Slow life według Ojca Leona

Receptą na dobre życie jest życie... No właśnie, jakie? Jak zestawić życie zakonnika, żyjącego rytmem klasztornym z życiem ciągle zajętej aktorki, zaangażowanej w pracę fundacji? Okazuje się, że wcale nie jest to tak trudne!

Slow life według Ojca Leona

Dopiero teraz, po założeniu Fundacji, zrozumiałam prostą prawdę: jak ktoś cię walnie, nigdy nie oddawaj, bo od razu jesteś przegrany.

O. LEON KNABIT: Pan Jezus powiedział do sługi arcykapłana: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz?”. Nie bronił się fizycznie, tylko przemówił do jego sumienia.

ANNA DYMNA: To jest pewnego rodzaju choroba, na którą cierpi świat: trzeba kogoś opluć, zwłaszcza jeśli ten ktoś robi coś dobrego. Wtedy to sprawia największą przyjemność. Nie wolno w ogóle wchodzić na tę płaszczyznę walki.

O. LEON KNABIT: Bo ten drugi będzie kontynuował, i damy się wciąg­nąć.

ANNA DYMNA: I łatwo można się w tym szambie utopić. Niektórzy w tym pływają, ja nie umiem. Widać to zwłaszcza w Internecie.

Oczywiście, Internet sam w sobie jest genialny, bo chociażby takiemu człowiekowi, który jest chory na stwardnienie zanikowe boczne (SLA) i jedynie rusza oczami, otwiera świat. Znam pewnego Wojtusia z Poznania, który od bieżącego roku jest na respiratorze, a jeszcze w zeszłym był u nas w Krakowie na Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. Jest młody, ma małe dzieci i jest całkowicie unieruchomiony przez chorobę.

Ale od Piotra z Hamburga, też chorego na SLA, dostał specjalną przystawkę do pisania na komputerze i może surfować po Internecie. Robi to za pomocą oczu. Jest też takie urządzenie, które zmienia pismo na mowę. Przychodzę do hospicjum w Poznaniu, patrzę, a on pisze oczami. I słyszę: „Ania, witaj”. Mówi, że jest szczęśliwy, bo po całym świecie sobie wędruje przez ten Internet. Dla tych ludzi sieć jest po prostu wszystkim, całym życiem, radością, wszystkim.

O. LEON KNABIT: Skraca przestrzeń, ale też zbliża ludzi. Znów wracamy do tego, jak ważne jest mieć relacje z innymi.

ANNA DYMNA: Tak. Dla mnie najważniejszy jest spokój w tych relacjach i umiejętność zachowania harmonii. A także to, czego mnie uczyła mama: żeby umieć popatrzeć przez chwilę na świat i czymś się zachwycić. Mnie to ratuje. Zachwycam się, kiedy sobie rano wychodzę do ogródka w tej mojej Rząsce. Chodzę po trawce, przychodzą moje koty... Teraz mam cztery, bo mi syn dwa podrzucił.

O. LEON KNABIT: O proszę... nie tylko Ala ma kota!

ANNA DYMNA: Kocham koty. Pierwsze zdanie, które powiedział do mnie Krzysio po udarze, brzmiało: „Ania lubi koty”.

O. LEON KNABIT: Coś takiego!

ANNA DYMNA: Tak było. Uwielbiam sobie posiedzieć z kotem, popatrzeć na wschód albo zachód słońca... Takie momenty są bardzo potrzebne, żeby na chwilę wszystko uporządkować w sercu, w głowie. Kiedy wracam po całym dniu z teatru i jestem tak zmęczona, że nie wiem, jak się nazywam, to ratuje mnie zawsze mój czarny Haszysz, który wskakuje mi na kolana i mruczy. Kiedy go głaszczę, krew zupełnie inaczej płynie.

Z kotem trudno się zaprzyjaźnić, a jeśli już, to jest to najtrwalsza, choć bardzo wymagająca przyjaźń. Kiedy jednak zasłużysz sobie na zaufanie kota, to on może oddać za ciebie życie.

O. LEON KNABIT: Kiedy pies czegoś chce, to się podliże: nadstawi pod głaskanie.

ANNA DYMNA: Tak, psa można łatwiej przekupić.

O. LEON KNABIT: A kot inaczej, on się najwyżej łaskawie pozwala pogłaskać.

ANNA DYMNA: Niedawno zdałam sobie sprawę, że to nie ja mam koty, to one mają mnie. I już wiem, że to nie one u mnie mieszkają, tylko ja u nich.

O. LEON KNABIT: Jednak koty mają niezwykle pozytywny wpływ na nasze życie.

ANNA DYMNA: Zgadzam się w zupełności i powiem ojcu historię, która potwierdzi to w stu procentach. Kiedy przeszłam operację stopy i wróciłam ze szpitala do domu, Haszysz co chwilę przychodził, kładł się przy mojej chorej stopie i mruczał. A te częstotliwości drgań, które emituje mruczący kot, potrafią leczyć: to są prądy diadynamiczne. Wcześniej, kiedy miałam operację barku, kot spał mi na szyi i tak samo mruczał. I przysięgam, że to działało przeciwbólowo. Przeczytałam jeszcze, że czarne koty mają bardzo dużo energii i są świetnymi terapeutami. Teraz Haszysz śpi przy mojej głowie i trochę mnie to martwi. Bo nie wiem, co on chce od mojej głowy?

