokojnego przyjrzenia się różnym programom politycznym i czy nie skazuje nas na kolejne igrzyska, w których będziemy musieli opowiedzieć się po jednej lub drugiej stronie w atmosferze emocji rozpalonych do granic, w takim najwyższym politycznym C, co spowoduje, że będziemy jeszcze bardziej podzieleni. Pytanie, jaka jest więc intencja zgłoszenia inicjatywy o powołaniu tej komisji, i to w formule budzącej tak wielkie wątpliwości, także międzynarodowe, również u naszych sojuszników?

KAI: Obóz władzy często odwołuje się do Kościoła, Jana Pawła II i chrześcijańskiego systemu wartości. Trudno więc zrozumieć, dlaczego przywołane przez Pana słowa papieża z “Centesimus annus” czy te wygłoszone na gdańskiej Zaspie, w których apelował, by zwyciężała solidarność, nigdy zaś walka - nie przekładają się na życie.

- Trafna uwaga. To pokazuje, że o ile stosunkowo łatwo przychodzi nam bronić autorytetu Kościoła i wiary w takim sensie deklaratywnym, to o wiele trudniej jest stosować nauczanie Kościoła w formie praktycznej, także w przestrzeni politycznej. Nauczanie Jana Pawła II czy szerzej: Kościoła, dotyczące sfery publicznej jest nauczaniem wymagającym. Wymaga ono samoograniczania własnych ambicji, szacunku dla bliźnich w tym - dla politycznych konkurentów. Wymaga też - o czym pisali biskupi we wspomnianym stanowisku - ducha służby, który myślenie o dobru wspólnym przedkłada nad interes własnego środowiska politycznego, własnej partii, własnych poglądów.

KAI: Polscy biskupi wydali w ostatnich latach kilka dokumentów społecznych, w których pisali o dobru wspólnym, by wspomnieć choćby dokument społeczny “Chrześcijański kształt patriotyzmu” z 2019 roku. Można jednak odnieść wrażenie, że nie wpłynęły one w sposób zasadniczy na praktykę polityczną, także w obozie, który deklaruje szacunek dla chrześcijańskiej aksjologii.

- Mam taką hipotezę, którą zawarłem w jednej ze swoich ostatnich książek, że w Polsce mamy do czynienia z takim oto zjawiskiem, w którym politycy, zwłaszcza ci, którzy publicznie przyznają do swojej wiary, nauczanie społeczne Kościoła zastępują czasem w swych programach różnego rodzaju formami teologii politycznej czyli własną, trochę na potrzeby polityczne tworzoną formą interpretacji nauczania Kościoła, ale właśnie z próbą “wpisania” owej teologii do własnego programu politycznego. W latach 60. mieliśmy na Zachodzie i w Ameryce Łacińskiej lewicowe teologie polityczne, które próbowały zaprząc Ewangelię do różnego rodzaju form społecznego wyzwolenia. Dziś natomiast mam wrażenie, że mamy swego rodzaju konserwatywne teologii politycznej. Polega to na tym, że próbuje wykorzystywać chrześcijaństwo w różnego rodzaju sporach dotyczących np. kształtu cywilizacji.

Czasem mamy też do czynienia z formami teologii politycznych w łagodniejszej formie – czyli formułą z tzw. religii obywatelskiej. To koncept który dobrze znany jest w rzeczywistości Stanów Zjednoczonych. Charakteryzuje się patrzeniem na religię jako na pewnego rodzaju zasób kulturowy i społeczny państwa. Religia traci wtedy nieco swój sens transcendentny (spotkanie z Bogiem, który jest miłością) a staje się głównie przepisem na budowanie wspólnoty politycznej i z tego punktu widzenia jest oceniana. Ale w konsekwencji ta formuła często oddala się od nauczania Kościoła, które jest trudne i wymagające spojrzenia głębiej i dalej niż los czy interes naszej wspólnoty. Widać to choćby w sprawie uchodźców. Kościół cały czas podkreśla, że chroniąc własne granice i własną suwerenność, jako chrześcijanie nie możemy zrezygnować z wrażliwości, nie możemy nie widzieć w uchodźcy człowieka. I na tym przykładzie widać dobrze, że owe różne teologie polityczne czy formy religii obywatelskiej zaczynają w naszym dyskursie politycznym wypierać nauczanie społeczne Kościoła.

KAI: Czyli, innymi słowy, zaczynają to nauczanie instrumentalizować.

- Można w tym widzieć jakąś formę świadomego, bądź nie, instrumentalizowania Kościoła a na pewno zastępowania jego nauczania społecznego jakąś, powtórzę, formą własnej teologii politycznej.

Odpowiedzią powinno tu być bardziej intensywne tłumaczenie istoty rzeczy, nie tylko ze strony Episkopatu, bo biskupi pisali o tym nie raz. Chodzi o to, żeby refleksja o społecznym nauczaniu Kościoła była wyraźniej obecna na poziomie parafii, w programach nauczania szkolnego itd. Jak sądzę, tu jest ciągle pole do działania.

KAI: Tak czy inaczej najbliższe miesiące upłyną pod znakiem jeszcze wyraźniejszej społecznej polaryzacji - wbrew temu, czego dla dobra ogółu naucza Kościół, i o czym stale przypominają biskupi. Choć w przedwyborczym ferworze nie zabraknie retoryki religijnej...

- Przywołując aurę poprzednich wyborów można rzeczywiście powiedzieć, że istnieje takie niebezpieczeństwo. Dlatego bardzo dobrze się stało, że biskupi opublikowali 2 maja wspomniane już stanowisko, w którym bardzo wyraźnie i dobitnie podkreślili, że Kościół nie jest po stronie prawicy ani lewicy ani nawet centrum tylko po stronie Ewangelii. Ku mojemu zaskoczeniu to stanowisko obiło się dość szerokim echem w różnych mediach. Ważne, żebyśmy teraz do tego dokumentu wracali, także w naszych rozmowach w rodzinie, wśród znajomych itd. Choćby komentując takie wydarzenia jak to związane z powołaniem sejmowej komisji. To jest kwestia naszej chrześcijańskiej odpowiedzialności. Chodzi o to, żebyśmy przy tych wszystkich naszych sporach widzieli w drugim człowieku jednak naszego brata a nie tylko politycznego oponenta, czy tym bardziej wroga.

 

***

Dr hab. Sławomir Sowiński jest pracownikiem Instytut Nauk o Polityce i Administracji UKSW.

Rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa

« 1 »

reklama

reklama

reklama

reklama