Wszystko może się zmienić

Logiką Ewangelii jest patrzenie w przyszłość z nadzieją, a nie biadanie nad utraconą przeszłością

Pracując w mediach katolickich, zauważyłem pewną prawidłowość: każda komunikacja społeczna, także ta w Kościele, musi kierować się pewnymi zasadami. Szczególnie mocno to do mnie dotarło, kiedy miałem okazję wysłuchać wykładu na temat sposobu, w jaki burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani oraz prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush opanowali sytuację w kraju po ataku na World Trade Center.

Gdyby wtedy publicznie wygłaszali kolejne, niepoukładane w odpowiedniej kolejności komunikaty, doprowadziłyby one do chaosu. Ważne było wtedy to, żeby najpierw uświadomić, co się naprawdę wydarzyło, co należy aktualnie zrobić oraz pokazać pozytywną — na tyle, na ile to jest możliwe — perspektywę opanowania sytuacji. Trąci to oczywiście amerykańskim happy endem, ale gdyby go zabrakło, poprzednie wiadomości odbierane byłyby przez Amerykanów bez odpowiedniej perspektywy na przyszłość, bez nadziei. Brak nadziei natomiast odbierałby motywację do działania, a na pewno do ratowania innych, nie tylko siebie.

Z czasem doszedłem do wniosku, że nie było to nic innego jak logika Ewangelii. Że perspektywą życia chrześcijan zawsze jest przyszłość większa od tej, jaką człowiek sam sobie wyobrazi i zaplanuje. Takie przesłanie nie jest zwalniającą od działania zapowiedzią happy endu, ale wręcz przeciwnie: dopiero wtedy, gdy uczniowie spotkali zmartwychwstałego Chrystusa i otrzymali od Niego dar Ducha — czytamy w Ewangelii — odkryli oni, dlaczego za Ewangelię warto nawet oddać życie. A miało to miejsce tuż po kryzysie wiary, kryzysie głęboko egzystencjalnym, jaki w sposób naturalny wywołała w nich śmierć Jezusa.

Uczniowie zrozumieli, jak przeżywać kolejne trudne wydarzenia, nie siedząc w zamkniętym Wieczerniku czy uciekając do Emaus. Że wszystko może okazać się inne, może być nawet lepsze. Że wszystko może się zmienić, bo ostateczne słowo należy zawsze do Bożej miłości. A to, co w czasie jakiegoś kryzysu należy robić, to nie zatrzymywać się na rozmyślaniu i teoretyzowaniu, ale pytać o możliwe największe dobro, o to, co teraz, w tym konkretnym momencie, oznacza naśladowanie Chrystusa w Jego miłości.

W czasie, który przeżywamy, nie chodzi więc o to, żeby wiedzieć, jak będzie i że tylko wtedy, gdy się tego dowiemy, powróci pokój. To byłoby zbyt przewidywalne, paradoksalnie odbierające nadzieję. Byłoby tak na pewno tam, gdzie ludzie liczą pieniądze i widzą, że będzie ich coraz mniej. Że to, o co teraz chodzi najbardziej, co może nas motywować do działania, to wiara w to, co nieprzewidywalne. Właśnie dlatego ma sens podejmowanie wciąż na nowo decyzji o tym, żeby kochać, bardzo konkretnie, tu i teraz, wierząc, że nasze starania pozbiera Ktoś większy i zamieni w coś pięknego, nowego, nieplanowanego. Czy nie to właśnie, i to z wielką siłą, wybrzmiewa w słowach dominikanki, s. Małgorzaty Lekan z Kalisza, która mówi o „szaleństwie troski o drugiego, słabszego, bezcennego człowieka”? Czy nie jest to wiara, że w umieraniu dla siebie ukryta jest moc powstania do nowego życia? Ktoś może powiedzieć, że tego wszystkiego ani Giuliani, ani Bush, w głowach nie mieli. Że ich przesłanie było bardziej ograniczone, dotyczyło raczej rzetelnego informowania niż roztaczania jakichś utopijnych wizji na przyszłość. Czy na pewno? „Ataki terrorystyczne mogą wstrząsnąć fundamentami naszych największych budynków, ale nie są w stanie tknąć fundamentów Ameryki. Ataki te kruszą stal, lecz nie mogą nadwerężyć stali amerykańskiej determinacji” — powiedział prezydent, gdy runęły nowojorskie wieże.

Bardzo „utopijna” wizja przyszłości, może nawet wyrażona językiem poezji, jest nam dzisiaj bardzo potrzebna. Potrzebny jest bardziej niż kiedykolwiek wcześniej papież Franciszek, kiedy mówi słowami, ale też estetyką przestrzeni, pięknem swoich miłosiernych gestów. Nie dlatego, że w coś wierzyć trzeba, nawet jeśli jest jakąś utopią, ale że tylko to, co naprawdę nieprzewidywalne, a więc jakby utopijne, daje pewność, że będzie naprawdę dobrze. Że właśnie tak działa miłość.

Ks. Mirosław Tykfer, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”

opr. mg/mg

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

reklama

reklama

reklama

reklama