Ostatnio syn oddał pod moją opiekę dwa swoje koty: Scysję i Wasko, które śpią przy moich nogach. Czuję się trochę jak na polu minowym, bo

czasem mam wrażenie, że one wszystkie zaczną się bić... i co ja wtedy zrobię?

O. LEON KNABIT: Ale na razie żyją w zgodzie?

ANNA DYMNA: Bardzo szybko ustawiły sobie wszystkie relacje. Haszysz jest panem, więc idzie pierwszy do miski, dopiero gdy odejdzie, tamte podchodzą. Wszystko jest uzgodnione: co wolno, komu wolno i kiedy wolno. Jak się patrzy na takie zwierzęta, to można się bardzo wiele dowiedzieć i nauczyć. Przede wszystkim właśnie o zaufaniu. Jak kot coś zbroi i go skarcisz, to on oczywiście to uzna, ale jeżeli nagle go kopniesz bez powodu, przestanie ci ufać i wtedy koniec.

O. LEON KNABIT: To już chyba stary jest ten Haszysz, prawda?

ANNA DYMNA: To mądry siedemnastolatek. Wychowuje mnie bardzo dobrze. A poza tym, żeby nie wiem co się działo, potrafi mnie rozśmieszyć. On chyba wie, kiedy jestem smutna, i niesamowite, co potrafi wtedy nawyprawiać, jakie wyczynia harce, fiflaki, salta! Cokolwiek by się w życiu działo, musisz o wszystkim na chwilę zapomnieć i się uśmiechnąć. Już nie wspomnę, co potrafi mi przynieść, jako że mnie kocha...

O. LEON KNABIT: Myszy?

ANNA DYMNA: Myszy, nornice, ptaszki też. Ja się tam nie wtrącam w przyrodę i nie oceniam tych darów.

O. LEON KNABIT: Przynosi i kładzie przed tobą?

ANNA DYMNA: Przynosi, kładzie i popycha. Ja mówię: „Haszysz, nie zjem tego”. Patrzy wtedy na mnie z pogardą i sam zjada. Dzięki temu na przykład wiem, że ryjówki są niedobre, bo są małe, ciemne i mają niesmaczne mięso. On tego nie tknie, ale zawsze mi je podsuwa. Mówię: „Spadaj z tą ryjówką, przyniósłbyś coś lepszego”.

Wcześniej mieszkałam na strychu i miałam kocicę Kaśkę. Kaśka była dzikim kotem. Przynosiła do domu szczury i chodziła przy nodze, jak pies. Zawsze mnie odprowadzała do teatru. Jak szłam do Starego, to zostawała na Plantach. Mówiłam: Kaśka, to idę do teatru — i szłam, a ona czekała. Po paru godzinach wracałam, gwizdnęłam, a wtedy przychodziła i wracała ze mną do domu. Reagowała na gwizd.

O. LEON KNABIT: Wychodziła sobie na ulicę, tak normalnie?

ANNA DYMNA: Tak. Pewnego razu wyszła na podwórko, a tam syn Jurka Nowaka z wielkim owczarkiem niemieckim. Jurek mówi: „Niech pani weźmie tego biednego koteczka”. Ale zanim zdążyłam zareagować, Kaśka stanęła naprzeciwko tego psa i mierzą się wzrokiem.

O. LEON KNABIT: Jak bokserzy.

ANNA DYMNA: Pies się nie zbliża, bo się boi. W pewnym momencie coś zaszurgotało, owczarek Nowaka na chwileczkę spuścił ją z oka — i w tym momencie moja Kaśka już mu siedziała na głowie. Pazury trzymała na jego oczach i pies z wyciem galopował po całym podwórku!

O. LEON KNABIT: Z kocimi pazurami nie ma żartów...

ANNA DYMNA: Pamiętam, jak kiedyś Czesław Miłosz mnie odwiedził. Był wrzesień, siedzieliśmy, on jadł szopską sałatkę, podziwiał przyrodę... I nagle patrzę, a moja szylkretka Czacza wącha Miłosza. Zapach jej się widać spodobał, więc wskoczyła na kolana i zaczyna kocurkować, czyli te pazurki wbijać.

O. LEON KNABIT: Coś takiego. W Miłosza!

ANNA DYMNA: Ja mówię: „Czacza, czyś ty zwariowała, przecież to jest profesor, noblista!”. A Miłosz mówi: „Niech pani ją zostawi, ja kocham koty”. Jak Haszysz to usłyszał, to mu wskoczył na oparcie krzesła. I siedział sobie ten pan noblista w moich kotach, a one mruczały, drapały go.

Miłosz mówił wtedy, że ludzie, którzy sądzą, że zwierzęta są pozbawione duszy, nie mają racji. Twierdził, że każdy kot jest inny, ma swoją osobowość, jest wrażliwy, inaczej wyczuwa człowieka.

O. LEON KNABIT: Wszystko prawda. To nasi młodsi bracia, jak mawiał święty Franciszek.

ANNA DYMNA: Nie wyobrażam sobie świata i życia bez zwierząt.

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama